Wybory w Saksonii-Anhalt
Najważniejszym tematem minionego tygodnia były niedzielne wybory do landtagu w Saksonii-Anhalt. Zwyciężyła w nich skrajnie prawicowa AfD, która z poparciem blisko 44 procent osiągnęła najlepszy rezultat wyborczy w swojej historii.
Tygodnik „Der Spiegel” pisze, że pierwszą reakcją na wynik wyborów jest przerażenie. „Że jest to możliwe w Niemczech, dobre 80 lat po dyktaturze narodowych socjalistów, odpowiedzialnych za II wojnę światową, Holokaust i inne okrucieństwa. Że w roku 2026 partia, która nie chce wyznaczyć wyraźnej linii oddzielającej ją od nazistowskich Niemiec, wygrywa wybory z tak wielką przewagą” – zaznacza gazeta.
Za przerażające komentator „Der Spiegel” uznaje fakt, że ponad 40 procent wyborców nie odstrasza jawny prawicowy ekstremizm. „Albo go akceptują, albo biorą go w rachubę, ponieważ obiecują sobie po AfD lepszą politykę, chociaż AfD nie ma na to realistycznej oferty” – pisze tygodnik. Zdaniem komentatora, dla wielu ludzi fakty niemal przestały mieć znaczenie, a wtedy ważniejsze staje się to, co poszczególne osoby uosabiają: AfD wystawiła właściwego człowieka (Ulricha Siegmunda), CDU miała słabego kandydata i kanclerza, który nie miał wyborcom nic do zaoferowania.
Według „Der Spiegel”, wynik wyborów w Saksonii-Anhalt jest skokiem w nowy wymiar. Jak zaznacza, dotąd AfD można było w miarę łatwo trzymać z daleka od władzy, a teraz osiągnęła ona próg strefy władzy, co „wykracza daleko poza Saksonię-Anhalt”.
Tygodnik uważa, że kanclerzy Niemiec przez lata oceniano pod kątem ich zdolności do utrzymania AfD pod kontrolą. „Merz nie potrafił tego zrobić, po części dlatego, że nie udało mu się zbudować jedności w koalicji i poprawić nastrojów w Niemczech” – wskazuje „Der Spiegel”. Dlatego koalicja w Berlinie „potrzebuje godziny zero, nowego początku, a ten zaczyna się od Friedricha Merza”. Jak dodaje, jest on w tych czasach niewłaściwym człowiekiem na stanowisku kaclerza.
Dziennik ekonomiczny „Handelsblatt” ocenia wynik wyborów landowych podobnie surowo i ostrzega przed katastroficznymi tonami. „Dla Merza wybory w Saksonii-Anhalt są klęską, nie ma co do tego wątpliwości. Gdyby jednak uznał ten rezultat za zwykły wypadek przy pracy, oszukiwałby sam siebie” – pisze dziennik. Zdaniem „Handelsblatt”, klęska CDU jest również klęską kanclerza, a przede wszystkim rozliczeniem z polityką prowadzoną w Berlinie.
W opinii „Handelsblatt”, chadekom nie uda się już tłumić debaty o „zaporze ogniowej” (Brandmauer), a CDU stoi na rozdrożu: albo pozostanie przy kursie Merkel, co na wschodzie może przynieść kolejne słabe wyniki, albo zburzy „zaporę”, tracąc progresywnych wyborców w wielkich miastach oraz możliwość koalicji z Zielonymi. „To dylemat” – stwierdza „Handelsblatt”, dodając: ważniejsza od sporu o „zaporę ogniową” byłaby jednak oferta dla wyborców, jak rozwiązać zasadnicze problemy kraju.
Inne wnioski z wyniku wyborów w Saksonii-Anhalt wyciąga dziennik „Die Welt”, dla którego głosowanie jest przede wszystkim żądaniem realnej zmiany. „Wyborcy w Saksonii-Anhalt (i w całych Niemczech) mówili to najpierw cicho, potem głośniej, a teraz to wykrzykują: chcą prawdziwej zmiany” – pisze dziennik. Zdaniem „Die Welt”, radość SPD i Zielonych z wejścia do landtagu lepiej byłoby ukryć, bo przeskoczenie pięcioprocentowego progu jako ambitny cel pokazuje, jak mało ludzie oczekują już od lewicy i jak niewielkie jest do niej zaufanie.
W opinii „Die Welt”, jeśli Merz chce odzyskać choćby ślad zaufania, musi dostarczać rezultatów z dala od polityki lewicowej. „Za konsekwentną polityką migracyjną ministra spraw wewnętrznych Dobrindta musi pójść konsekwentna polityka gospodarcza” – uważa gazeta.
Relacje niemiecko-rosyjskie po ataku dronów na lotnisko w Lipsku
Drugim tematem tygodnia były stosunki niemiecko-rosyjskie po ataku dronów na lotnisko w Lipsku, za który rząd federalny obarczył odpowiedzialnością Moskwę. W tej sprawie „Der Spiegel” zabiera głos w obronie ostrożnej reakcji Berlina. W opinii tygodnika, prowadzona od lat przez Władimira Putina wojna hybrydowa przeciw państwom zachodnim wchodzi w nową, szczególnie niebezpieczną fazę, ponieważ imperialna wojna przeciwko Ukrainie zaprowadziła Kreml w militarny, gospodarczy i polityczny zaułek.
Putin „nie szuka ratunku w dyplomacji, lecz w eskalacji” – ocenia „Der Spiegel”. I jak dodaje, chce on przede wszystkim napędzić Niemcom strachu. A niepewność ma prowadzić do tego, by przewagę zdobyły siły, które będą mu się kłaniać: politycy od AfD po Lewicę i BSW.
Dlatego reakcję niemieckiego rządu na incydent z dronami na lotnisku w Lipsku „Der Spiegel” nazywa „mądrą i wyważoną”. Zamknięcie konsulatu generalnego w Bonn i Rosyjskiego Domu w Berlinie jest – według tygodnika – wyraźnym sygnałem, że gra Putina nie zostanie zaakceptowana.
Zarazem rząd nie podgrzewa konfliktu bez potrzeby. Mógł zerwać stosunki dyplomatyczne z Rosją albo skierować sprawę do NATO, ale byłby wtedy o krok dalej na drodze do prawdziwej wojny. A tego nikt przecież nie chce, jak zaznacza „Der Spiegel”. Tygodnik krytykuje przy tym samego kanclerza i za błąd uznaje zapowiedź Merza, że sprawcy incydentu „za to zapłacą”. „To tylko podsyciło bajkową narrację Putina o rzekomo złym Zachodzie” – wyjaśnia.
Odpowiedzią Rosji na reakcję Niemiec na incydent w Lipsku jest zamknięcie Instytutu Goethego na jej terenie. Na pytanie, czy niemiecki rząd posunął się za daleko, zamykając Rosyjski Dom w Berlinie, „Süddeutsche Zeitung” odpowiada przecząco. „To Kreml już od 2015 roku celowo niszczy więzi kulturowe” – pisze dziennik z Monachium. Według „SZ”, zamknięcie obu instytucji jest tylko punktem końcowym procesu, który Kreml zapoczątkował już w 2015 roku ustawą o „organizacjach niepożądanych”.
Utratę kursów językowych w Rosji dziennik nazywa godną ubolewania, ale przypomina, że język niemiecki pod rządami Putina dawno wyszedł z mody. „Od 2019 roku liczba nauczycieli tego języka spadła o 40 procent. Nikt nie zaszkodził niemiecko-rosyjskiej wymianie bardziej niż człowiek, którego niektórzy do dziś idealizują jako »Niemca na Kremlu«” – konkluduje „SZ”.
Inaczej ten sam bilans interpretuje „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, przypominając, co konkretnie zostało zerwane. Koniec Instytutu Goethego w Rosji był do przewidzenia, ale – jak pisze gazeta – „trzeba mieć nadzieję, że długo odkładane, także z uwagi na ten ostatni kulturalny most, zamknięcie Rosyjskiego Domu w Berlinie opłaci się z punktu widzenia polityki bezpieczeństwa”.
„FAZ” wskazuje, że ostatnio w Instytucie Goethego w Moskwie odbywały się już tylko kursy języka niemieckiego, a nie odczyty czy dyskusje panelowe. „Dla Rosjan krytycznych wobec reżimu zamyka się jedna z ostatnich bram prowadzących do zachodniego świata kultury” – zauważa dziennik z Frankfurtu.