Polityka

Zmierzch imperium? 250-lecie Stanów Zjednoczonych

Po 250 latach Ameryka pozostaje tym, czym była od początku: eksperymentem niedokończonym, który miewa lepsze i gorsze okresy.
W ostatnich dekadach mierzy się on jednak z turbulencjami.
Wielki zbiornik wodny w remoncie.
Remont Reflecting Pool w Waszyngtonie, 8.5.2026; „The shining city on a hill” zaczyna pękać. © IMAGO / UPI Photo

W tegorocznym badaniu Global Pulse, przeprowadzonym w 84 krajach świata, respondentów pytano między innymi o to, który kraj uważają za największe zagrożenie dla świata. Na Chiny wskazali uczestnicy ankiety w zaledwie jednym kraju – w Japonii. Rosja zdominowała odpowiedzi w części państw europejskich, głównie we wschodniej i środkowej części kontynentu. Ale aż w 65 krajach za naczelne zagrożenie dla świata uznano Stany Zjednoczone. I nie jest to wielkim zaskoczeniem: również w kwietniowym badaniu Gallupa Pekin przeskoczył Waszyngton w globalnym rankingu zaufania.

Oba te badania bardzo wiele mówią nie tylko o tym, jak większość świata postrzega dziś Amerykę, ale przede wszystkim o tym, jak długą drogę przeszedł kraj, który z aspiracji do wyrastania ponad wszystkie inne państwa – tak pod względem materialnym, jak i moralnym – uczynił swoje credo. Dziś, kiedy traci dotychczasową pozycję niekwestionowanego światowego hegemona, w agresywny sposób próbuje redefiniować swoją tożsamość, a skutki tych zmagań odczuwa cały świat.

Eksperyment niedokończony

W 1776 roku trzynaście kolonii – bardzo różnych od siebie, dodajmy – zbuntowało się przeciwko władzy brytyjskiej i połączyło się w jedno państwo. Nieco ponad dekadę później najwybitniejsi przedstawiciele młodego narodu opracowali konstytucję, która stała się modelowym dokumentem rządów republikańskich. Amerykański eksperyment w istocie był wyjątkową próbą zerwania z porządkiem starego, europejskiego świata i zainaugurowania modelu, w którym władza będzie pochodzić od obywateli, a nie od Boga lub monarchy. 

Konstytucja USA.
Konstytucja Stanów Zjednoczonych © IStock/giftlegacy

Od samego początku Stany Zjednoczone były obciążone poważnymi „wadami konstrukcyjnymi” – nie wszyscy mieszkańcy mogli być uważani za obywateli, nieuznawane na Północy niewolnictwo przez długi czas pozostawało czymś normalnym na Południu, a państwo gwałtownie rozrastało się ku Pacyfikowi, dokonując po drodze krwawych podbojów. Wyjściowa filozofia ojców założycieli pozostawała jednak niezmienna: USA były swego rodzaju eksperymentem niedokończonym, wymagającym nieustannego dopracowywania i pielęgnacji. Nie były tworem idealnym i należało dbać – co podkreślał między innymi Benjamin Franklin – by młoda republika pewnego dnia nie przerodziła się w tyranię. Co jednak najistotniejsze: sami Amerykanie sądzili, że ich aspiracje są wyższego rodzaju niż aspiracje państw europejskich, w których władza utrzymywała się głównie mocą tradycji i zakumulowanej siły, a nie przyzwolenia społecznego. 

Jaka Ameryka?

Jeszcze w latach 70. XIX wieku słynny poeta Walt Whitman narzekał, że o ile amerykańskie instytucje polityczne zyskały pewną trwałość i stateczność, o tyle rozwój amerykańskiej kultury i cnót obywatelskich pozostawiał wiele do życzenia. Whitman obawiał się, że jeśli się to nie zmieni, to amerykańska demokracja będzie stawała się coraz słabsza i bardziej podatna na różnego rodzaju kryzysy. Sądził, że rozwój materialny, pozbawiony rozwoju duchowego i kulturalnego, może doprowadzić państwo na sam szczyt globalnej hierarchii, ale nieustannie zagrożone będą jego podstawy ustrojowe.

Kolejne dekady zdawały się nie potwierdzać jego pesymistycznych ocen. Stany Zjednoczone rosły w siłę pod niemal każdym względem, ich instytucje polityczne okazywały się odporne na kolejne kryzysy i wojny, działały checks and balances – system, w którym poszczególne władze państwa działały względem siebie jak bezpieczniki. Z czasem wytworzyło się również to, na czym Whitmanowi zależało najbardziej: swoiście amerykańska kultura – sztuka, literatura czy filozofia – wyrastająca z typowo amerykańskich doświadczeń.

Z biegiem lat – mniej więcej od drugiej połowy XX wieku, aż po czasy nam współczesne – funkcjonowanie instytucji politycznych coraz mocniej odrywało się jednak od doświadczenia zwykłych obywateli. Troska o dobro wspólne znaczyła coraz mniej w obliczu starć partyjnych, a jednym z największych problemów Ameryki stała się oligarchizacja życia publicznego. Co najbardziej znaczące, wszystkie te procesy dokonywały się nie w izolacji od świata, lecz w obliczu coraz większego globalnego zaangażowania Stanów Zjednoczonych. I to właśnie między innymi w tej hiperaktywności na arenie międzynarodowej należy szukać źródeł nacjonalistycznego zwrotu Ameryki, którego świadkami jesteśmy obecnie.

Ameryka wychodzi do świata

Stany Zjednoczone stały się najpotężniejszym państwem świata już na przełomie XIX i XX wieku. Nie jest jednak prawdą, że rozwój ich demokracji i potęgi gospodarczej odbywał się w izolacji od reszty globu.

Pierwsze wojny, które Amerykanie toczyli poza własną półkulą – wojny przeciwko muzułmańskim państwom berberyjskim – miały miejsce już na samym początku XIX wieku. Następnie sięgali po coraz większe połacie ziemi na własnym kontynencie, ogłaszając się patronami całej swojej półkuli (doktryna Monroego i jej liczne uzupełnienia). Kiedy u progu XX wieku pozbawiali Hiszpanię jej ostatnich kolonii na zachodniej półkuli, byli już państwem świadomym swojej potęgi, ale nadal na tyle zachowawczym, że nie chcieli nadmiernie angażować się w sprawy europejskie. Dopiero w wyniku hekatomby I wojny światowej wzięli na siebie – wespół ze słabnącymi Brytyjczykami – większą odpowiedzialność za międzynarodowy system finansowy. Natomiast po II wojnie światowej Amerykanie zaprojektowali już nie tylko nowy globalny system finansowy, ale także polityczny. A gdy upadł Związek Radziecki, wytworzyła się sytuacja bezprecedensowa: Stany Zjednoczone pozostały jedynym wielkim mocarstwem i mogły podyktować reszcie świata nowe zasady gry. 

Dym nad miastem.
Eksplozja w Teheranie, 13.3.2026; Amerykanie nie chcą wiecznych wojen, jak w Afganistanie i w Iraku. © IMAGO / Anadolu Agency

Choć w początkach swojej państwowości Ameryka odżegnywała się od „formy imperialnej” europejskich mocarstw, z czasem sama stała się nieformalnym imperium – z wyraźnie zarysowanym centrum imperialnym w Waszyngtonie oraz obszarami peryferyjnymi w Europie i w Azji, które pozostawały uzależnione od niej w kwestiach gospodarczych, a przede wszystkim militarnych. Do końca zimnej wojny Amerykanie prowadzili na ogół dość zachowawczą politykę zagraniczną (do wyjątków możemy zaliczyć wojnę w Wietnamie), której głównym celem było oscylowanie pomiędzy powstrzymywaniem ZSRR a utrzymywaniem równowagi strategicznej w relacjach z Moskwą. Sytuacja zmieniła się jednak po upadku największego rywala.

Od początku lat 90. USA systematycznie rozszerzały swoją globalną strefę wpływów: promowały globalizację, liberalizację handlu i system liberalnej demokracji. Wiele państw, takich jak Polska, korzystało z tej zmiany, ale nie wszędzie przyjmowano ją równie entuzjastycznie. Tym bardziej że kolejne administracje prezydenckie nie potrafiły oprzeć się pokusie użycia siły w celu realizcji swoich celów. Skończyło się to „wiecznymi wojnami” w Afganistanie i w Iraku, których Amerykanie nie potrafili wygrać i które przyczyniły się do poważnych pęknięć w amerykańskim społeczeństwie.

Mało tego. Klęski zagranicznych wypraw, które miały przynieść demokrację i pokój w odległych krajach, zbiegły się w czasie z wielkim kryzysem finansowym. Wydarzenia te wytworzyły dogodne warunki dla ruchów oraz osób, które coraz chętniej kwestionowały zasadność liberalnej demokracji jako najlepszego ustroju dla Ameryki oraz liberalnego internacjonalizmu jako najlepszego sposobu załatwiania spraw na arenie międzynarodowej. W oczach dużej części społeczeństwa polityka oparta na przekonaniach liberalnych po prostu zawiodła. Postawy te znalazły ujście przy urnach wyborczych w 2016 roku, kiedy prezydentem po raz pierwszy został Donald Trump. Trump zwyciężył dlatego, że przekonał wyborców, iż błędem były nie tylko same wyprawy na Bliski Wschód, ale przede wszystkim liberalne zasady, na których wcześniejsze administracje opierały swoją politykę.

250-letni eksperyment

Dziś, kiedy Amerykanie świętują 250-lecie istnienia swojego państwa, mają być może najmniej powodów do zadowolenia w całej swojej historii. I nie chodzi tu jedynie o politykę, którą prowadzi Donald Trump. Trump jest bowiem odpowiedzią – czasem lepszą, ale przeważnie gorszą – na sytuację, w której znalazły się Stany Zjednoczone. Jest barometrem swoich czasów. Amerykanie dwa razy wybierali go na urząd prezydenta, ponieważ sądzą, że trafne są diagnozy, które stawia na temat kondycji społeczeństwa oraz pozycji Ameryki na świecie. 

Demonstracja na znak protestu w USA.
Protesty „No Kings” w Waszyngtonie, 28.3.2026; jednym z największych problemów Ameryki stała się oligarchizacja życia publicznego. © IMAGO / ABACAPRESS

Niezależnie od tego, do jakiego stopnia jest to prawdą, jedna rzecz wydaje się oczywista: Stany Zjednoczone już od dawna nie są na fali wznoszącej. Ich gospodarka i wojsko nadal są najpotężniejsze na świecie, lecz zarazem stają się coraz bardziej anachroniczne. Lata nieudanego demokratycznego prozelityzmu na całym świecie drastycznie osłabiły ich pozycję jako „miasta na wzgórzu” (the shining city on a hill), z którego emanują idee warte naśladowania. Przede wszystkim jednak sami Amerykanie nie są już dziś przekonani, że ich kraj znajduje się w fazie rozkwitu i że w przewidywalnej przyszłości pozostanie światowym numerem jeden.

Nie zmienia to faktu, że po 250 latach Ameryka pozostaje tym, czym była od początku: eksperymentem niedokończonym, projektem cały czas w budowie, który miewa lepsze i gorsze okresy. W ostatnich dekadach mierzy się on jednak z tak wieloma turbulencjami, że całe przedsięwzięcie – jak przestrzegał wspomniany wcześniej Benjamin Franklin – wcale nie musi zakończyć się sukcesem.  

Kolaż pokazuje twarze Mateusza Morawieckiego, Karola Nawrockiego i Jarosława Kaczyńskiego

Kaczyński słabnie. Polska prawica układa się na nowo

Jarosław Kaczyński przez lata rządził prawą stroną polskiej sceny politycznej. Teraz słabnie, a na prawicy zaczyna się walka. Czy patronem całego obozu może zostać prezydent Karol Nawrocki?
Rafał Kalukin
Kolaż przedstawia kobietę otoczoną motywami kojarzonymi z polskością

Polonio – kim jesteś? W poszukiwaniu poczucia przynależności do Polski

Termin „Polonia” zdaje się być jednoznaczny. Lecz im bardziej autorka się do niego zbliża, tym bardziej niejasne staje się, kto do „Polonii” należy – i dlaczego ona sama się w tej definicji nie odnajduje.
Oliwia Hälterlein
Zwiedzający w pomieszczeniu wystawy.

Przeszłość obecna do dziś. Ostgebiete – Ziemie Zachodnie

Wystawa „Ostgebiete / Ziemie Zachodnie” opowiada w sposób spokojny i osobisty historię relacji polsko-niemieckich bez kiczu pojednania.
Felix Ackermann