Janosch zmarł 3 listopada w wieku 95 lat. Światową sławę zyskał dzięki książce „Ach, jak cudowna jest Panama”, wydanej w 1978 roku. Jego twórczość przetłumaczono na ponad 30 języków. Po polsku jego najsłynniejsza książka dla dzieci ukazała się po raz pierwszy dopiero w roku 1992.
Eckert urodził się w 1931 roku w Zabrzu, czyli ówczesnym Hindenburgu. Po przełomie roku 1989 wracał do swojej dawnej górnośląskiej małej ojczyzny, z którą zawsze czuł się związany i której w powieści „Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny” wystawił literacki pomnik.
W związku ze śmiercią Janoscha publikujemy w skróconej wersji tekst Marcina Wiatra z 2011 roku o znaczeniu Horsta Eckerta dla Górnego Śląska. Pełna wersja artykułu ukazała się w Polsko-Nemieckim Magazynie DIALOG, nr 97.
…..
Kiedy kilka lat temu, krótko po inscenizacji jego „arcyśląskiej” książki „Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny”, przyjechał do swojego Zabrza, zaproszony do udziału w cyklu spotkań autorskich, znalazł czas na poranne spacery ścieżkami odległego dzieciństwa. Wychodził wcześnie rano i znikał aż do południa. Włóczył się wczesnym rankiem po Zabrzu, nikt go tam na ulicy nie rozpoznawał, nikt nie zaczepiał, o nic nie pytał. W jednej z bocznych uliczek centrum miasta zauważył jakiegoś lumpa siedzącego na krawężniku. Przysiadł się. Tak, milcząc, przesiedzieli obaj kilkanaście minut. I się rozeszli. „To było jak metafizyka. Coś takiego mogło mi się przytrafić tylko tu, w Zabrzu. Jakbym spotkał starego Haderloka z Piekarskiej” – opowiadał.
To tu, w byłym niemieckim Hindenburgu, a właściwie w jednej z górniczych dzielnic miasta, w Porembie, 11 marca 1931 roku Janosch, a właściwie Horst Eckert, przyszedł na świat. A świat ten był tu niespokojny. Kilka lat wcześniej na skutek plebiscytu i swoistej wojny domowej, nazwanej później powstaniami, Górny Śląsk przedzieliła polsko-niemiecka granica.

Dom przy Beckerwegstraße (późniejsza ul. Piekarska), w którym mieszkał mały Janosch, był typowym śląskim familokiem, w którym żyło się, świętowało i umierało zawsze w otoczeniu sąsiadów. Był on położony niecałe dwieście metrów od Czarnawki, niewielkiej rzeczki, która wtedy w okolicach Poremby wyznaczała przebieg polsko-niemieckiej granicy. To właśnie ten dwupiętrowy, zbudowany z rudo-czerwonej cegły familok Janosch zapamiętał jako swój mikroświat.
Pod wpływem dziadka
Magiczny, to nie znaczy beztroski czy tylko szczęśliwy. Po prostu pozbawiony przesłaniających prawdę upiększeń, autentyczny. Ta ziemia to nie było bezpieczne miejsce. Jak wspominał w jednym ze swoich dotychczas najbardziej osobistych wywiadów, jakiego udzielił podczas „maratonu spotkań” na Górnym Śląsku w 2005 roku, celnicy strzelali tam do ludzi bez ostrzeżenia. Każdy był dla nich potencjalnym przemytnikiem.
Jednego mężczyznę polscy celnicy mieli zastrzelić na oczach chłopca. Dodajmy, że chłopca wrażliwego, może nawet zbyt wrażliwego. Mimo to granica, ten jego Niemandsland, czyli pas ziemi niczyjej, nieustannie go fascynowała. „To była magiczna kraina, w której chciałem się osiedlić. Wyobrażałem sobie, że tam będzie mi wszystko wolno” – wspominał.
Jak się rzekło, mały Janosch był dzieckiem wrażliwym, o bujnej fantazji. Być może fantazję tę podsycał jego dziadek, inwalida po wypadku w kopalni, na którego kolanach malec przesiadywał godzinami patrząc w stronę granicznej rzeczki i wsłuchując się w jego opowieści. W wywiadach Janosch nieraz podkreśla, że to dziadkowe bajanie, które tak silnie zapisało się w pamięci wnuka, to jego największy kapitał. Spisuje bowiem tylko to, co wtedy usłyszał. Opowiadania dziadka przemycały proste śląskie prawdy o życiu, w którym nie warto martwić się o rzeczy materialne, bo i tak nie wiadomo, co przyniesie jutro; że czas to skarb, a jeśli nie posiadasz niczego, to niczego nie musisz.

Dziadek od świtu do zmierzchu palił fajkę i nie krzyczał na wnuka, który, zasłuchany, nieraz zsikał się na jego jedyne spodnie. Czasem pozwalał nawet pociągnąć nabitej machorką fajki. Wtedy wydawało mu się, że fruwa. To były te chwile, gdy czuł się bezpieczny. Może nawet szczęśliwy. Częściej jednak jego najbliżsi zakorzeniali w nim lęk. To dziecko bało się swych rodziców i surowego Pana Boga, który miał karać za każdy zły uczynek.
Bieda w rodzinnym domu
Tymczasem w domu małego Horsta panowała straszna bieda. Ojciec po powrocie z więzienia, gdzie trafił za szmugiel, imał się różnych zajęć, miał nawet wstąpić do SA, by poprawić nieco byt. Janosch wspominał w jednym z wywiadów, że ojciec dostał mundur, pałkę, ale już po tygodniu wyrzucono go z organizacji. Pewno jak zwykle przesadził z piciem. By zarobić, łapał bezpańskie psy, malował je i sprzedawał jako rasowe. Nie było go nawet stać na piwo Schultheiss z zabrskiego browaru, więc pędził własny bimber. A w domowej kuchni królowała głównie kiszona kapusta i kartofle.
Ale każda bieda rodzi też niezdrową chęć pójścia na skróty. W swej kultowej książce „Cholonek” Janosch pokazuje w sposób prosty, niemal brutalny, ale zarazem prawdziwy, jaką postawę wobec nazizmu przyjmowali Ślązacy. Bardzo wielu, jak cholonkowy zięć Świętkowej, Detlev Hübner, czy sam Stanik Cholonek, gorliwie popierało Hitlera i nowe porządki. Inni, jak zapamiętał Janosch, chowali głowę w piasek, usiłowali jakoś przeczekać, przeżyć.
Ślązacy, których ukazał w „Cholonku”, jawią się jako ci, którzy w ogóle raczej nie protestowali przeciwko władzy. Janosch wie jednak, że na tej ziemi władze i granice państwowe zmieniały się często, a zwykły człowiek chciał jakoś przetrwać. Dlatego nie oskarża swoich ziomków, raczej próbuje naszkicować świat, z jakim przyszło im się zmierzyć, w jakim przyszło im żyć i który w 1945 roku musieli opuścić.
Ucieczka do Oldenburga
Eckertowie wsiedli do bydlęcego wagonu i pojechali na Zachód. Podobno wkrótce potem została wysłana decyzja weryfikacyjna, przyznająca Eckertom polskie obywatelstwo. Jednak fakt ten nie miał już żadnego znaczenia. Jak wspomina pisarz, rodzice doszli do wniosku, że trzeba się z Górnego Śląska wynosić, bo nie mieli gdzie mieszkać i co jeść. Janosch z trudem przetrwał podróż. Zachorował na tyfus, później na żółtaczkę, ale przeżył. Wraz z wieloma innymi przesiedleńcami ze wschodu trafił w końcu do Oldenburga.
W tym mieście, położonym daleko na północy Niemiec, nikt ani nie znał, ani tym bardziej nie chciał zrozumieć specyfiki przybywających tu Górnoślązaków wypędzonych z dalekich, wschodnich rubieży byłej III Rzeszy. Aklimatyzacja w nowym miejscu musiała więc długo trwać i pewnie nie była pozbawiona gorzkich przeżyć.
15-letni Horst rozpoczął pracę w fabryce tekstylnej, choć wciąż miał inne marzenie: zostać rysownikiem. I marzenie to próbował zrealizować, choć z początku wydawało się, że to poprzeczka zbyt wysoka dla prostego, górnośląskiego chłopaka. Horst Eckert szukał jednak własnego miejsca, podjął studia na Akademii Sztuk Pięknych w Monachium, ale parę miesięcy później z powodu „braku talentu” był zmuszony zrezygnować.
Późny sukces
W następstwie tego zaczął rysować, a do swych ilustracji dopisywał proste teksty. Początki przygody Horsta Eckerta z bajkami nie należały jednak do łatwych. Jego książki sprzedawały się słabo, a więc z pisania nie było łatwo wyżyć. Janoschowa wieść niesie, że za pierwszą bajkę „Historia konia Wałka” (1960) jego wydawca Georg Lenz postawił mu dwie butelki wódki. Ale czy tej wersji do końca wierzyć, nie wiadomo, bo pisarz z dzieciństwa zachował wybujałą fantazję. Podobnie różne wersje krążą wokół artystycznego pseudonimu pisarza, pod którym jest dziś rozpoznawalny wśród dzieci i ich rodziców na całym świecie. Także i w tym przypadku pewną rolę miał odegrać wydawca, który uznał, że nazwisko Eckert nie brzmi zachęcająco. Razem wymyślili więc pseudonim „Janosch”, który brzmiał tyle tajemniczo, co egzotycznie.
Przełom przychodzi późno, bo dopiero w 1978 roku, ale i tak dość niespodziewanie. Opowieść o tym, jak Miś i Tygrysek wybierają się do wymarzonej krainy szczęścia o nazwie Panama, podbiła serca dzieci. Co jest w tej bajce tak uroczego? Sam pomysł podróży w poszukiwaniu lepszego kawałka ziemi? Bezwarunkowa przyjaźń? Wiara, że trzeba szukać szczęścia? Tak, na pewno. Ale przede wszystkim przekonanie, że to potrzeba poznania świata uczy nas mądrości i pokory. Musimy opuścić jakieś miejsce, by z innej perspektywy docenić jego piękno. I że wszystko tak naprawdę rozgrywa się w naszej głowie. Uroczy jest też sam język, prosty, bliski dzieciom, zbudowany zgodnie z dziecięcą logiką.

Od momentu wydania „Ach, jak cudowna jest Panama” pisarza obsypano licznymi nagrodami, także tymi państwowymi, jak niemiecki Federalny Krzyż Zasługi czy też… panamskie odznaczenie państwowe. Wkrótce cykl o Misiu i Tygrysku objął ponad 150 pozycji, które przetłumaczono na ponad 30 języków. W tym na język polski – na co długo przyszło czekać, bowiem pierwsze bajki Janoscha dzieci w Polsce poznały dopiero po 1992 roku. Stało się tak między innymi na skutek kilkudziesięcioletniej polityki kulturalnej PRL, która objęła cenzurą wiele dzieł górnośląskich pisarzy, tworzących w języku niemieckim.
Po istnie bajkowym sukcesie krytycy okrzyknęli go papieżem literatury dziecięcej (zresztą do dziś „pokolenie J” jest wcale liczne). Janosch nagle został milionerem. I niemal natychmiast przestał nim być. Wersja pisarza jest taka, że na skutek własnej naiwności i dobroduszności prawa autorskie do swoich powieści przeniósł na firmę, która teraz płaci mu groszowe honoraria.
Prysły marzenia, by stworzyć fundację dla dzieci. Ale – jak powiada Janosch – tak się stało i już. Być może w szczęściu przeszkodził też inny fakt. „Od trzynastego roku życia do ukończenia 47 lat pił codziennie, nie wytrzymując bez alkoholu nawet pięciu godzin” – pisał w przedmowie do polskiego wydania „Cholonka” katowicki literat i publicysta Wilhelm Szewczyk. W końcu w 1980 roku pisarz przeniósł się na Teneryfę, gdzie z towarzyszką życia osiedlił się w San Miguel i z zaparciem godnym podziwu wyzwolił się z nałogu. Jak powtarza w wywiadach, większość dnia spędza teraz w hamaku, a kilka miesięcy w roku pracuje – przede wszystkim rysuje i maluje, a jego prace prezentowane są na wystawach w Niemczech. Z tego żyje.
Powrót na Górny Śląsk
Kiedy kilka lat temu Janosch przyjechał na szereg spotkań autorskich na Górny Śląsk, spodobało mu się tam tak bardzo, że wydawało się, że jest bliski spełnić swą zapowiedź powrotu do Zabrza, którego – jak mówił – tak naprawdę mentalnie nigdy nie opuścił. Chciał skończyć z tułaczką po świecie, spędzić tu starość i umrzeć na śląskiej ziemi – spokojnie i wesoło. Miejscy włodarze, przełamując początkowy sceptycyzm, zabrali się nawet za poszukiwanie odpowiedniego mieszkania. Jednak skończyło się na zapowiedzi. Janosch powrócił na daleką Teneryfę i na swój hamak.

Jak się rzekło, Janosch powrócił na Górny Śląsk. Tryumfalnie. Na tego pisarza patrzy się w tym specyficznym, wielokulturowym regionie głównie przez pryzmat bajek i – nawet przede wszystkim – „Cholonka”. To kultowa na Górnym Śląsku powieść o życiu mieszkańców Zaborza – jednej z dzielnic Zabrza. Opowiada o zwykłym życiu i niezwykłych wyborach Górnoślązaków w latach 30. i 40. XX wieku.
Zaczyna się dowcipnie, a kończy tragicznie – wkroczeniem wojsk radzieckich i wysiedleniem rodzimej ludności. Książka pełna jest specyficznego, być może gdzie indziej nierozumianego górnośląskiego humoru, anegdot i niezwykłych ludzkich historii. Ale jest także w jakimś sensie smutna, pełna goryczy i strachu. Janosch w niewybredny sposób opisuje momenty krótkiego szczęścia i wielkiego upadku swoich bohaterów. Górny Śląsk w „Cholonku” staje się zupełnie odmienny od janoschowego świata bajek, ale równie jak one – prosty, pozbawiony patosu i przez to autentyczny.
Co dla Górnoślązaków znaczy „Cholonek”, widać po niesłabnących entuzjastycznych reakcjach na spektakl, który w 2004 roku – głównie dzięki wsparciu i zaangażowaniu w ten projekt Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej – stworzyli aktorzy niewielkiego prywatnego Teatru Korez z Katowic z jego dyrektorem Mirosławem Neinertem na czele.
Spektakl na przestrzeni ostatnich lat (ok. 500 przedstawień) obejrzało już ponad 100 tysięcy osób, a bilety trzeba rezerwować z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, bo widzowie wybierają się na „Cholonka” po kilka razy i polecają spektakl kolejnym znajomym. Dziadkowie przyprowadzają wnuki, rodzice przyjaciół, szkoły uczniów. Do katowickiego teatru z całego Śląska zaczęły przyjeżdżać autokary, w tym nieraz przedstawiciele magistratów.
Kazimierz Kutz, który podczas drugiego pobytu Janoscha na Górnym Śląsku w 2007 roku uczestniczył we wspólnym spotkaniu autorskim w Gliwicach, uznał tę sztukę za jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych na Górnym Śląsku po 1989 roku, bo przywołuje ona pamięć o złożoności, dylematach i dramatycznych wyborach ludzi tej ziemi. A te na wiele dziesięcioleci skazane zostały na wyrugowanie z przestrzeni publicznej i z podręczników.
Tak więc Janosch pozostawił nie tylko twórczy ślad w dziecięcej wyobraźni, ale i w dzisiejszej, jakże intensywnej dyskusji wokół górnośląskiej tożsamości. Przyjechał do swojego „świata pomiędzy”, zobaczył i entuzjastycznie przyjął spektakl, spotkał tłumy dzieci i wiernych „cholonkowych” fanów. I wrócił na hamak. Ale, jak się wydaje, dzięki popularności swojej literackiej wizji zawitał tu już na dobre i pozostanie z nami na długo. Od 2005 roku katowicka redakcja „Gazety Wyborczej” przyznaje „Cegłę Janoscha” – nagrodę przeznaczoną dla osobistości zasłużonych dla popularyzacji regionu i budowania śląskiej tożsamości.