„Ale ty nie jesteś Polonia”.
Na to stwierdzenie, które przecież nie jest pytaniem, reaguję po prostu: „Tak, zgadza się” (albo raczej: „No tak”). Dopiero później robi mi się smutno, że nie należę do tego kręgu, choć właściwie nawet nie wiem, kto to jest ta Polonia.
Jeśli ktoś spytałby mnie o definicję Polonii, odpowiedziałabym, że są to ludzie, którzy wyemigrowali z Polski i tworzą w Niemczech (lub gdziekolwiek indziej) społeczność ekspatów. Tak, przypuszczalnie tak to bym ujęła. Może dodałabym jeszcze, że to ludzie, którym zależy na polskiej kulturze i języku, którzy przykładowo streamują polskie radio albo oglądają polską telewizję, czytają najnowsze polskie książki i wiadomości oraz chodzą do polskiego sklepu, aby kupić fasolkę (w trakcie pisania słyszę, jak pracownica niemieckich kolei przez telefon mówi po polsku, że w końcu przywieźli fasolkę i można ją odebrać w ten czwartek. Podejrzewam, że ta pani należy do Polonii).
A więc wygląda na to, że to jakaś polska wspólnota w nie-Polsce. Taka, która jednym uchem, okiem i nozdrzem, połową serca i języka wciąż żyje w Polsce.
Ale co mnie odróżnia od tej Polonii?
Może Polonię stanowią tylko dorośli, którzy świadomie wyjechali do Niemiec (albo uciekli z powodu sytuacji politycznej lub biedy)? Czy w ten sposób wszystkie dzieci, które z nimi współ-emigrowały, ponieważ taki ich los, że muszą robić to, co rodzice każą – nie podpadają już pod tę kategorię? A może przypadek dzieci jest specyficzny i zależy od tego, ile żurku w domu dostawało się na talerz albo czy przy stole odmawiało się modlitwy (i w jakim języku)?

Grzebię w pamięci w poszukiwaniu spotkań z Polonią. Wydaje mi się, że często doświadczyłam jej jako ekspertów do spraw tożsamości emigranckiej i przynależności innych ludzi. W tym konkretnym przypadku: mojej przynależności. Oczywiście nie widać po mnie, że jestem z Polski, chociaż w Polsce się urodziłam, dlatego tak istotne jest, ile lat tam żyłam i jak dobrze znam język. Polonia często wypytuje najpierw o miejsce (czy ze Śląska, czy nie ze Śląska), a potem o czas, czyli o dokładną liczbę lat, które faktycznie w owym miejscu się spędziło. Najpóźniej wtedy pojawia się komentarz: „Oj, ale byłaś malutka, to ty jesteś Niemką”. Jakże dwuznaczne stwierdzenie i błędna diagnoza! Całkiem niedawno dowiedziałam się bowiem, że słowo Niemiec, postrzegając je etymologicznie, wywodzi się od słowa niemy albo od wyrażenia nie mówiący po naszemu. Ponieważ ja jednak mówię, tym samym nieco zaskakuję. W końcu taka Polka, która właściwie jest Niemką, ponieważ była wtedy taka malutka – stanowi dla Polonii pewną niespodziankę. Polonia uważnie nasłuchuje jednym uchem i ocenia, czy jestem jedną z naszych czy też nie.
Mój stosunek do mojego polskiego języka jest dwoisty jak głowa Janusa. Co ja mówię! Jest meduzogłowy! Każdy wąż reprezentuje inną emocję i wszystkie nieustannie sobie przeczą.
Można to uznać za pech lub szczęście, ale mojej znajomości języka polskiego nie można zrzucać wyłącznie na karb bycia Niemką, ponieważ zawdzięczam ją też mojemu wiejskiemu i chłopskiemu pochodzeniu. Surprise, surprise! Nie wszystkie polskie dzieci dorastają w domu pełnym książek i wiedzą, kto to był Mickiewicz lub Kochanowski. W każde wakacje od nowa uczyłam się „języka babcinego” (mój polski to nie jest język ojczysty, ponieważ nigdy nie słyszałam mowy mojego ojca, a moja matka od czasów emigracji używała tylko niemieckiego). Tam, w małej kujawsko-pomorskiej wsi, gdzie zawsze mówiło się wtenczas i w każdym bądź razie, a także placek zamiast ciasto, natomiast pies prowadzony był na lince, jeśli w ogóle była taka potrzeba; tam, na huśtawkach, na boisku, nikt mnie nie poprawiał. Nawet jeśli do szczekających czworonogów mówiłam piesy zamiast psy albo wołałam usiądź się, poklepując miejsce obok siebie. Niewykluczone, że dużą rolę odegrała również moja naiwna ciekawość, ponieważ na wszystko reagowałam standardowym czemu. Lata później w Krakowie zwrócono mi uwagę, że brzmi to żenująco, gdy dorosła kobieta zaczyna pytania od tego słówka.
Można to więc nazwać pechem lub szczęściem, że nigdy nie chodziłam do prawdziwej polskiej szkoły, lecz tylko we wakacje, na piaszczystych pagórkach, z rozkoszą ssałam język wsi niczym karmel domowej roboty. Zbyt wiele polonistek i polonistów tam się nie kręciło, mogłam więc mówić, jak mi pasowało.
Poza tym uczyłam się z tekstów piosenek. Na okrągło słuchałam hitów takich wykonawców jak: Budka Suflera, Edyta Bartosiewicz, Ich Troje, Kasia Klich, Kasia Kowalska, Łzy, Marcin Rozynek, Myslovitz, Nosowska, O. N. A., Peja, Perfect, Red Lips, Reni Jusis, Stachursky, T. Love, Wilki… Być może dlatego jestem usposobiona nieco sentymentalnie, a skłonność do melancholii tłumaczę moją słowiańską duszą. No i nie można pominąć tutaj telewizji. Zanim bingowanie seriali stało się cool oraz przedmiotem badań kulturoznawczych, oglądałam z babcią „M jak miłość”, „Na Wspólnej”, „Na dobre i na złe”, „13 posterunek” i „Kasia & Tomek”. W czasach podstawówki wielka antena satelitarna wisiała przed moim oknem, żeby odbierać jak najwięcej polskich kanałów. Wolałam siedzieć przed telewizorem niż w szkole, wcinałam moje Grześki Toffi, piłam kawkę po turecku w szklankach i bawiłam się w Polskę.
Tak więc, droga Polonio, jeśli to czytasz: Czy nie tak właśnie postępuje prawdziwa Polonia? Karmi Grześkami połowę języka, a zwłaszcza jego czubek, gdzie mieszka tęsknota?
To wszystko było mi jednak za mało – i poszłam na studia.
Tam, w świecie slawistyki, w inny sposób skonfrontowano mnie z pytaniem, kim ja właściwie miałabym być. Nie miałam pojęcia o moim języku-hybrydzie, który składał się z mowy wiejskiej i popkulturowego slangu, a który od czasu seminariów literackich zaczęłam ozdabiać cytatami z Mickiewicza. Muszę też przyznać, że uwielbiam polskie przekleństwa. Moim ulubionym było wówczas pojeb***, które po prostu dorzucałam do innych słów, niczym nonszalancki kleks śmietany, jak to robią postacie z książek Masłowskiej. Można to więc nazwać pechem lub szczęściem – dość późno zorientowałam się, że mój polski to nie tylko język emigrantów, z natury nieco oderwany w czasie i przestrzeni, ale także język słoików, którzy odruchowo wszystko kopiują.
Chyba właśnie na studiach po raz pierwszy napotkałam ową Polonię, a wraz z nią nowy rodzaj wstydu. Podczas szkoły letniej, przeznaczonej dla Austriaków uczących się polskiego, otrzymałam najgorszą ocenę w całej grupie. Odpowiedzialna za kurs profesorka (Polonia) powiedziała, że słyszy, iż ja nie myślę po polsku. Wedle jej pedagogicznego przeświadczenia myślę bowiem po niemiecku i tłumaczę potem na polski, co nie ma nic wspólnego z prawdziwą polszczyzną, a w moim odczuciu – z byciem Polką (Austriak, który nie potrafił rozróżnić głosek sz, cz, rz, dz, dź, zaliczył kurs na poziomie C1).
Prawdopodobnie ten wniosek, że nie jestem wystarczająco „polska”, sprawił, że przeczytałam więcej literatury polskiej niż przeciętna Polka czy Polak i studiowałam slawistykę. Zapewne ten wniosek, że nie jestem wystarczająco „polonijna”, sprawił, że odruchowo odpowiadam: „No tak” albo „Tak, zgadza się”.
Gwoli prawdy muszę przyznać, że najwyraźniej radzę sobie całkiem nieźle – czy jako Niemka czy Polka czy Polonia, tego w tym tekście chyba już nie rozstrzygnę… Podczas krótkich spotkań często jestem chwalona właśnie za mój język. Może to zabrzmieć paradoksalnie, ale te pochwały nie wzbudzają we mnie poczucia szczęścia lub przynależności. Dlaczego jedna Polka chwali drugą za jej język? Czy nie jest to raczej otaczanie lukrem wcześniej dokonanego wykluczenia?
To wszystko jest skomplikowane i absurdalne, co skłania mnie do wniosku, że język odgrywa decydującą rolę w tworzeniu tożsamości albo nie odgrywa jej wcale. Bo skoro nawet pochwały nie można potraktować jako symbolicznego pasowania na rycerza?
Droga Polonio, podczas pisania tego tekstu zauważyłam, że nic mnie tak nie przeraża, jak myśl o Twoim osądzie. Może spotkajmy się kiedyś przy Grześkach i wyjaśnisz mi dokładnie, kim właściwie jesteś.
Z niemieckiego przełożył Konrad Miller