Trwa piąty rok wojny Rosji Putina z Ukrainą. W jakiej kondycji znajduje się społeczeństwo ukraińskie? Jak wpłynęła na nie mroźna zima? Co bywa silniejsze – chęć zawarcia szybkiego pokoju czy dalsza walka, aby zawrzeć ten pokój na własnych warunkach?
Po 24 lutego 2022 roku wielu analityków, jak i polityków na świecie zakładało szybki upadek Ukrainy. Ale to się nie wydarzyło. Dziś problem polega na tym, że ta wojna nie ma jasno określonego zakończenia. Sami Ukraińcy są przekonani, że są w stanie wygrać z Rosją. Nowe badania opinii publicznej pokazały, że około 77 procent wierzy w zdolność ukraińskiej armii do dalszego prowadzenia walki, a jedynie 12 procent w to nie wierzy. Ta mniejszość jest o tyle istotna, że socjologowie wskazują na istnienie mniej więcej 10-procentowej grupy obywateli Ukrainy o postawach prorosyjskich. W tej grupie część osób może stanowić realną agenturę (piątą kolumnę) i na poziomie lokalnym z reguły wiadomo, kto do niej należy. I tu ważna uwaga, sama prorosyjskość nie jest karana, natomiast kolaboracja już tak – dotyczy to choćby przekazywania danych wywiadowczych umożliwiających precyzyjne ataki rosyjskiej artylerii czy dronów. Możliwe więc, że te 12 procent niewiary w armię częściowo pokrywa się z tym komponentem prorosyjskim. Jednocześnie reszta społeczeństwa jest niezwykle zintegrowana i to prawdopodobnie najbardziej w całej swojej historii. Co ważne, nie jest to wyłącznie emocjonalna „wiara”. Towarzyszy jej bardzo wysokie, utrzymujące się od początku wojny zaufanie do armii, które przekracza 70 procent. Wojsko stało się fundamentem państwa i czymś w rodzaju symbolu, niemal sakralnego punktu odniesienia. Widać to w codziennych rytuałach – podczas wydarzeń publicznych zawsze jest minuta ciszy w intencji poległych i podziękowania dla armii.
Jednocześnie mamy do czynienia z wyraźnym paradoksem: z jednej strony istnieje kult wojska, z drugiej zjawiska takie jak unikanie służby wojskowej czy masowe opuszczanie jednostek. Szacunki mówią o blisko dwustu tysiącach dezerterów. Wynika to z wielu przyczyn, w tym problemów wewnętrznych armii: nadal obecnej mentalności poradzieckiej, błędów dowódców czy złego zarządzania. Równolegle funkcjonują jednostki nowoczesne, świetnie zorganizowane, działające według zupełnie innych standardów. Armia ukraińska jest wewnętrznie bardzo zróżnicowana, a mimo to jako całość pozostaje kluczowym filarem państwa.
Już to, co powiedziałem przed chwilą, pokazuje społeczeństwo pełne sprzeczności, ale jednocześnie zdolne do konsolidacji. I to jest istotne – mamy do czynienia z normalnym społeczeństwem, w którym istnieją napięcia, emocje i konflikty, ale ogólny kierunek pozostaje spójny. Ludzie są zmęczeni wojną i chcieliby pokoju, jednak nie zgadzają się na pokój za wszelką cenę. Ponad połowa odrzuca kompromisy, natomiast 40 procent dopuszcza je pod warunkiem gwarancji bezpieczeństwa. Jednocześnie większość nie wierzy, że szybkie zakończenie wojny jest możliwe, co sprawia, że deklaracje kompromisu mają raczej charakter hipotetyczny. Znacznie ważniejsze jest to, że około dwie trzecie społeczeństwa deklaruje gotowość do długotrwałego wysiłku i ponoszenia kosztów tak długo, jak będzie to konieczne.
Nie widać więc oznak rozpadu porządku społecznego?
Nie, nie ma masowej przestępczości ani anomii, choć oczywiście zdarzają się incydenty, częściowo związane z obiegiem broni z frontu. W kraju już jest około 1,5 miliona weteranów, co stanowi ogromne wyzwanie. Problemy dotyczą przede wszystkim reintegracji – zarówno ekonomicznej, jak i społecznej. Wielu żołnierzy po powrocie z frontu nie jest w stanie znaleźć pracy odpowiadającej wcześniejszym zarobkom, a system prawny nie zawsze uwzględnia ich sytuację, zwłaszcza w przypadku niepełnosprawności.
Pojawia się też napięcie między tymi, którzy walczyli, a tymi, którzy nie byli na froncie. Ci drudzy często mają poczucie winy, które próbują racjonalizować, dystansując się od weteranów, co może w przyszłości mieć znaczenie polityczne. Mimo tych wszystkich trudności państwo funkcjonuje jednak zaskakująco sprawnie. Miasta działają normalnie, są zadbane, infrastruktura jest utrzymywana. Nawet w miejscach zagrożonych ostrzałem, jak Charków, widać dbałość o przestrzeń publiczną. To pokazuje nie tylko sprawność organizacyjną, ale przede wszystkim postawę społeczną, determinację i poczucie odpowiedzialności, które nie wynikają z przymusu, lecz z wewnętrznej mobilizacji.
Mówimy o Kijowie, Lwowie, Charkowie czy Odessie. A jak jest w mniejszych miastach, na wsiach i daleko od frontu i wojny, na Zakarpaciu?
To jest właśnie ważne, bo rzeczywiście informacje – zwłaszcza w kontekście zimowych chłodów – docierały głównie z dużych miast, przede wszystkim z Kijowa i Dnipra. Tymczasem to nie jest cała Ukraina. Doświadczenie mrozów i trudności nie dotyczyło wszystkich w takim samym stopniu. Mniejsze ośrodki funkcjonują inaczej, po pierwsze dlatego, że Rosjanie nie są w stanie bombardować wszystkiego, a po drugie, dlatego, że jeśli nie ma tam strategicznych celów, jak fabryki czy infrastruktura wojskowa, to mniejsze miejscowości zostawiane są w spokoju. Życie jest tam relatywnie bezpieczniejsze.
W wielu takich miejscach można wręcz powiedzieć, że życie toczy się „w miarę normalnie” – oczywiście w realiach wojny, ale stabilnie. Oto przykład – Zakarpacie jest regionem, który praktycznie nie doświadcza bezpośrednich działań wojennych (poza pojedynczymi incydentami, jak bombardowanie w Mukaczewie). To tradycyjnie biedniejszy region, który paradoksalnie trochę zyskał na wojnie dzięki relokacji części przemysłu ze wschodu. Jednocześnie pojawiło się tam nowe wyzwanie – napływ dużej liczby osób wewnętrznie przesiedlonych.
To są miliony ludzi, często rosyjskojęzycznych, przyjeżdżających z dużych, uprzemysłowionych miast na wschodzie do małych, konserwatywnych miejscowości na zachodzie. Powoduje to naturalne napięcia kulturowe i społeczne. Mamy zatem zderzenie dwóch światów – mieszkańców dużego miasta pokroju Kramatorska z lokalną społecznością małego, tradycyjnego miasteczka. Te napięcia są realne, choć nie zawsze przybierają ostrą formę konfliktu.
Mimo tych trudności lub wbrew nim, państwo i gospodarka funkcjonują. Sklepy działają, usługi są dostępne, słowem – trwa życie ekonomiczne. Oczywiście nie jest to poziom sprzed wojny, ale system nie uległ załamaniu. PKB spadło na początku wojny o około 30 procent, później nastąpiło odbicie i obecnie gospodarka jest raczej w stanie stagnacji, bez wyraźnego wzrostu, ale też bez recesji. Co ciekawe, jeśli uwzględnić, że około 7 milionów ludzi opuściło kraj, to PKB na mieszkańca może być zbliżone do poziomu sprzed wojny.
Z perspektywy państwa problemem jest spadek dochodów budżetowych, a więc konieczność finansowania armii oraz usług publicznych z innych źródeł. Ten problem został częściowo rozwiązany dzięki wsparciu Zachodu, który finansuje funkcjonowanie państwa w sferze cywilnej. Ukraińcy przyjęli zasadę, że własne dochody (podatki, cło etc.) przeznaczają głównie na armię, natomiast wydatki cywilne pokrywają z pomocy zagranicznej, grantów i pożyczek. Ten model tworzy pewien stabilny miks, który pozwala państwu funkcjonować.
To wszystko dzieje się w warunkach, które są wyjątkowe. Jak w związku z tym funkcjonują sektory niemilitarne, które muszą działać, nawet w czasie wojny?
Z zewnątrz może to wyglądać paradoksalnie. W kraju objętym wojną ludzie chodzą do restauracji czy jeżdżą na narty. Ale w rzeczywistości jest to element utrzymania gospodarki i życia społecznego. Widać też oznaki aktywności gospodarczej – choć wiele firm upada, jeszcze więcej powstaje. W Kijowie w czasie wojny otwarto dziesiątki nowych księgarń, rozwija się sektor wydawniczy, widoczna jest silna konsolidacja wokół kultury. Również turystyka wciąż funkcjonuje, kurorty w Karpatach przyjmują ludzi, działają restauracje i kawiarnie. Z jednej strony pełnią funkcję ekonomiczną, bo generują dochód, a z drugiej są ważne społecznie, bo pozwalają ludziom zachować choćby częściową normalność.
Na poziomie makroekonomicznym również widać oznaki stabilności. Rosną zobowiązania kredytowe – firmy zaciągają kredyty, co oznacza, że widzą możliwości rozwoju. Państwo wspiera przedsiębiorstwa poprzez preferencyjne finansowanie. Wzrasta sprzedaż samochodów, buduje się więcej mieszkań niż rok wcześniej. W dużych miastach, takich jak Kijów, można jednocześnie zobaczyć skutki bombardowań i nowe inwestycje. Obok zniszczonego budynku powstaje nowy apartamentowiec. To wszystko tworzy znowu obraz pełen sprzeczności, który trudno zrozumieć z zewnątrz. Życie się nie zatrzymuje, toczy się dalej, mimo wojny.
A co się dzieje z dezerterami, o których wspominałeś, i jak rozumieć samowolne opuszczanie jednostki wojskowej?
W sytuacji tak dużej skali ucieczek nie może być masowych represji, a powody unikania służby czy dezercji są różne. Zdarza się na przykład, że żołnierz podejmuje decyzję o tymczasowym opuszczeniu jednostki, żeby zobaczyć się z rodziną (urodziło mu się dziecko). Wiele zależy od dowódców, czasem ich niekompetentne decyzje potrafią pogłębić problem. Z badań wynika, że głównym powodem unikania wojska jest niepewność. Ludzie nie wiedzą, ile czasu w nim spędzą, kiedy dostaną przepustki i jakie są reguły. Brak klarownej polityki mobilizacyjnej, w tym nieokreślone procedury dotyczące przepustek, sprawiają, że żołnierze często muszą sami „decydować” o wyjazdach do rodziny.
Istnieją jednostki, w których obowiązują zasady i żołnierze są w stanie funkcjonować zgodnie z regulaminem, ale są też takie, gdzie ci, którzy nie wytrzymują, decydują się na czasowe opuszczenie służby. Taki krok nazywa się „samodzielnym opuszczeniem” (SEZ) i jest traktowane łagodniej niż dezercja. Istnieją też mechanizmy przywracania tych żołnierzy do służby, zresztą często sami zgłaszają się do swoich oddziałów, nie są na siłę doprowadzani przez żandarmerię.
Inni próbują uciec za granicę, co czasem wiąże się z nieformalnymi opłatami, choć nie na masową skalę. Cała sytuacja jest więc złożona. Obejmuje indywidualne potrzeby, problemy dowódcze, niejasne regulacje i korupcję, ale nie ma mowy o powszechnym i drastycznym łamaniu dyscypliny w skali całej armii.
W Davos na Światowym Forum Ekonomicznym prezydent Wołodymyr Zełenski skrytykował obecną politykę Unii, zarzucając jej m.in. reaktywność. Co chciał osiągnąć? Europa na dziś zdaje się być ostatnim przewidywalnym sprzymierzeńcem Ukrainy.
No tak, tylko że sprawa wygląda tak, że jego wyjazd do Davos nie był planowany. Został niejako wezwany przez Trumpa i pojechał na ostatnią chwilę. W związku z tym powstało okienko na przemówienie i nie wiadomo, czy było ono przygotowane wcześniej, czy pisane w pośpiechu. Nie wiemy też, jaki był jego główny cel tego wystąpienia.
Zełenski ma to do siebie, że niektóre jego poczynania mają charakter czysto polityczny. Na przykład wobec Polski. Ukraińcy uważają, że Polska i tak musi pomagać, ponieważ jesteśmy państwem przyfrontowym. To nie oznacza, że nie muszą o nas zabiegać, ale ekonomicznie i dyplomatycznie nie muszą szczególnie „pielęgnować” relacji – pomoc i tak przyjdzie. To samo może dotyczyć Unii Europejskiej. Skoro już przekazała te 92 miliardy euro, nie muszą specjalnie tych relacji doglądać. Natomiast mogą pokazać Trumpowi, że go rozumieją, bo to było istotne – chodziło o przeciwstawienie się opieszałości Unii i jednoczesne zaadresowanie sposobu działania Trumpa, który nie jest sojusznikiem Ukrainy, ale też nie wrogiem. To ewidentnie element strategii. Ukraińcy wiedzą, że Europa, w tym Polska, nie może się wycofać. Mają to ugruntowane w praktyce politycznej oraz analizach społecznych. Badania pokazują, że opinia publiczna w Europie generalnie legitymizuje pomoc. Natomiast w Stanach Zjednoczonych, z powodu nieprzewidywalności Trumpa, trzeba go przytrzymywać przy stole negocjacyjnym przynajmniej do listopadowych wyborów połówkowych, kiedy może zmienić się skład Kongresu i rozpocząć się zupełnie inna gra. Chodzi o to, żeby Trump się nie wycofał, bo Ukraińcy potrzebują wsparcia USA – wywiadu, amunicji, rakiet, części zamiennych.
Faktem jest też, że Ukraińcy są wdzięczni Unii, bez jej pomocy nie byliby w stanie prowadzić walki. Jednocześnie są przekonani, że gdyby Niemcy dostarczyli im systemy rakietowe Taurus, mogliby przyspieszyć dekompozycję Rosji. Otrzymywana teraz pomoc pozwala im jedynie przetrwać, ale to wciąż nie wystarcza, by dokonać przełomu na froncie. Ukraińcy zdają sobie sprawę, że mogą prowadzić walkę, jednak inicjatywę strategiczną wciąż ma Rosja. Rosja posuwa się powoli, ale mimo to kontroluje sytuację. Ukraińcy chcą zmienić tę dynamikę.
W ten sposób powstała doktryna neutralizacji strategicznej, która po raz pierwszy sprawdziła się na Morzu Czarnym w 2023 roku. Wtedy był zablokowany kanał eksportowy transportu zboża i Ukraińcy zastosowali drony, wygonili flotę czarnomorską zatapiając część okrętów, podczas gdy pozostała flota rosyjska uciekła na Morze Azowskie. To była nowa technologia i metoda asymetryczna, czyli Ukraińcy wykorzystali innowacyjne rozwiązania do osiągnięcia strategicznego celu, jakim było odblokowanie szlaków morskich, co pozwoliło na transport praktycznie całej produkcji rolnej i metalurgicznej. Obecnie ta doktryna przejawia się w bombardowaniu strategicznej infrastruktury Rosji (przemysłu petrochemicznego), aby zmniejszyć jej zdolności eksportowe. Ukraińcy wiedzą, że gdyby mieli systemy Taurus (około 600 sztuk), mogliby znacząco osłabić Rosję, potencjalnie doprowadzając ją do granicy zapaści i w ten sposób zmusić ją do negocjacji. Rosja jednak nie zmienia swojego celu strategicznego, jej celem nadal jest kapitulacja Ukrainy. Tak czy inaczej, Europa nie chce angażować się w tak intensywną ofensywę, częściowo z obawy przed eskalacją, w tym użyciem broni jądrowej przez Rosję. Warto też dodać, że Europa, choć wspiera Ukrainę, nie ma jeszcze w pełni rozwiniętej własnej bazy przemysłowej dla produkcji rakiet i dronów dalekiego zasięgu. Wszystkie ataki w głąb Rosji opierają się więc głównie na ukraińskich technologiach i zdolnościach produkcyjnych, które są ograniczone.
Ukraińcy uważają, że konflikt ma charakter wojny na wyczerpanie. Z perspektywy Ukrainy celem nie jest dziś totalne zwycięstwo nad Rosją, ale obrona suwerenności i utrzymanie zdolności państwa oraz sił zbrojnych, aby móc odpowiedzieć na przyszły atak. Ukraińcy mają świadomość, że Rosja wróci do gry, chyba że uda się doprowadzić do jej zapaści – czego z kolei Zachód się boi. W praktyce oznacza to, że aby zakończyć wojnę, a nie tylko ją zamrozić, niezbędna jest współpraca Ukrainy z Zachodem i strategiczne, skoordynowane współdziałanie, którego sama Europa nie jest w stanie udźwignąć. Problem polega też na tym, że Europa nie ma jasnej wykładni zwycięstwa ani końca wojny, natomiast Putin ma jasno określony cel. Ukraińcy w 2023 roku wierzyli, że mogą pokonać Rosję, ale obecnie ich celem jest przede wszystkim utrzymanie zdolności obronnych państwa i przygotowanie się na kolejną ofensywę Rosji.
Jak Kijów ocenia politykę prezydenta Trumpa?
Trzeba pamiętać, że Ukraińcy myślą inaczej niż my. Oni nigdy nie mieli takiej historii jak my. Polska po komunizmie konsekwentnie dążyła do NATO i Unii Europejskiej. W Ukrainie nigdy nie było takiego jasnego kierunku. Budowanie niepodległego państwa odbywało się w warunkach strategicznej samotności. Nie mieli pewnych partnerów ani na Zachodzie, ani na Wschodzie. Nawet Rosja była dla nich bliska bardziej sentymentalnie niż strategicznie.
W 1994 roku Ukraina została zmuszona do podpisania Memorandum Budapeszteńskiego, oddając broń jądrową, zresztą obiektywnie patrząc nie mieli zasobów, aby utrzymać bezpiecznie taki arsenał. Pamiętają jednak, że wywiązali się z umowy, a Rosja nie dotrzymała zobowiązań. To pozostanie w ich pamięci jako nauczka.
Jeszcze w listopadzie 2021 roku, po ośmiu latach konfliktu z Rosją, 40 procent Ukraińców nadal patrzyło pozytywnie na Moskwę (wcześniejszy wskaźnik sympatii sięgał 75 procent). To pokazuje, że do 2022 roku Rosja nie była postrzegana jako absolutne zagrożenie, raczej jako partner – potencjalny lub przynajmniej neutralny. Percepcja zmieniła się radykalnie dopiero po 24 lutego. Odtąd Rosja stała się zagrożeniem egzystencjalnym.
A jak ocenia się dzisiaj porozumienia mińskie z 2014 i 2015 roku?
Traktowano je raczej jako wymóg polityczny, a nie realne zabezpieczenie państwa. Dopiero od 2022 roku następuje pełna konsolidacja świadomości geostrategicznej i zrozumienie, że zagrożenie ze strony Rosji jest systemowe i wymaga zdecydowanych działań.
Ukraińcy patrzą też na Stany Zjednoczone w sposób transakcyjny. Ameryka nigdy nie była ich prawdziwym sojusznikiem, była partnerem, którego wsparciem trzeba umiejętnie zarządzać. Przykładowo pod koniec 2023 roku, mimo administracji Bidena, Ukraińcy przez ponad pół roku nie otrzymali amunicji do artylerii z powodu blokady w Kongresie. To zmusiło ich do opracowania własnych dronów jako sposobu poradzenia sobie z ograniczeniami, co stało się potem symbolem strategicznej samodzielności. Z tego doświadczenia Ukraińcy wyciągnęli lekcję. Wybrali Brukselę, traktując Unię Europejską jako bardziej przewidywalnego partnera. Gdybym więc miał posumować ich postawę, to powiedziałbym krótko: robią swoje, utrzymują partnerów przy stole, przekonują ich o potrzebie wsparcia i dostosowują działania do realiów geopolitycznych. To stoicka strategia. Najważniejsze jest jednak ukraińskie postrzeganie Rosji jako zagrożenia egzystencjalnego, a nie jako politycznego podmiotu, z którym można negocjować. To definiuje ich decyzje strategiczne, podejście do sojuszników i sposób prowadzenia wojny. W latach 2014–2021 Ukraińcy obserwowali Zachód i uczyli się, kto jest realnym partnerem – i wyciągnęli wnioski, że trzeba działać samodzielnie, ale przy wsparciu sojuszników, którzy pozostają przy nich w krytycznych momentach.
Czy Europa jest gotowa na autonomię strategiczną w obliczu polityki Donalda Trumpa i powrotu do „koncertu mocarstw”?
Trzeba też pamiętać, że Ukraińcy mają inny sposób postrzegania Unii Europejskiej niż my. Dla wielu z nich Unia nie jest w pełni podmiotem polityki międzynarodowej – to raczej zbiór państw, które działają indywidualnie, a jednocześnie wchodzą w wspólne porozumienia. Na przykład Dania i Szwecja są postrzegane jako niezależne podmioty. Dania wprowadziła własny model finansowania przemysłu zbrojeniowego dla Ukrainy, który wspiera produkcję uzbrojenia w kraju. I to jest fakt, który Ukraińcy doceniają. Unia Europejska w tym kontekście jest postrzegana raczej jako „bankomat”, który uruchamia mechanizmy wsparcia, nie zaś jako polityczny gracz na miarę Trumpa.
Wielu Ukraińców podchodzi do Unii z chłodnym realizmem – wiedzą, że obecność w klubie państw unijnych daje wielkie korzyści, ale nie mają przesadnych oczekiwań. Unia wywiera presję, która sprzyja reformom wewnętrznym, ale Ukraińcy są dalecy od przekonania, że w ciągu najbliższych 10 lat powstanie jednolity, spójny organizm polityczny. Dla nich ważniejsze jest współdziałanie z tymi państwami, które myślą podobnie, szczególnie w kwestii postrzegania Rosji. Budują własne relacje z każdym, kto może ich wesprzeć – prowadzą nawet rozmowy z Chinami, kupując komponenty do dronów i elektroniki. Nie chodzi o sentyment, idzie o pragmatyczne wykorzystanie dostępnych środków.
Co tu dużo mówić, Ukraińska polityka wobec Unii ma wszelkie cechy Realpolitik – Kijów traktuje UE jako coś solidnego i przewidywalnego, choć nie jako podmiot międzynarodowy w klasycznym sensie. Unia to zbiór ciągle odnawiających się porozumień i decyzji – Ukraińcy to rozumieją. Nie mają też przesadnych nadziei ani iluzji, że UE może samodzielnie zapewnić im bezpieczeństwo. Wiedzą, że w razie potrzeby będą musieli sobie radzić sami, tak jak radzą sobie z różnymi wyzwaniami w kraju.
Co się da powiedzieć o fenomenie polskiej zbiórki na generatory dla Kijowa, w ramach której społeczeństwo zeszłej zimy zgromadziło ponad 10 milionów złotych?
Oczywiście skala zbiórki zaskoczyła Ukraińców pozytywnie. Pokazała, że mimo pogarszających się relacji, reakcja była naturalna. Kiedy zima w Polsce pokazała swoją surowość, a ludzie umierali z zimna w Ukrainie, naturalny odruch pomocy zadziałał. Zwykły mechanizm empatii, który Ukraińcy bardzo doceniają. Dla nich miało to znaczenie zarówno psychologiczne, jak i materialne, bo pomoc w postaci generatorów, a później wsparcie z Czech czy Unii Europejskiej była nie do przecenienia. Podczas spotkań Ukraińcy często zaczynają od podziękowań, przypominając o wydarzeniach z 2022 roku. Tego, co się wtedy wydarzyło, nie da się zapomnieć. Bez względu, czy jesteśmy w Charkowie, Kijowie czy Lwowie, wszyscy to pamiętają i doceniają. Jest to kapitał zaufania, który nadal działa.
Z Edwinem Bendykiem rozmawiał Piotr Leszczyński.
Edwin Bendyk jest prezesem Fundacji im. Stefana Batorego i publicystą POLITYKI. Wspólnie z Agnieszką Lichnerowicz prowadzi podkast „Rozumieć Ukrainę”.
Powyższa rozmowa ukazała się w „Przeglądzie Politycznym”, nr 195/2026.