Polityka

Przezwyciężyć status quo: Polska i Niemcy wobec Ukrainy

Traktat polsko-niemiecki z 1991 roku wyznaczył nadrzędną misję: kontynuację integracji europejskiej i włączenie do niej Polski. Dzisiaj wspólnym zadaniem Berlina i Warszawy musi być rozszerzenie integracji na Ukrainę.
Flagi UE i Ukrainy
Ukraina czeka na członkostwo w Unii Europejskiej © IStock/Christophe Licoppe

Kiedy w 1991 roku polscy i niemieccy negocjatorzy dyskutowali nad treścią traktatu dobrosąsiedzkiego, perspektywa przystąpienia Polski do Wspólnot Europejskich wyglądała jak odległe, a może nawet niedościgłe, marzenie. Kraj znajdował się u progu bolesnej transformacji, której efekty nie były wówczas do przewidzenia. Demokracja była krucha, inflacja szalała, a Związek Radziecki nadal istniał, utrzymując swoje wojska na terenie Polski i Niemiec Wschodnich. Pomimo to wizja zjednoczonej Europy zdefiniowana została w traktacie jako rama polityczna, w której miały być odtąd ujęte stosunki polsko-niemieckie. Zaś zobowiązanie obu krajów do wspólnych działań na rzecz jej realizacji było bodaj najważniejszym filarem ich porozumienia na rzecz dobrych relacji sąsiedzkich i przyjaznej współpracy.

Artykuł 1 traktatu podkreśla „świadomość odpowiedzialności europejskiej” obu krajów oraz ich dążenie do „stworzenia Europy, w której przestrzegane są prawa człowieka i podstawowe wolności, a granice utracą dzielący charakter”. Zaś w artykule 8 mowa jest o pełnym wsparciu Niemiec dla aspiracji Polski dotyczących dołączenia do struktur europejskich. Nie chodziło więc tylko o zamykanie bolesnych rozdziałów z przeszłości i uregulowanie spornych kwestii, jak prawa mniejszości. W swoim sejmowym wystąpieniu, przedstawiającym założenia traktatu, minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski podkreślał, że odgrywać on będzie kluczową rolę w zakotwiczeniu Polski na Zachodzie. Od podpisania traktatu do realizacji tej wizji minęło 13 lat, choć już w 1999 roku Polska stała się członkiem NATO, o czym w momencie jego zawarcia w ogóle nikt na poważnie nie myślał.

Helmut Kohl i Jan Krzysztof Bielecki siedzą przy stole i podpisują dokumenty
Kanclerz Helmut Kohl i premier Jan Krzysztof Bielecki podpisują Traktat o dobrym sąsiedztwie. © DPA/Picture Alliance

Trzydzieści pięć lat później kwestia kontynuacji integracji europejskiej jako podwaliny dla relacji bilateralnych i wspólnej polsko-niemieckiej misji pozostaje nadal w mocy. I to nie tylko jako oczywisty fundament współpracy dwóch krajów członkowskich Unii Europejskiej, zainteresowanych rozwijaniem i wzmacnianiem tego projektu w czasach, kiedy jest on szczególnie potrzebny – niepewności wobec zaangażowania USA w Europie, zagrożenia militarnego ze strony Rosji i gospodarczego ze strony Chin. Chodzi o coś znacznie bardziej konkretnego.

Wspólna misja

Tak jak w 1991 roku gwarancją stabilności i rozwoju pozimnowojennej Europy było rozszerzenie integracji europejskiej na wschodnią część kontynentu, tak dzisiaj warunkiem niezbędnym dla bezpieczeństwa europejskiego jest trwałe włączenie do niej Ukrainy.  Polska i Niemcy są krajami, które nie tylko mają w tym swój interes, lecz także szczególną rolę do odegrania, by taki scenariusz mógł się spełnić.  To przekonanie musi być dzisiaj częścią „świadomości odpowiedzialności europejskiej”, którą zgodnie z traktatem kierować mają się Polacy i Niemcy. Ta szczególna rola jest funkcją potencjału politycznego Berlina i Warszawy, ich relacji z Kijowem i usytuowania geograficznego. Bez aktywnego zaangażowania (a najlepiej współdziałania) obu tych państw trudno sobie wyobrazić, by Unia Europejska była w stanie znaleźć model integracji Ukrainy adekwatny do skali tego wyzwania.

Byłoby iluzją myśleć, że wystarczającą odpowiedzią na tę „europejską kwestię ukraińską” jest zwykła kontynuacja polityki, którą Unia Europejska kieruje się dziś wobec Kijowa. Owszem, w 2022 roku – z silnym poparciem zarówno Polski, jak i Niemiec – Unia zaoferowała Ukrainie perspektywę członkostwa, zaś wkrótce, po zdjęciu blokady założonej przed rokiem przez kierowane wtedy przez Viktora Orbána Węgry, na dobre rozpoczną się negocjacje. Decyzja ta, a zwłaszcza szybkość, z jaką została podjęta, była bez precedensu. Stanowiła reakcję na nową sytuację geopolityczną spowodowaną wojną w Ukrainie i koniecznością docenienia faktu, że Ukraińcy przelewają krew za swój wybór orientacji europejskiej i za nasze bezpieczeństwo.

Ale dzisiaj powinno być jasne dla każdego, że aktualny model polityki rozszerzenia UE – czyli ścieżka do członkostwa, na której znajduje się dziś Ukraina – nie pasuje do rzeczywistości politycznej, w której się znajdujemy. Polega on na wieloletnich i żmudnych dostosowaniach prawnych i politycznych kraju aspirującego do UE, u kresu których stoi nie tylko konieczność zawarcia traktatu akcesyjnego, lecz także jego akceptacja przez wszystkie 27 państw członkowskich Unii. Wystarczy rzut oka na sondaże partyjne i składy parlamentów w tych krajach, by przekonać się, że tak sformułowana perspektywa akcesji jest pisana palcem na wodzie.  Dzisiaj UE składa Ukrainie obietnicę, z której bardzo trudno będzie się jej wywiązać, nawet jeśli Ukraińcy staną na wysokości zadania.

Ukraina nie jest kopciuszkiem

To bardzo niepokojąca perspektywa z wielu powodów. Wiarygodność europejskiej oferty dla Ukrainy jest bowiem najważniejszą gwarancją demokratycznej i przychylnej Unii orientacji politycznej tego kraju – dzisiaj, a zwłaszcza po zakończeniu gorącej fazy wojny w przyszłości. To strategicznie fundamentalny interes Polski, Niemiec i całej Unii Europejskiej. Ukraina nie jest kopciuszkiem stojącym z wyciągniętą dłonią u bram UE, lecz krajem, który będzie miał kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa i stabilności Europy. Może stać się jej kluczowym zasobem i filarem, tak jak od 2022 roku, kiedy walcząc z Rosją powstrzymuje grożące z jej strony także Europie niebezpieczeństwo. Albo też ogromnym ryzykiem, jeśli niespełnione nadzieje na zakotwiczenie w Unii staną się paliwem dla nacjonalizmu w kraju doświadczonym wojną i dysponującym największą i najlepszą armią w Europie. Wiarygodność tej europejskiej ścieżki dla Ukrainy jest też nieodzownym warunkiem powodzenia budowy rządów prawa i dobrze funkcjonującej gospodarki, na której rozwoju i Niemcy, i Polska będą tylko korzystać. Wreszcie, jakiemukolwiek przyszłemu uregulowaniu pokojowemu będzie musiała towarzyszyć realistyczna oferta zacieśnienia integracji między Kijowem a Unią, wykraczająca poza aktualne zapewnienia, że Ukraina stanie się w nieokreślonej przyszłości członkiem UE – jak spełni wszystkie kryteria, a i sama Unia będzie na to gotowa.

Konieczność przedstawienia nowego pomysłu na rozszerzenie, podnoszona od dawna przez ekspertów, została wreszcie dostrzeżona przez politykę. W tym kierunku idzie niemiecka propozycja zaoferowania Ukrainie statusu „członka stowarzyszonego” Unii Europejskiej, w ślad za czym szłoby uczestnictwo jej przedstawicieli jako obserwatorów w instytucjach UE, współpraca obronna i stopniowe włączanie jej do wspólnego rynku europejskiego. Kijów uznał tę propozycję za niewystarczającą, bo w istocie niewiele różni się ona (poza możliwością uczestnictwa w posiedzeniach Rady UE oraz tytułem sugerującym członkostwo) od tego, co przysługuje jej już dzisiaj jako państwu stowarzyszonemu z Unią. Ale wartość tej propozycji polega na otwarciu dyskusji o alternatywie dla status quo, która jest bezwzględnie konieczna.

Jej kontynuacją jest bardziej szczegółowa inicjatywa, przedstawiona na szczycie UE – Bałkany Zachodnie przez Niemcy i Francję, która  po raz pierwszy mówi o możliwości pełnego przystąpienia krajów kandydujących (czyli także Ukrainy) do wspólnego rynku europejskiego, a tym samym korzystania z czterech swobód, czyli najważniejszego dorobku integracji (wolnego przepływu towarów, usług, osób i kapitału), zanim jeszcze stałyby się one pełnoprawnymi członkami Unii. Owszem, do realizacji takiego scenariusza w dalszym ciągu konieczne byłoby spełnienie wszystkich warunków i dostosowanie prawa. Ale kiedy to nastąpi, decyzja o otwarciu drzwi do wspólnego rynku przed Ukrainą nie wymagałaby żmudnej i niepewnej ratyfikacji przez państwa członkowskie. To nie byłaby alternatywa dla pełnego członkostwa, ale kluczowy krok na tej drodze, dający korzyści i realne perspektywy.

Polska trzymała się dotąd z boku tej dyskusji, broniąc aktualnego modelu polityki rozszerzenia i przestrzegając przed jego rozwodnieniem. Kwestia integracji Ukrainy z UE jest także tematem politycznie bardzo wrażliwym, zwłaszcza na rok przed wyborami. Ale przyszłość relacji z Ukrainą to sprawa o fundamentalnym znaczeniu dla Polski, zaś utrzymywanie status quo z pewnością nie jest dobrą opcją. Berlin i Warszawa powinny – wspólnie lub każde z osobna – nakłaniać Unię do działań i decyzji, które dałyby Ukrainie większą pewność, że dostęp do czterech europejskich swobód (na razie bez dostępu do instytucji UE, budżetu i subwencji rolnych) jest w zasięgu ręki, jeśli tylko spełni warunki. Mogłoby temu służyć wyznaczenie daty (np. 2030 roku), kiedy UE gotowa będzie do takiego kroku. Konkretna perspektywa dałaby nie tylko nadzieję, ale była także bodźcem mobilizującym do reform w Ukrainie, których przeprowadzenie leży także w interesie jej najważniejszych europejskich partnerów: Polski i Niemiec.

To poważne i trudne zadanie, wymagające zabiegów politycznych i zaangażowania – w relacjach z Ukrainą, na forum UE i w dialogu ze społeczeństwami. Między oczekiwaniami Ukrainy a państw Unii Europejskiej panuje dziś duży i niebezpieczny rozziew. Prezydent Wołodymyr Zełenski zdaje się wierzyć, że możliwe jest szybkie i abstrahujące od formalnych kryteriów przyjęcie Ukrainy do wspólnoty. To niebezpieczna iluzja. W Unii dominuje przekonanie, że jakoś to będzie i wszystko toczyć się może utartym szlakiem. Z kolei w społeczeństwach widać narastającą obojętność oraz brak zrozumienia dla konieczności zdecydowanych działań. To błędne założenia, a konsekwencje opartej na nich polityki Europa może boleśnie odczuć. W 1991 roku elity Polski i Niemiec potrafiły wyznaczyć sobie cel wykraczający poza horyzont doraźnych uwarunkowań. Dzisiaj stawka jest być może jeszcze większa, bo zamiast „końca historii” (Francis Fukuyama) przeżywamy jej dramatyczny powrót. Miarą dojrzałości polsko-niemieckiego partnerstwa jest dzisiaj zrozumienie, że nasza wspólna „odpowiedzialność europejska” polega na doprowadzeniu do realnego i trwałego zakotwiczenia Ukrainy w UE.

Kolaż pokazuje twarze Mateusza Morawieckiego, Karola Nawrockiego i Jarosława Kaczyńskiego

Kaczyński słabnie. Polska prawica układa się na nowo

Jarosław Kaczyński przez lata rządził prawą stroną polskiej sceny politycznej. Teraz słabnie, a na prawicy zaczyna się walka. Czy patronem całego obozu może zostać prezydent Karol Nawrocki?
Rafał Kalukin
Kolaż przedstawia kobietę otoczoną motywami kojarzonymi z polskością

Polonio – kim jesteś? W poszukiwaniu poczucia przynależności do Polski

Termin „Polonia” zdaje się być jednoznaczny. Lecz im bardziej autorka się do niego zbliża, tym bardziej niejasne staje się, kto do „Polonii” należy – i dlaczego ona sama się w tej definicji nie odnajduje.
Oliwia Hälterlein
Zwiedzający w pomieszczeniu wystawy.

Przeszłość obecna do dziś. Ostgebiete – Ziemie Zachodnie

Wystawa „Ostgebiete / Ziemie Zachodnie” opowiada w sposób spokojny i osobisty historię relacji polsko-niemieckich bez kiczu pojednania.
Felix Ackermann