W XXI wieku zagrożeniem dla demokracji coraz rzadziej są czołgi na ulicach czy rebelianci zajmujący rządowe budynki. Demolka instytucji demokratycznych przebiega od środka: po cichu i pod pozorem legalności. Nowa generacja autokratów wykorzystuje demokratyczne instytucje, by za pomocą prawnych manewrów i strategicznego wykorzystania zasobów publicznych konsolidować władzę bez rozlewu krwi.
W ciągu ostatniej dekady żywym laboratorium tego rodzaju zjawisk były Węgry i Polska. Rządzące partie podporządkowując sobie wymiar sprawiedliwości i media oraz poprzez manipulacje wyborcze nie tylko skutecznie utrzymywały się przy władzy, ale doprowadziły też do trwałej erozji praworządności, czego skutki odczuwalne są do dziś. Obydwa kraje są przestrogą przed regresem demokracji, także dla Niemiec, gdzie skrajne partie, takie jak Alternatywa dla Niemiec (AfD), zyskują na popularności. Każdy ustrój demokratyczny wyposażony jest wprawdzie w szereg mechanizmów obronnych, mających zapobiec scenariuszom nagłego załamania systemu demokratycznego. Ale czy są one w stanie powstrzymać illiberalną kontrrewolucję w Europie?
Nowy wiek, nowe autokracje
W przeszłości demokracje upadały w dramatyczny sposób, w gwałtownych okolicznościach, takich jak zamachy stanu. Na szczęście, dziś coraz rzadziej mamy do czynienia z takimi formami zmiany reżimu. Niemniej, erozja demokracji w XXI wieku postępuje, i to w białych rękawiczkach. Zamiast przemocy i otwartej konfrontacji, politycy demontują systemy demokratyczne, używając prawnych i instytucjonalnych wybiegów, które pod płaszczykiem legalności mają na celu umocnienie ich władzy, wbrew obietnicom politycznego pluralizmu i równości wszystkich wobec prawa.

To nowa jakość współczesnych autokratów: nie demontują oni całego systemu, tylko przesterowują go w taki sposób, że zachowując pozory demokracji, w praktyce faworyzuje on konkretną opcję polityczną. Ta odgórna erozja instytucji i procedur postępuje wraz z osłabieniem postaw i wartości demokratycznych w społeczeństwie. Niezadowolenie, frustracja polityką głównego nurtu, zawiedzione oczekiwania – wszystko to tworzy podatny grunt dla niedemokratycznych pretendentów do władzy.
Zwycięstwo wyborcze partii nielojalnych wobec zasad demokracji jest pierwszym krokiem do rozpoczęcia transformacji na poziomie instytucjonalnym. Wykorzystywanie zasobów państwowych jako bonus w służbie aparatu partyjnego pomaga budować lojalność. Klientelizm, czyli faworyzowanie określonych grup interesu w procesie redystrybucji, pomaga utrzymać wyborcze poparcie. Finansowanie partii rządzącej z publicznych pieniędzy i ograniczanie dostępu przeciwników politycznych do zasobów publicznych zmienia dotychczasową demokrację w „partiokrację”. Etnocentryczny populizm, szowinizm ekonomiczny i polaryzacja pomagają uzasadnić nowe porządki.
Dlatego odpowiedzialność polityczna jest kluczowa. Mechanizmy kontroli nad sprawującymi władzę mają charakter zarówno formalny – na przykład trójpodział władzy, niezależne sądy i organy śledcze, uczciwość procesu wyborczego – jak i nieformalny, jak niezależne media czy aktywne społeczeństwo obywatelskie. Wspólnie chronią one ustrój demokratyczny, zapobiegając jego wynaturzeniom. Współzależność różnych mechanizmów politycznej kontroli sprawia, że każdy atak na nie można porównać do wykręcania bezpieczników lub przecięcia przewodów hamulcowych w samochodzie. Tymczasem współcześni autokraci dążą do rozbrojenia i dezintegracji mechanizmów politycznej odpowiedzialności dla własnych politycznych celów.
Illiberalny tandem: Polska i Węgry
Literatura przedmiotu wskazuje na pewną powtarzalność autokratycznych działań. Mechanizmy kontroli nad sprawującymi władzę zostają rozbrojone przez prymat władzy wykonawczej nad prawodawczą i sądowniczą, przepychanie ustaw niezgodnych z duchem prawa czy upartyjnienie mediów publicznych. W efekcie, przejęcie struktur państwa przez jedną partię, klientelizm, nieuczciwa konkurencja wyborcza i wywieranie nacisku na opozycję prowadzą do równoczesnego współistnienia instytucji demokratycznych oraz poważnych nadużyć ze strony urzędujących.
W Europie takie zjawiska obserwowano na Węgrzech za czterech kolejnych rządów Fideszu (w latach 2010–2026) oraz w Polsce, w ciągu dwóch kadencji koalicji pod wodzą PiS (w latach 2015–2023). Nic dziwnego: gdy Viktor Orbán ogłosił w 2014 roku „illiberalną kontrrewolucję”, obwieszczając odejście Węgier od systemu demokracji liberalnej, Jarosław Kaczyński już dawno marzył o nastaniu „Budapesztu w Warszawie”.

W przypadku Węgier, po miażdżącym zwycięstwie w wyborach parlamentarnych w 2010 roku, partia Viktora Orbána uzyskała większość konstytucyjną, co w połączeniu ze słabościami ustrojowymi (jednoizbowy parlament, symboliczna funkcja prezydenta) umożliwiło nieproporcjonalną koncentrację władzy wykonawczej w rękach jednej partii. Przyjęcie nowej konstytucji w 2011 roku stanowiło kamień węgielny pod dalszy proces rozmontowywania demokracji. Kolejne rządy Fideszu reformowały prawo wyborcze i wymiar sprawiedliwości oraz konsolidowały własność mediów – by wymienić tylko kilka zmian o największym znaczeniu dla kondycji węgierskiej demokracji.
Doszło do systematycznego „przechwycenia państwa” czyli korupcji politycznej, gdzie grupy interesów przejęły kontrolę nad tworzeniem prawa i instytucjami państwowymi. W przestrzeni publicznej zintensyfikowano przekaz „my kontra oni”, wskazując nowych wrogów: Brukselę, migrantów, Ukrainę. Polityczne wykorzystanie kryzysów i stanu wyjątkowego pozwalało obejść zwykły proces legislacyjny na rzecz „rządzenia dekretami”. Chociaż formalnie na Węgrzech panował wielopartyjny system polityczny, to jednak w wyniku nieproporcjonalnej koncentracji władzy, sięgającej poziomu lokalnego i wykorzystywania funduszy unijnych „dla swoich”, Węgry stały się de facto jednopartyjnym molochem.
Efekty ośmioletniego autokratycznego epizodu w Polsce pod władzą PiS nie były wprawdzie tak dotkliwe jak na Węgrzech, ale doprowadziły do erozji praworządności i regresu demokracji, zwłaszcza w obszarze niezależności sądownictwa i mediów. Początkowa odporność systemu niestety zawiodła, co doprowadziło do powstania dysfunkcjonalnych instytucji demokratycznych i swoistego dualizmu instytucji państwowych: współistnienia organów niekonstytucyjnych z konstytucyjnymi oraz autokratycznych praktyk, podważających legalne procedury.

Skala wydarzeń w obydwu krajach, a przede wszystkim ich tempo, nie uszły uwadze opinii międzynarodowej. W 2019 roku status Węgier został zdegradowany do „częściowo wolnego” w globalnym rankingu organizacji Freedom House (Freedom House, 2025). W 2022 roku Parlament Europejski oświadczył, że Węgry stały się „wyborczą autokracją”, ponieważ mimo odbywających się formalnych wyborów, ustrój nie spełnia standardów demokracji liberalnej.
W ciągu ośmiu lat rządów PiS zaczęto dostrzegać rażące uchybienia w zakresie praworządności w Polsce. We wspomnianym rankingu status kraju spadł z poziomu „skonsolidowanej” do „częściowo skonsolidowanej demokracji”. W 2021 roku Komisja Europejska wprowadziła mechanizm warunkowości, uzależniający wypłaty z budżetu UE od przestrzegania zasad państwa prawnego przez kraje członkowskie.
Ale co dokładnie stało się w Budapeszcie i Warszawie, że wywołało takie reakcje?
Zamach na sądownictwo
Sądy są najważniejszym elementem każdego systemu demokratycznego. Stąd też utrata ich niezależności ma dramatyczne konsekwencje dla funkcjonowania demokracji. Niezależne i bezstronne sądy, kierujące się zasadą proporcjonalności i unikające arbitralnych decyzji, stanowią kluczowy element systemu kontroli i równowagi. Stanowią one fundament rządów prawa, ponieważ tylko apolityczne sądy są w stanie szybko i skutecznie reagować na nadużycia władzy. Odgrywają też kluczową rolę w procesie wyborczym, uznając ważność (lub nieważność) wyborów. Sądy wyższej instancji, takie jak sądy konstytucyjne czy sądy najwyższe, są szczególnie ważne dla praworządności – i dlatego stają się pierwszym celem autokratycznych ataków.
Typowe taktyki przejmowania sądownictwa obejmują stosowanie szeregu środków administracyjnych i prawnych w celu ograniczenia ich jurysdykcji. Ręczne sterowanie wymiarem sprawiedliwości realizowane jest przy pomocy mianowań dodatkowych, politycznie lojalnych sędziów do organów konstytucyjnych; arbitralnego usuwania sędziów ze stanowisk, a nawet likwidacji instytucji w celu utworzenia nowych, z zupełnie nowym (lojalnym) personelem i kompetencjami. Tego rodzaju działania odnotowano i na Węgrzech, i w Polsce. Zarówno na Węgrzech, jak i w Polsce doszło także do prób upolitycznienia sądów.
Zbigniew Ziobro, były Minister Sprawiedliwości i architekt zmian w Polsce, doprowadził między innymi do niekonstytucyjnego przeniesienia kompetencji wyboru członków KRS z samorządu sędziowskiego na Sejm, w efekcie czego kwestionowany jest status około 3 tysięcy sędziów powołanych po 2018 roku. Trwa również konflikt wokół sparaliżowanego Trybunału Konstytucyjnego, w którym toczą się spory o politycznym tle wokół powołań.

Podobne taktyki mogą być wykorzystywane do przejęcia władzy wykonawczej. Obok protekcji, opór wobec politycznej presji może skutkować zwolnieniami, a nawet nękaniem i zastraszaniem na poziomie indywidualnym w celu wymuszenia lojalności. Zarówno na Węgrzech, jak i w Polsce media donosiły o nepotyzmie i instrumentalnym traktowaniu publicznych zasobów, zarówno do realizacji prywatnych celów, jak i celów partyjnych. Tak było w przypadku finansowania kampanii wyborczych ze środków polskiego Funduszu Sprawiedliwości lub ministerialnych billboardów zachwalających niskie ceny paliwa dzięki bliskim kontaktom Budapesztu z Moskwą, które nieprzypadkowo pojawiły się na węgierskich ulicach przed ostatnimi wyborami.
Wykorzystanie zasobów państwowych, takich jak pieniądze publiczne czy media publiczne do promowania określonych kandydatów, jest kolejną patologią władzy, prowadzącą do nieuczciwej kampanii wyborczej.
Wybory: wolne, ale nieuczciwe
Dzisiejsi autokraci lubią czerpać legitymizację ze zwycięstw wyborczych. Gdy przewagę można osiągnąć, stosując nieuczciwą konkurencję, niepotrzebne są oszustwa wyborcze. Z technicznego punktu widzenia wybory pozostają wolne: ich organizacja i administracja są profesjonalne, a cały proces przejrzysty. Ich nieuczciwość polega na manipulacjach procesem wyborczym i pomaganiem sobie nie bezpośrednio w dniu wyborów, ale za sprawą długoterminowych strategii.
Jedną z takich taktyk jest „gerrymandering”, czyli ponowne wyznaczanie okręgów wyborczych zgodnie z określonymi, długoterminowymi strategiami w celu zgromadzenia większej liczby głosów, co przełoży się na nieproporcjonalnie większą liczbę mandatów. Inną taktyką jest rozszerzanie lub ograniczanie praw wyborczych, co ułatwia lub utrudnia głosowanie określonym grupom wyborców. Ataki na przeciwników politycznych, fałszywe oskarżenia i sfingowane procesy sądowe mają na celu zdyskredytowanie ich i wykluczenie z wyborów – nawet jeśli zarzuty na końcu okażą się dęte.

Wreszcie, nowym wyzwaniem naszych czasów jest przeniesienie kampanii wyborczych do Internetu. Szybki postęp technologiczny, brak regulacji sfery cyfrowej i niewystarczająca edukacja medialna społeczeństw sprawiają, że media społecznościowe stanowią idealne środowisko dla dezinformacji, narażając ostateczny wynik wyborów na manipulacje, również z zagranicy.
Wszystkie te triki można było zaobserwować nad Dunajem i w mniejszym stopniu nad Wisłą. Szczególnie za czasów Fideszu doszło do radykalnych zmian w prawie wyborczym. Wprowadzono złożoną metodę alokacji miejsc w parlamencie, jak i hybrydowy system wyborczy – dla obywateli i obywatelek Węgier z meldunkiem w kraju oraz dla węgierskiej diaspory zamieszkującej tereny utracone w wyniku Traktatu z Trianon po I wojnie światowej – dziś na Słowacji, w Rumunii, Ukrainie czy Serbii. Dodano także ‘kompensację dla zwycięzcy’, przenosząc nadwyżkę głosów ze zwycięskich kandydatów na listę krajową ich partii. W obydwu krajach dochodziło do intensywnej kampanii wyborczej w Internecie z użyciem różnych – nie zawsze autentycznych – materiałów audiowizualnych, mających działać na korzyść partii rządzącej i dyskredytujących oponentów, na przykład przedstawiających ich w służalczej roli wobec Berlina czy Brukseli.
Media i społeczeństwo pod presją
Niezależne media – tak publiczne, jak i komercyjne – są niezmiernie ważne dla funkcjonowania demokracji. Po pierwsze, odgrywają kluczową rolę w dostępie do informacji, gwarantując pluralizm opinii i perspektyw. Po drugie, pełnią funkcje kontrolne, na przykład monitorując działania rządu, partii politycznych czy prywatnych firm. Wreszcie, kluczowa jest ich funkcja „sygnalistów”, czyli dziennikarstwo śledcze, ujawniające przypadki nadużycia władzy, korupcji i oszustw. Dowodzi to szczególnego związku między niezależnością mediów a państwem prawa. Jeśli wypełnią swoją misję, zapewniając obywatelom dostęp do informacji, stają się kluczowym elementem demokracji. Niezależne media, przestrzegające standardów i zasad rzetelnego dziennikarstwa, pozostają pierwszą linią obrony demokracji i państwa prawa.
Nie dziwi zatem, że zarówno na Węgrzech w czasach Fideszu, jak i w Polsce pod rządami PiS, dochodziło do znaczących nadużyć w stosunku do tych bastionów demokracji. Prawie 80% mediów na Węgrzech było pod bezpośrednią lub pośrednią kontrolą partii rządzącej, na skutek kontroli nad nadawcami publicznymi i koncentracji własności mediów niepublicznych w rządowej fundacji KESMA. W Polsce, mimo prób, nie udało się partii rządzącej opanować sektora mediów niepublicznych, ale dochodziło do prób ich utemperowania (jak w przypadku słynnej ustawy LEX TVN, która jednak nie weszła w życie). Nadawcy publiczni zostali natomiast kompletnie przejęci, stając się tubą propagandową rządu.

Równie ważnym elementem kontroli jest społeczeństwo obywatelskie, które oprócz zorganizowanych i sformalizowanych form działalności obejmuje też spontaniczne ruchy oddolne. Udział obywateli w życiu publicznym – ich zainteresowanie polityką, a nawet zaangażowanie w procesy polityczne, takie jak członkostwo w partiach politycznych – ma kluczowe znaczenie. Zorganizowane społeczeństwo obywatelskie, w formie stowarzyszeń lub fundacji, ma na celu reprezentowanie różnorodnych interesów. Spontaniczne akcje obywatelskie mogą skutecznie bronić wartości demokratycznych w obliczu nagłych wydarzeń. Podobnie jak media, społeczeństwo obywatelskie może sprawować funkcję kontrolną nad polityką: jej przejrzystością i uczciwością.
W zakresie krytycznych organizacji społecznych rząd Fideszu wdrożył operację nazwaną powszechnie „zagłodzić i udusić”, polegającą na odcięciu trzeciego sektora od środków finansowych oraz szerzeniu wobec niego kampanii oszczerstw w upolitycznionych mediach.
Wróg przyjął twarz George’a Sorosa, amerykańskiego przedsiębiorcy i filantropa węgiersko-żydowskiego pochodzenia, sponsorującego wiele liberalnych inicjatyw, w tym Uniwersytet Środkowoeuropejski, który zmuszono do opuszczenia Budapesztu, odmawiając mu akredytacji. Na Węgrzech rozważano także wprowadzenie rozwiązań utrudniających organizacjom trzeciego sektora przyjmowanie darowizn czy grantów zza granicy (na wzór podobnych przepisów funkcjonujących od dawna w Rosji), co w praktyce uzależniłoby je od łaski i niełaski władz państwowych i dobrowolnych darowizn współobywateli.
W Polsce nagonka się nie udała, ale strumień publicznych środków finansowych popłynął szeroko do organizacji ideologicznie bliskich obozowi władzy, takich jak ruch narodowy, czy do niektórych organizacji kościelnych. W ten sposób próbowano utrwalić nie tylko władzę polityczną, ale i symboliczną kontrolę nad społeczeństwem.
Wnioski dla Niemiec
Jakie znaczenie dla Niemiec mają powyższe przykłady? Na pierwszy rzut oka, na poziomie federalnym, niemiecka demokracja ma się dobrze. Mimo wzrostu populistycznych nastrojów, tak zwana „zapora ogniowa” (Brandmauer) stoi, nikt nie chce współpracować z radykałami. Na poziomie krajów związkowych dzieją się jednak rzeczy niepokojące. AfD cieszy się wyjątkowo silnym poparciem na wschodzie Niemiec. Jeśli jej się uda, może po raz pierwszy rządzić samodzielnie krajem związkowym. A ze względu na federalny ustrój kraju, władza na poziomie regionalnym to spora władza.
Czego można spodziewać się po AfD? Jak wynika z programów wyborczych, jej główne postulaty to tworzenie specjalnych ośrodków deportacyjnych i reemigracja, ograniczenie wsparcia dla migrantów i wspieranie rodzin etnicznie niemieckich. AfD zdaje się koncentrować przede wszystkim na temacie migracji, uspokajając, że prawomyślnych obywateli ich radykalne pomysły nie dotkną. Ale czy na pewno?

Bardziej wnikliwa analiza propozycji AfD pokazuje, że ich ambicje podobne są do tych jeszcze niedawno realizowanych w Polsce i na Węgrzech. Partia prezentuje się jako opozycja totalna wobec politycznego mainstreamu, jednocześnie dążąc konsekwentnie do przejęcia władzy, na razie na poziomie lokalnym i regionalnym. Jeśli to się powiedzie, w oparciu o tzw. mniejszość blokującą, AfD będzie w stanie sparaliżować podejmowanie ważnych decyzji wymagających większości dwóch trzecich głosów. Należą do nich m.in. wybory sędziów Sądu Konstytucyjnego (w których bierze udział Rada Federalna) i zmiany w konstytucji krajów związkowych. AfD może też próbować wykorzystywać instytucje demokratyczne do własnych celów. Dotyczy to niezależności sądów czy zasady trójpodziału władzy. Pojawiają się postulaty zniesienia opłat za media publiczne i ograniczenia usług nadawców publicznych, ponadto osłabienia uprawnień operacyjno-inwigilacyjnych kontrwywiadu (Bundesamt für Verfassungsschutz) wobec partii politycznych.
AfD chce mieć również wpływ na szkoły i uniwersytety. Istnieje ryzyko ingerencji politycznej w programy nauczania, co mogłoby zagrozić ich neutralności ideologicznej i narzucić bardziej restrykcyjną politykę kulturalną. Program AfD to ofensywa ideologiczna i kształtowanie nowego obywatela: edukacja domowa zamiast obowiązkowej edukacji szkolnej, krytyka kultury pamięci w aktualnej formie i, co najistotniejsze, opowiadanie historii Niemiec na nowo, relatywizowanie okresu dyktatury NSDAP i skali dokonanych zbrodni, także w czasie II wojny światowej.
Tej jesieni w kilku krajach związkowych odbędą się wybory. Szczególnie w Saksonii-Anhalt trwają przygotowania, by wzmocnić mechanizmy obronne demokracji przed potencjalnym przejęciem władzy przez AfD, która w tym regionie cieszy się szczególną popularnością. W kwietniu 2026 roku parlament krajowy Saksonii-Anhalt uchwalił większością dwóch trzecich głosów kompleksowy pakiet reform, w myśl zasady eliminowania zagrożeń ze strony partii czy organizacji podważających prawa człowieka i konstytucję. Na przykład, w przyszłości jego przewodniczący nie będzie już musiał reprezentować największej grupy politycznej, a premier nie będzie mógł już samodzielnie wypowiedzieć ważnych umów. Chodzi też o zapobieganie nepotyzmowi, z którego AfD ostatnio zasłynęła. Koncepcja „demokracji walczącej” nie jest niczym nowym. Pochodzi z roku 1937, gdy politolog Karl Löwenstein obserwował drastyczne zmiany zachodzące w Niemczech. Miejmy nadzieję, że historia nie zawsze lubi się powtarzać.
Porażka wyborcza polskich i węgierskich autokratów napawa lekkim optymizmem. Odrzucenie biernej postawy w Saksonii-Anhalt także zasługuje na pochwałę. Czy podjęte działania okażą się jednak wystarczające? Sytuacja w Niemczech jest oczywiście odmienna od tej na Węgrzech czy w Polsce, ale doświadczenia tych dwóch krajów mogą okazać się bezcenne, by zapobiec nadejściu „illiberalnej kontrrewolucji” nad Sprewą.