<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Kultura-Archiv | DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</title>
	<atom:link href="https://dialogonline.net/pl/kategoria/kultura/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://dialogonline.net/pl/kategoria/kultura/</link>
	<description>DIALOG online ist eine kostenlose Plattform für deutsch-polnischen Austausch, Politik &#38; Kultur. Die digitale Fortsetzung des Magazins DIALOG. </description>
	<lastBuildDate>Mon, 24 Aug 2026 14:15:46 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=7.1</generator>

<image>
	<url>https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/05/Icon-favicon-150x150.png</url>
	<title>Kultura-Archiv | DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</title>
	<link>https://dialogonline.net/pl/kategoria/kultura/</link>
	<width>32</width>
	<height>32</height>
</image> 
	<item>
		<title>„Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego. Warto już dla samych obrazów</title>
		<link>https://dialogonline.net/pl/2026/08/24/ojczyzna-pawla-pawlikowskiego-warto-juz-dla-samych-obrazow/</link>
					<comments>https://dialogonline.net/pl/2026/08/24/ojczyzna-pawla-pawlikowskiego-warto-juz-dla-samych-obrazow/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Piotr Leszczyński]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 24 Aug 2026 13:50:09 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Siebter Beitrag]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://dialogonline.net/?p=2746</guid>

					<description><![CDATA[<p>Na seans czekałem z niemałymi emocjami. Zastanawiałem się, czy po „Idzie” i „Zimnej wojnie” nowy film Pawła Pawlikowskiego, „Ojczyzna”, okaże się udanym dopełnieniem jego czarno-białej, niezwykle estetycznej trylogii. Jak reżyser poprowadzi opowieść o Thomasie Mannie? Jaką historię zbuduje wokół epizodu wizyty pisarza w powojennych, podzielonych Niemczech? I wreszcie: co zostanie po seansie w naszej pamięci [&#8230;]</p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/08/24/ojczyzna-pawla-pawlikowskiego-warto-juz-dla-samych-obrazow/">„Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego. Warto już dla samych obrazów</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p>Na seans czekałem z niemałymi emocjami. Zastanawiałem się, czy po „Idzie” i „Zimnej wojnie” nowy film Pawła Pawlikowskiego, „Ojczyzna”, okaże się udanym dopełnieniem jego czarno-białej, niezwykle estetycznej trylogii. Jak reżyser poprowadzi opowieść o Thomasie Mannie? Jaką historię zbuduje wokół epizodu wizyty pisarza w powojennych, podzielonych Niemczech? I wreszcie: co zostanie po seansie w naszej pamięci – jakie obrazy, jakie emocje – i czy całość po prostu się uda?</p>
<h2>Owacje na stojąco w Cannes</h2>
<p>Premiera „Ojczyzny” odbyła się podczas święta europejskiego kina, na Festiwalu w Cannes. Już pierwsze relacje były entuzjastyczne, a nowy film reżysera „Kobiety z piątej dzielnicy” i „Lata miłości” oklaskiwano na stojąco długimi brawami. Film „Ojczyzna” brał udział w konkursie <a href="https://www.festival-cannes.com/f/fatherland/">79. Festiwalu Filmowego w Cannes</a> i zdobył nagrodę za reżyserię.</p>
<figure id="attachment_2741" aria-describedby="caption-attachment-2741" style="width: 800px" class="wp-caption aligncenter"><img fetchpriority="high" decoding="async" class="wp-image-2741 size-large" src="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/2_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland_©AgataGrzybowska-1024x768.jpg" alt="Kadr z filmu „Vaterland&quot; Pawła Pawlikowskiego – Sandra Hüller i Hanns Zischler przy czarnym samochodzie, w tle zniszczony budynek" width="800" height="600" srcset="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/2_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland_©AgataGrzybowska-1024x768.jpg 1024w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/2_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland_©AgataGrzybowska-300x225.jpg 300w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/2_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland_©AgataGrzybowska-768x576.jpg 768w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/2_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland_©AgataGrzybowska-1536x1152.jpg 1536w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/2_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland_©AgataGrzybowska-1320x990.jpg 1320w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/2_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland_©AgataGrzybowska.jpg 1949w" sizes="(max-width: 800px) 100vw, 800px" /><figcaption id="caption-attachment-2741" class="wp-caption-text">Pawlikowski tym razem zabrał nas do świata zniszczonego wojną i już na nowo podzielonego © Neue Visionen/Agata Grzybowska</figcaption></figure>
<p>Pawlikowski tym razem zabrał nas do świata zniszczonego wojną i już na nowo podzielonego, w konflikcie, którego symbolem stały się podbite Niemcy. Okupowany i podzielony na strefy kraj czekał na tego, który z <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/07/03/zmierzch-imperium-250-lecie-stanow-zjednoczonych/">Ameryki</a> przez całą wojnę wygłaszał radiowe przemówienia („Deutsche Hörer!”/ „Niemieccy słuchacze!”) do tych Niemców, którzy w strachu słuchali tych audycji. W strachu, bo za słuchanie zagranicznego radia groziło więzienie, a czasami nawet śmierć. Te krótkie apele (po pięć, dziesięć minut) rozpoczęły się w październiku 1940 roku i trwały do końca wojny. Ich głównym celem było otwarcie Niemcom oczu na zbrodnie Hitlera oraz nakłonienie ich do sprzeciwu wobec reżimu.</p>
<h2>Od „Czarodzieja” do własnego scenariusza</h2>
<p>Pierwotnie „Ojczyzna” miała być ekranizacją głośnej książki Colma Tóibína „The Magician” („Czarodziej”, 2021; pol. wyd. 2022). Irlandzki pisarz napisał opowieść o życiu wielkiego, uznanego artysty, który jednocześnie skrupulatnie chronił swoją prywatność, swoje seksualne preferencje i ukryte pragnienia. To powieść o relacji Thomasa Manna z bratem Heinrichem, żoną Katią i dziećmi na tle niespokojnego XX wieku.</p>
<p>Pawlikowski otrzymał propozycję zekranizowania książki (film albo serial) od włoskiego producenta. Do realizacji projektu ostatecznie nie doszło (choć plany były, jak twierdzi reżyser, zaawansowane). Za to po lekturze książki Tóibína w pamięci reżysera utkwił opis powrotu Manna do powojennych Niemiec po 16 latach emigracji. Pretekstem do odwiedzin ojczyzny stała się 200. rocznica urodzin Goethego. Jak mówił reżyser filmu w jednym z wywiadów, cały czas myślał o wykorzystaniu tej wizyty z 1949 roku. Interesował go bowiem rozpad starego porządku, duchowa bezdomność, podzielony świat, dwie ideologie walczące o duszę starego Manna, który stara się stać ponad i robić swoje. Pozostało zatem Pawlikowskiemu odłożyć Tóibína i przeczytać wszystkie dostępne biografie Thomasa Manna i reportaże na temat tej podróży. W ten sposób powstał scenariusz, którego nie należy odczytywać jako dosłowną historię podróży do Niemiec autora „Czarodziejskiej góry”. Pawlikowski bowiem wielokrotnie powtarzał, że nie interesują go klasyczne filmy biograficzne.</p>
<h2>Pięć dni zamiast długiej podróży – artystyczna wolność</h2>
<p>Prawdziwa, jak i filmowa, podróż Manna do Niemiec miała miejsce w 1949 roku. Ale ta prawdziwa była długa i rozwlekła. Brakowało jej filmowej dramaturgii. Zastosowano więc skróty i uproszczenia, zmieniono także chronologię wydarzeń, a nawet osoby biorące udział w tour po Niemczech. A sama podróż została zredukowana do pięciu dni i stała się w pewnym sensie filmem drogi.</p>
<figure id="attachment_2742" aria-describedby="caption-attachment-2742" style="width: 800px" class="wp-caption aligncenter"><img decoding="async" class="wp-image-2742 size-large" src="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/3_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland_©AgataGrzybowska-1024x768.jpg" alt="Kadr z filmu „Vaterland&quot; Pawła Pawlikowskiego – Hanns Zischler jako Thomas Mann w samochodzie, jego twarz widoczna przez ramę okna, otoczony rozmytym pierwszym planem" width="800" height="600" srcset="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/3_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland_©AgataGrzybowska-1024x768.jpg 1024w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/3_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland_©AgataGrzybowska-300x225.jpg 300w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/3_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland_©AgataGrzybowska-768x576.jpg 768w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/3_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland_©AgataGrzybowska-1536x1152.jpg 1536w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/3_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland_©AgataGrzybowska-1320x990.jpg 1320w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/3_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland_©AgataGrzybowska.jpg 1949w" sizes="(max-width: 800px) 100vw, 800px" /><figcaption id="caption-attachment-2742" class="wp-caption-text">Hanns Zischler jako Tomas Mann w jego kapsule © Neue Visionen/Agata Grzybowska</figcaption></figure>
<p>W wersji Pawlikowskiego pisarz <a href="https://www.thomas-mann-gesellschaft.de/index.html">Thomas Mann</a> (Hanns Zischler) z Frankfurtu nad Menem, będącego w rękach Amerykanów, jedzie prosto do Weimaru, który znajduje się w rękach Sowietów. Nie jedzie z szoferem i z żoną Katią, tylko z córką Eriką (Sandra Hüller). W ocenie filmowca ten zabieg podyktowany był wprowadzeniem o wiele ciekawszej i bardziej skomplikowanej postaci. Erika odbyła bowiem za młodu rajd samochodowy po Europie, a po wojnie została asystentką i redaktorką ojca. Stąd pomysł, aby to ona szoferowała i towarzyszyła ojcu.</p>
<p>To samo tyczy się otwarcia filmu (skądinąd znakomita scena) i przeniesienia w czasie samobójstwa Klausa Manna (August Diehl), syna Thomasa i brata Eriki. W rzeczywistości Klaus Mann zabił się trzy miesiące wcześniej, w czasie, kiedy jego ojciec wygłaszał przemówienie w Sztokholmie. W rzeczywistości – tak jak w filmie – Mann nie przerwał swojej misji i nie pojechał na pogrzeb syna w Cannes (to może dodatkowy powód dla premiery filmu w tym mieście). W jednej z rozmów promujących „Ojczynę” Pawlikowski opowiadał, że w ramach <em>licentia poetica</em> dorzucił też postać Gustafa Gründgensa, ulubionego aktora Goeringa i byłego męża Eriki, jej byłą kochankę Betty Knox i wnuków Richarda Wagnera (doskonała scena). Powstała z tego niezła mieszanka wybuchowa. Ale film opowiada to wszystko w prosty i spokojny sposób.</p>
<h2>Katia Mann – niewidzialna podpora</h2>
<p>Skoro żona Manna została zastąpiona córką (jej postać pojawia się jedynie w rozmowie telefonicznej z Eriką), chciałbym w tym miejscu wspomnieć postać pani Mann. Katia Mann z domu Pringsheim pochodziła z bardzo zamożnej rodziny bankierów i przedsiębiorców, koneserów sztuki i mecenasów artystów pochodzenia żydowskiego (rodzina wspierała choćby Richarda Wagnera). Ojciec Katii, Alfred Pringsheim, marzył, by córka poszła w jego ślady, wybrała karierę naukową i jak on została profesorem, i to w dowolnie wybranej dyscyplinie – czy to matematyki, fizyki kwantowej, filozofii, czy historii sztuki. Na drodze do kariery Katii stanął młody Thomas Mann, który zresztą długo zabiegał o pozwolenie na ślub z córką Alfreda. Od samego początku ich małżeństwa Katia po południu czytała to, co mąż napisał rano, poprawiała i udzielała mu wskazówek edytorskich, podrzucając nowe epizody. Całe życie poświęciła Thomasowi i rodzinie. Opiekowała się sześciorgiem dzieci i zajmowała sprawami męża, towarzyszyła mu w podróżach, była pierwszym lektorem jego tekstów i pisała listy do obrażonych na niego znajomych. I w końcu to ona wyruszyła z nim w długą podróż po zrujnowanych wojną Niemczech.</p>
<h2>Erika i Klaus – szczególna relacja</h2>
<p>„Ojczyzna” Pawlikowskiego to niezupełnie film o Thomasie Mannie pisarzu. To wszystko bywa gdzieś na drugim planie. To bardziej opowieść o Eryce i jej rozdarciu między ojcem, którego kochała i podziwiała, a bratem, z którym miała więź wręcz symbiotyczną. Erika stanowi emocjonalne centrum tej historii. Z bratem Klausem zachowywali się jak bliźniacy, choć nimi nie byli. Dzielili się wszystkim od dziecka. Razem pisali książki, podróżowali, występowali na scenie, a nawet mieli wspólnych kochanków.</p>
<figure id="attachment_2743" aria-describedby="caption-attachment-2743" style="width: 800px" class="wp-caption aligncenter"><img decoding="async" class="wp-image-2743 size-large" src="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/4_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland-1024x768.jpg" alt="Kadr z filmu „Vaterland&quot; – August Diehl jako Klaus Mann siedzi z papierosem przy telefonie, w tle łóżko z śpiącą postacią." width="800" height="600" srcset="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/4_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland-1024x768.jpg 1024w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/4_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland-300x225.jpg 300w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/4_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland-768x576.jpg 768w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/4_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland-1536x1152.jpg 1536w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/4_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland-1320x990.jpg 1320w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/4_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland.jpg 1949w" sizes="(max-width: 800px) 100vw, 800px" /><figcaption id="caption-attachment-2743" class="wp-caption-text">Klaus popadał w depresję. Erika nie dawała rady, nie wiedząc, jak mu pomóc © Neue Visionen</figcaption></figure>
<p>Na wygnaniu, gdy zmuszeni byli opuścić Niemcy Hitlera, ich relacja zaczęła się kruszyć. Klaus był narkomanem, popadał w depresję, dwa razy próbował popełnić samobójstwo. Erika nie dawała rady, nie wiedząc, jak mu pomóc. Jednocześnie musiała opiekować się chorym i podupadłym na zdrowiu ojcem. Była jego ulubionym dzieckiem. Z końcem wojny przestała pracować jako wojenna reporterka i prowadzić wykłady na temat Niemiec i nazizmu, z których się utrzymywała. Znalazła się wśród dziennikarzy obserwujących proces norymberski z lat 1945–1946, skąd pisała relacje do prasy. Nie wiedząc, co ze sobą robić, została redaktorką i asystentką ojca. Co ciekawe, miała też romans z bliskim kolegą Thomasa Manna, jego rówieśnikiem, słynnym dyrygentem Bruno Walterem, który był sąsiadem Mannów w Los Angeles.</p>
<h2>Intelektualista w kapsule</h2>
<p>W „Ojczyźnie” od początku czuje się, że Thomas Mann żyje w jakiejś kapsule. Tą kapsułą stał się samochód, czarny Buick, za kierownicą którego siedzi Erika, i to ona staje się filtrem oddzielającym ojca od rzeczywistości. Mann dla świata jest wielkim intelektualistą i moralnym autorytetem, w życiu codziennym pozostawał jednak zaskakująco nieporadny. W filmie, gdziekolwiek się pojawia, wszystko wydaje się uporządkowane i piękne, podczas gdy wokół są powojenne zgliszcza.</p>
<h2>Kamera Łukasza Żala: porządek kontra ruiny</h2>
<p>Odpowiedzialny za zdjęcia do „Ojczyzny” Łukasz Żal, gdy został zaproszony do zespołu, zastanawiał się, w jaki sposób pokazać ten kontrast w obrazie, to uporządkowanie w kontrze do złamanego ładu. Wspominał w rozmowie o fotografii Manna wysiadającego z samochodu, która stała się wizualnym kluczem do całego filmu. Ta fotografia stała się inspiracją. To właśnie ludzie, ich twarze i spojrzenia, tworzą najważniejszą scenografię filmu.</p>
<figure id="attachment_2744" aria-describedby="caption-attachment-2744" style="width: 800px" class="wp-caption aligncenter"><img loading="lazy" decoding="async" class="wp-image-2744 size-large" src="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/5_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland-1024x768.jpg" alt="Kadr z filmu „Vaterland&quot; – Sandra Hüller jako Erika Mann rozmawia przez telefon, w tle schody i postać w drzwiach" width="800" height="600" srcset="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/5_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland-1024x768.jpg 1024w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/5_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland-300x225.jpg 300w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/5_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland-768x576.jpg 768w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/5_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland-1536x1152.jpg 1536w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/5_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland-1320x990.jpg 1320w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/5_Pawlikowski_Vaterland_Fatherland.jpg 1949w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /><figcaption id="caption-attachment-2744" class="wp-caption-text">Po wojnie Erika pracowała dla swojego ojca jako asystentka i redaktorka © Neue Visionen</figcaption></figure>
<p>Równie sugestywne wydawały się sekwencje rozgrywające się w Weimarze. Ostre południowe światło przecina ulice głębokim cieniem, a czarno-biała fotografia wydobywa niezwykłą plastykę przestrzeni. Ten kontrast nie pełni wyłącznie funkcji estetycznej. Staje się metaforą świata podzielonego politycznie i moralnie, w którym coraz trudniej znaleźć miejsce pomiędzy przeciwstawnymi racjami. Ogromna w tym zasługa Łukasza Żala. Zdjęcia należą do największych atutów filmu. Operator konsekwentnie buduje kontrast między elegancją bohaterów a zniszczonym krajobrazem powojennych Niemiec.</p>
<h2>Czerń i biel jako forma narracji, a nie jako nostalgia</h2>
<p>Pawlikowski po raz kolejny udowadnia, że czerń i biel nie są dla niego nostalgicznym gestem wobec historii kina. To świadomy język opowiadania. Każdy kadr został precyzyjnie skomponowany, a obraz często przejmuje funkcję dialogu. Są sceny, które zapamiętuje się przede wszystkim dzięki ich wizualnej sile. Jedną z nich jest pierwsza scena filmu, rozmowa telefoniczna Eriki z Klausem. August Diehl, siedzący nago na podłodze z papierosem w dłoni, tworzy obraz niezwykle intymny i bolesny. Kilka minut wystarcza, by opowiedzieć o samotności, rozpaczy i niemożności ocalenia najbliższej osoby.</p>
<p>Równie mocno zapada w pamięć podróż ulicami zrujnowanego Frankfurtu. Ojciec i córka jadą przez miasto noszące wciąż widoczne ślady wojny. To właśnie te obrazy pozostają z widzem najdłużej. I jeszcze to, że te ruiny „zagrała” Legnica.</p>
<p>„Ojczyzna” nie jest filmem efektownym ani widowiskowym. Nie szuka łatwych emocji i nie próbuje zamknąć biografii Thomasa Manna w prostych odpowiedziach. To kino kontemplacyjne, zbudowane z ciszy, spojrzeń i perfekcyjnie skomponowanych kadrów. Pawlikowski po raz kolejny pokazuje, że potrafi opowiadać historię przede wszystkim obrazem. I właśnie dla tych obrazów warto ten film zobaczyć.</p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/08/24/ojczyzna-pawla-pawlikowskiego-warto-juz-dla-samych-obrazow/">„Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego. Warto już dla samych obrazów</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://dialogonline.net/pl/2026/08/24/ojczyzna-pawla-pawlikowskiego-warto-juz-dla-samych-obrazow/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Wydawnictwo Polente: polskie kryminały w języku niemieckim</title>
		<link>https://dialogonline.net/pl/2026/08/07/wydawnictwo-polente-polskie-kryminaly-w-jezyku-niemieckim/</link>
					<comments>https://dialogonline.net/pl/2026/08/07/wydawnictwo-polente-polskie-kryminaly-w-jezyku-niemieckim/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Natalia Prüfer]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 07 Aug 2026 13:22:54 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Elfter Beitrag]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Markus Schnabel]]></category>
		<category><![CDATA[Polente Verlag]]></category>
		<category><![CDATA[polskie kryminały]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://dialogonline.net/?p=2627</guid>

					<description><![CDATA[<p>Trzeba być odrobinę szalonym i kochać ryzyko, żeby założyć wydawnictwo literackie specjalizujące się w polskich kryminałach. Czy było to dla Ciebie jasne od początku, czy uświadamiasz to sobie w pełni dopiero teraz, po dwóch latach działalności? Oczywiście, żeby założyć wydawnictwo, trzeba mieć w sobie pewną dozę szaleństwa. Choć branżę książkową znam już od dłuższego czasu [&#8230;]</p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/08/07/wydawnictwo-polente-polskie-kryminaly-w-jezyku-niemieckim/">Wydawnictwo Polente: polskie kryminały w języku niemieckim</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Trzeba być odrobinę szalonym i kochać ryzyko, żeby założyć wydawnictwo literackie specjalizujące się w polskich kryminałach. Czy było to dla Ciebie jasne od początku, czy uświadamiasz to sobie w pełni dopiero teraz, po dwóch latach działalności? </strong></p>
<p>Oczywiście, żeby założyć wydawnictwo, trzeba mieć w sobie pewną dozę szaleństwa. Choć branżę książkową znam już od dłuższego czasu i jestem dobrze skomunikowany, zauważyłem, jak szybko można napotkać granice, a jeśli nie da się ich przekroczyć w tradycyjny sposób, trzeba szukać innych możliwości – i ja je znalazłem. Z ekonomicznego punktu widzenia to ogromne ryzyko, a pod względem czasowym wykracza to poza wszelkie ramy. Tym piękniejszy jest moment, gdy przychodzą sukcesy i człowiek zauważa, że znalazł niszę, w której może się odnaleźć. A kiedy dochodzą do tego jeszcze tak wspaniałe wiadomości, jak państwa Trójkąta Weimarskiego w roli gościa honorowego <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/08/05/targi-ksiazki-w-lipsku-2027-z-krajami-trojkata-weimarskiego/">Targów Książki w Lipsku</a> w 2027 roku, to człowiek jest szczęśliwy, że podjął to ryzyko. <strong> </strong></p>
<p><strong>Polskimi kryminałami interesowałeś się już podczas studiów. Co Ciebie w nich fascynowało i czemu akurat polskie kryminały? </strong></p>
<p>Studiowałem slawistykę ze specjalizacją polonistyczną na Uniwersytecie Wiedeńskim, mimo że nie wychowałem się w środowisku o polskich korzeniach. Pierwszy kurs języka polskiego zacząłem późno, w wieku 22 lat. Polska interesowała mnie pod względem kulturalnym i gospodarczym – miała lada chwila przystąpić do Unii Europejskiej. Podczas studiów slawistycznych zetknąłem się z polską kulturą i literaturą, jednak kontakt ten w dużej mierze opierał się na klasyce, na literaturze niewspółczesnej. Kiedy podczas mojego pobytu na studiach w Krakowie na początku lat 2000. uczęszczałem na różne wykłady z polonistyki, nagle pojawiły się tematy współczesne, takie jak literatura popularna, których nie znałem z Wiednia i które okazały się niezwykle wciągające. Wykłady te przyciągały bardzo wielu słuchaczy. W sumie spędziłem w Krakowie rok, a w tym czasie przez ponad sześć miesięcy odbywałem wolontariat w Konsulacie Generalnym Austrii, gdzie zetknąłem się z jeszcze większą liczbą autorek i autorów. Chciałem się rozwijać, i to poza kanonem klasyki, którą osobom uczącym się języka czasem trudno czytać w oryginale. Sięgnąłem po Marka Krajewskiego, który w tamtym czasie był w Polsce bardzo popularny. To on jako pierwszy przybliżył ludziom gatunek kryminału, dzięki niemu nagle zaczęto masowo czytać krajowe kryminały. Wcześniej, w czasach komunizmu, „nie było przestępstw”, potem nastąpiła fala importowanych przekładów z angielskiego, a częściowo także ze skandynawskiego, i tylko dopiero po nich pojawiły się polskie kryminały.</p>
<p>Później Michał Rusinek skierował mnie do jednej ze swoich doktorantek, która napisała pracę doktorską o rozwoju powieści kryminalnej w Polsce. Zagłębiłem się w tę pracę i od tego czasu, już od ponad 20 lat, współpracuję z krakowskim Instytutem Książki, ponieważ on również starał się popularyzować gatunek kryminału. Wśród autorów kryminałów można znaleźć całkiem szacowne nazwiska, takie jak Olga Tokarczuk, Marcin Świetlicki – czy wcześniej Stanisław Lem. Krajobraz tego gatunku jest dziś ogromny. Na początku lat 2000. ukazywało się tylko pięć czy sześć książek rocznie, w oryginale pod prawdziwym polskim nazwiskiem – nie pod pseudonimem. To się stale rozwijało i obecnie liczba publikacji rocznie sięga około 700 pozycji. Dla branży książkowej to jak efekt kuli śniegowej: widać, że można robić z tego dobre materiały i osiągać zyski. To jednak kwestia ambiwalentna: im więcej powieści kryminalnych się ukazuje, tym trudniej jest wyłowić te, które warto przetłumaczyć na niemiecki.</p>
<figure id="attachment_2622" aria-describedby="caption-attachment-2622" style="width: 800px" class="wp-caption aligncenter"><img loading="lazy" decoding="async" class="wp-image-2622 size-large" src="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/PolentaVerlag-normal-1024x686.jpg" alt="Mężczyzna stoi przy stoisku z książkami." width="800" height="536" srcset="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/PolentaVerlag-normal-1024x686.jpg 1024w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/PolentaVerlag-normal-300x201.jpg 300w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/PolentaVerlag-normal-768x515.jpg 768w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/PolentaVerlag-normal-1320x884.jpg 1320w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/PolentaVerlag-normal.jpg 1500w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /><figcaption id="caption-attachment-2622" class="wp-caption-text">Markus Schnabel wydaje polskie kryminały od 2024 roku © Polente Verlag</figcaption></figure>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czym polskie kryminały różnią się od niemieckich czy skandynawskich? Wspomniałeś, że chodzi tu o politykę, historię, tło kulturowe. Jest coś jeszcze? </strong></p>
<p>Zasadniczo jest to styl: trochę bardziej surowy i bardzo obrazowy. Człowiek jest praktycznie zanurzony w historii, może sobie wszystko wyobrazić – naturalnie mówię o książkach, które chciałbym przedstawić niemieckiej publiczności. Prawie każda z tych powieści nadaje się na podstawę scenariusza filmowego. Niedawno przeczytałem kolejną recenzję nowej książki Tomasza Duszyńskiego, w której napisano, że region i otoczenie są opisane tak plastycznie i obrazowo, że po prostu chce się tam pojechać. W wielu powieściach dochodzi jeszcze komponent polityczny, silnie związany z II wojną światową. Ale poruszane są też inne ciekawe tematy, jak na przykład okres transformacji czy zmiana systemu politycznego. <strong> </strong></p>
<p><strong>Kryminały Duszyńskiego tłumaczysz sam. Jesteś więc zarówno tłumaczem, jak i wydawcą – która rola bardziej Ci się podoba? </strong></p>
<p>Przede wszystkim lubię być tym, kto prowadzi projekt i wprowadza go na rynek – ta menedżerska strona bardzo mi się podoba. W tłumaczeniu fascynująca jest chwila zatrzymania i namysłu nad przekazem, jak to wiernie i zrozumiale oddać w przekładzie. To zajmuje sporo czasu, a przy nieustannym budowaniu wydawnictwa docieram wyraźnie do swoich granic. I tu wracamy do pierwszego pytania, czy trzeba być odrobinę szalonym. Pod względem czasu – właśnie teraz, w perspektywie Targów Książki w Lipsku 2027 – będzie to rok bardzo szczególny, więc mam niewiele wolnych terminów. W przyszłym roku wydam wprawdzie kolejną książkę w moim własnym tłumaczeniu, ale nie będzie to kryminał, lecz powieść „Pola” Grażyny Plebanek, która odnosi obecnie w Polsce sukcesy na różnych festiwalach literackich. <strong> </strong></p>
<p><strong>Współpracujesz z polskimi instytutami. Jak wspierają Twoje działania? </strong></p>
<p>Wspierają przy promocji i organizacji wydarzeń. Jak już wspomniałem, od 20 lat współpracuję z Instytutem Książki. Wsparcie zawsze jest związane z krajowymi programami dofinansowania książki i zależy od tego, gdzie Polska jest właśnie zapraszana jako gość targów.</p>
<p>Mam jednak wrażenie, że w ostatnich latach stało się to nieco trudniejsze – dofinansowanie otrzymuje mniej tytułów, przede wszystkim tylko te największe nazwiska, zwłaszcza w przypadku dotacji na tłumaczenia. Na przyszły rok liczę na wiele impulsów, choć czasu do targów książki zostało już niewiele. Ale wydawnictwo Polente jest dobrze przygotowane, bo mamy tylko ten jeden rodzaj literatury, wyłącznie literaturę polską, i dlatego mamy już gotowy program na wiele okazji.</p>
<p>Także w poszczególnych krajach obszaru niemieckojęzycznego współpracujemy z Instytutami Polskimi – w Wiedniu, Berlinie czy Lipsku. Możemy tam organizować wiele wydarzeń i prezentować autorów oraz książki. W Wiedniu przygotowujemy właśnie wspólnie z Instytutem Polskim „Buch Wien”, trzecie najważniejsze targi na rynku niemieckojęzycznym. Polente będzie tam mieć własne stoisko, po sąsiedzku z Instytutem Polskim, a program wydarzeń organizujemy wspólnie. <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/07/22/niemcy-w-remoncie-czyli-o-paradoksie-spoznionych-inwestycji/">Magdalena Parys</a> i Maciej Siembieda przyjadą do Wiednia i zaprezentują swoje książki na jednej z głównych scen. Wsparcie otrzymujemy tutaj od Instytutu Książki oraz od Nagrody Literackiej Unii Europejskiej (EUPL).</p>
<figure id="attachment_2623" aria-describedby="caption-attachment-2623" style="width: 800px" class="wp-caption aligncenter"><img loading="lazy" decoding="async" class="wp-image-2623 size-large" src="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/Siembieda-Schnabel-Foto-Polente-Verlag-1024x687.jpg" alt="Dwaj mężczyźni przy stole z mikrofonem." width="800" height="537" srcset="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/Siembieda-Schnabel-Foto-Polente-Verlag-1024x687.jpg 1024w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/Siembieda-Schnabel-Foto-Polente-Verlag-300x201.jpg 300w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/Siembieda-Schnabel-Foto-Polente-Verlag-768x515.jpg 768w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/Siembieda-Schnabel-Foto-Polente-Verlag-1536x1030.jpg 1536w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/Siembieda-Schnabel-Foto-Polente-Verlag-1320x885.jpg 1320w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/Siembieda-Schnabel-Foto-Polente-Verlag.jpg 1640w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /><figcaption id="caption-attachment-2623" class="wp-caption-text">Markus Schnabel (z l.) i Maciej Siembieda (z pr.) podczas Targów Książki w Lipsku © Polente Verlag</figcaption></figure>
<p>Przede wszystkim chodzi o to, by uczynić wydawnictwo bardziej widocznym. Czasami zauważam, jak mało jestem znany we wszystkich tych instytucjach, które mogłyby nas wspierać, więc pracuję nad większą obecnością, próbując lepiej informować o naszej działalności.</p>
<p>To długotrwały proces – istniejemy zaledwie od dwóch lat. Dopiero w tym roku wydaliśmy pierwszy katalog, a w mediach społecznościowych trzeba jeszcze wypracować sobie zasięg. Jesteśmy tu zdani na współpracę, żeby móc jeszcze silniej propagować polską literaturę. Czasem chciałoby się więcej, ale życie wydawcy nie jest usłane różami. <strong> </strong></p>
<p><strong>Według jakich kryteriów wybierasz autorki i autorów? </strong></p>
<p>To autorki i autorzy, których książki mają znaczenie na polskim rynku, czyli zostały nagrodzone literackimi wyróżnieniami. W przypadku kryminałów punktem odniesienia jest Nagroda Wielkiego Kalibru, wręczana podczas Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu.</p>
<figure id="attachment_2624" aria-describedby="caption-attachment-2624" style="width: 800px" class="wp-caption aligncenter"><img loading="lazy" decoding="async" class="wp-image-2624 size-large" src="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/nagroda-wielkiego-kalibru-6-1024x686.jpg" alt="Stary pistolet." width="800" height="536" srcset="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/nagroda-wielkiego-kalibru-6-1024x686.jpg 1024w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/nagroda-wielkiego-kalibru-6-300x201.jpg 300w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/nagroda-wielkiego-kalibru-6-768x514.jpg 768w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/nagroda-wielkiego-kalibru-6.jpg 1145w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /><figcaption id="caption-attachment-2624" class="wp-caption-text">Nagroda Wielkiego Kalibru wręczana jest na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu © Piotr Mordel</figcaption></figure>
<p>Laureaci są dobrym wskaźnikiem, ponieważ wybiera ich jury. Jeszcze ważniejsi i częściowo bardziej interesujący są laureaci nagrody publiczności, ponieważ oznacza to duże uznanie ze strony czytelników. Można na tej podstawie ocenić, czy książka trafia do odbiorców i czy jest faktycznie kupowana. Wydawanie książek to przedsięwzięcie finansowe, trzeba zarabiać pieniądze, bo to również jest pewien wskaźnik. Ważna jest też jakość książek. Kto pisze trzy do pięciu książek rocznie, służy tylko komercji, a takich pozycji na rynku niemieckojęzycznym jest już wystarczająco dużo.</p>
<p>W obecnym programie wydawniczym autorki i autorzy trafiają po prostu do bardzo różnych czytelników. W najbliższych latach nie będę wprowadzał wielu nowych nazwisk, lecz kontynuował już istniejące serie, żeby te nazwiska stały się na niemieckim rynku bardziej znane. Taka jest strategia Polente – najpierw za pomocą sprawdzonych autorów otworzyć drzwi na rynek, a następnie wprowadzać na niego innych, którzy może nie mają cyklów, ale oferują bardzo ciekawe tematy. <strong> </strong></p>
<p><strong>Który autor sprzedaje się najlepiej? </strong></p>
<p>Cykl „Glatz” Tomasza Duszyńskiego jest wciąż poszukiwany i kupowany. Mieliśmy bardzo wiele przedsprzedaży, ponieważ jego książki wydawaliśmy w rytmie rocznym. Poza tym na jego nową książkę, która wyszła w czerwcu, było więcej zamówień niż na jakąkolwiek inną książkę przedtem.</p>
<p>Czasem trochę to trwa, zanim krzywa sprzedaży zacznie rosnąć. Książki muszą zostać przeczytane, zrecenzowane i zdobyć swoją pozycję na rynku. Tak było w przypadku „Katharsis” Macieja Siembiedy. Książka ukazała się w marcu, a w czerwcu trafiła na listę najlepszych kryminałów miesiąca i zyskała bardzo dobre recenzje w prasie, na przykład w „FAZ”. To jest coś wyjątkowego, tym bardziej że mowa tu o debiucie. Zwykle recenzowane są wielkie nazwiska, jak Szczepan Twardoch, Joanna Bator czy Olga Tokarczuk, ale jeśli pierwsze tłumaczenie zyskuje taką uwagę, to jest to naprawdę sukces. Przekłada się to na wyniki sprzedaży, bo takie recenzje są szeroko odnotowywane przez księgarnie, biblioteki i czytelników. Dlatego teraz pracujemy nad drugim tomem Siembiedy, „Nemesis”, który ukaże się w przyszłym roku. <strong> </strong></p>
<p><strong>Czy możesz zdradzić coś na temat nowości wydawniczych? Powiedziałeś, że na razie nie będzie nowych autorów. </strong></p>
<p>Na początku października wychodzi drugi tom trylogii Zygmunta Miłoszewskiego o prokuratorze Teodorze Szackim. Ten cykl miał premierę na niemieckim rynku wydawniczym ponad dziesięć lat temu, w wydawnictwie Berlin Verlag, a właściwie w Piper, a teraz został wznowiony ze względu na duże zainteresowanie, także wśród ekspertów od kryminałów. Miłoszewski jest trzykrotnym laureatem najważniejszej polskiej nagrody kryminalnej i jednym z tych, którzy tworzą tę scenę. Trzeci tom wyjdzie w marcu 2027 roku – trylogia zostanie więc zamknięta na czas targów w Lipsku.</p>
<figure id="attachment_2625" aria-describedby="caption-attachment-2625" style="width: 800px" class="wp-caption aligncenter"><img loading="lazy" decoding="async" class="wp-image-2625 size-large" src="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/Siembieda-Miloszewski-Polente-08-2026-1024x686.jpg" alt="Dwaj mężczyźni z okładkami książek w tle." width="800" height="536" srcset="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/Siembieda-Miloszewski-Polente-08-2026-1024x686.jpg 1024w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/Siembieda-Miloszewski-Polente-08-2026-300x201.jpg 300w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/Siembieda-Miloszewski-Polente-08-2026-768x514.jpg 768w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/Siembieda-Miloszewski-Polente-08-2026-1536x1029.jpg 1536w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/Siembieda-Miloszewski-Polente-08-2026-2048x1372.jpg 2048w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/08/Siembieda-Miloszewski-Polente-08-2026-1320x884.jpg 1320w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /><figcaption id="caption-attachment-2625" class="wp-caption-text">Nagradzani polscy autorzy kryminałów: Maciej Siembieda i Zygmunt Miłoszewski © Polente Verlag</figcaption></figure>
<p>W marcu 2027 roku, wraz z „Polą” Grażyny Plebanek, uruchamiamy również nową serię pod nazwą „Polente-Spuren” (Śladami Polente). Chodzi w niej o polsko-niemieckie powiązania z ostatnich dziesięcioleci, które są czasem trudne, ale ważne. To raczej eseje literackie i reportaże, dające bardzo osobisty wgląd w te tematy. <strong> </strong></p>
<p><strong>Gdzie można kupić książki wydawnictwa Polente? Są dostępne w każdej księgarni w Austrii i Niemczech, czy lepiej szukać ich online na stronie wydawnictwa? </strong></p>
<p>Można korzystać ze wszystkich kanałów. Na naszej stronie internetowej są bezpośrednie linki, przez które można kupić książki od samego wydawnictwa – to nam pomaga, bo większa część przychodu zostaje wtedy u wydawcy. Mimo to polecamy księgarnie, bo dla wielu osób to najwygodniejszy sposób zakupu. Wyzwaniem jest obecność w księgarniach. W Berlinie na przykład są dwie ważne księgarnie, w których nasze książki są dostępne: po pierwsze Dussmann, po drugie Księgarnia Kryminalna Hammett na berlińskim Kreuzbergu. <strong> </strong></p>
<p><strong>Jakie tematy społeczne i polityczne są szczególnie obecne w polskiej literaturze i polskich kryminałach? </strong></p>
<p>Jestem zainteresowany książkami Marka Stelara. Ich akcja osadzona jest na polsko-niemieckim pograniczu, w Szczecinie i nad Zalewem Szczecińskim. W kryminale akcja często nie rozgrywa się tylko w czasach współczesnych, są w niej stale retrospekcje: coś się wydarzyło i ma to wpływ na życie dzisiejszych postaci. Stelar podchwytuje przy tym inne, europejskie tematy, postrzegane z polskiej perspektywy, które w Niemczech, Austrii czy Szwajcarii nie są nam znane.</p>
<p>Powodem, dla którego Duszyński jest tak dobrze odbierany na niemieckim rynku, jest odniesienie do okresu międzywojennego na Dolnym Śląsku: swój cykl „Glatz” umiejscowił w tym regionie w czasach, gdy nie był on jeszcze polski. Polska odgrywa tu rolę praktycznie marginalną. Chodzi o rodzące się po I wojnie światowej konflikty narodowościowe, które przypominają dzisiejsze czasy.</p>
<p>Widać, że po stu latach naprawdę niczego nie nauczono się z historii. U Duszyńskiego pojawiają się antysemityzm, rodzący się narodowy socjalizm, aż po wydarzenia, które doprowadziły do dojścia nazistów do władzy. Warto czytać te kryminały retro czy historyczne powieści kryminalne, aby wyciągnąć z nich naukę na dzisiejsze czasy w związku z aktualnymi tendencjami politycznymi. <strong> </strong></p>
<p><strong>Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę. </strong></p>
<p><em>Z Markusem Schnabelem rozmawiała Natalia Prüfer.</em></p>
<p><strong><em>Dopisek:</em></strong></p>
<p>6 sierpnia opublikowano listę Top 30 HOTLIST 2026 wydawnictw niezależnych (<a href="https://www.hotlist-online.com/die-kandidaten-der-hotlist-2026/">https://www.hotlist-online.com/die-kandidaten-der-hotlist-2026/</a>). Wśród nich znalazła się Magdalena Parys z książką „Książę”. Teraz zaczyna się głosowanie publiczności, do którego serdecznie zapraszamy wszystkie Czytelniczki i Czytelników. Do 4 września br. można głosować na książkę Magdaleny i tym samym zagwarantować jej miejsce w Top 10 HOTLIST 2026. Tutaj znajduje się link do głosowania:</p>
<p><a href="https://www.hotlist-online.com/wahllokal-polling/">https://www.hotlist-online.com/wahllokal-polling/</a></p>
<p><em>Markus Schnabel jest założycielem i właścicielem wydawnictwa Polente Verlag (od 2025 roku), tłumaczem oraz certyfikowanym menedżerem praw i licencji. Studiował slawistykę ze specjalizacją polonistyczną na Uniwersytecie Wiedeńskim oraz w Krakowie, ze szczególnym uwzględnieniem literatury współczesnej i kryminałów. W czasach studenckich pisał kolumnę gościnną „Krakauer Schwarze Post” dla portalu Alligatorpapiere.de i współpracował z „Portalem Kryminalnym”. W 2023 roku był stypendystą Niemieckiego Funduszu Tłumaczy (Deutscher Übersetzerfonds) za tłumaczenie serii „Glatz” Tomasza Duszyńskiego. </em></p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/08/07/wydawnictwo-polente-polskie-kryminaly-w-jezyku-niemieckim/">Wydawnictwo Polente: polskie kryminały w języku niemieckim</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://dialogonline.net/pl/2026/08/07/wydawnictwo-polente-polskie-kryminaly-w-jezyku-niemieckim/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Nigdy obojętni: Skłodowska-Curie i Einstein</title>
		<link>https://dialogonline.net/pl/2026/07/07/nigdy-obojetni-sklodowska-curie-i-einstein/</link>
					<comments>https://dialogonline.net/pl/2026/07/07/nigdy-obojetni-sklodowska-curie-i-einstein/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Hanoch Gutfreund]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 07 Jul 2026 08:17:34 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Achter Beitrag]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[broń atomowa]]></category>
		<category><![CDATA[Einstein]]></category>
		<category><![CDATA[Sklodowska-Curie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://dialogonline.net/?p=2195</guid>

					<description><![CDATA[<p>Na szczególną uwagę zasługuje przy tym pierwszy list Einsteina do swojej korespondencyjnej partnerki. Dotarł do Marii w jednym z najtrudniejszych momentów jej życia. Paryska prasa rozpętała właśnie bezprecedensową nagonkę po ujawnieniu jej romansu z Paulem Langevinem. Einstein był tym oburzony i lakonicznie jej poradził, by nie przejmowała się opinią innych. To było bardzo w jego [&#8230;]</p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/07/07/nigdy-obojetni-sklodowska-curie-i-einstein/">Nigdy obojętni: Skłodowska-Curie i Einstein</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p>Na szczególną uwagę zasługuje przy tym pierwszy list Einsteina do swojej korespondencyjnej partnerki. Dotarł do Marii w jednym z najtrudniejszych momentów jej życia. Paryska prasa rozpętała właśnie bezprecedensową nagonkę po ujawnieniu jej romansu z Paulem Langevinem. Einstein był tym oburzony i lakonicznie jej poradził, by nie przejmowała się opinią innych. To było bardzo w jego stylu. Przez całe życie pozostawał nonkonformistą – zarówno w nauce, jak i wobec religii, polityki czy codziennych konwenansów. Chodził z wiecznie rozczochranymi włosami i nawet na spotkanie z prezydentem USA, Franklinem D. Rooseveltem, poszedł bez skarpetek. Kiedy z okazji 72 urodzin fotograf poprosił go o pozę najlepiej oddającą jego charakter, powstało słynne zdjęcie z wystawionym językiem. Uwielbiam tę fotografię. Einstein robił to, co uważał za słuszne, nie oglądając się na to, co myśli reszta świata. Myślę, że dokładnie to samo chciał zalecić Marii w swoim pierwszym liście – żeby po prostu „pokazała język” swoim krytykom. Oboje byli jednak zupełnie różnymi osobowościami. Wątpię, by Skłodowska zdobyła się na tak bezpośredni gest. Nie sądzę też, by miała w sobie aż taką wewnętrzną swobodę.</p>
<figure id="attachment_2184" aria-describedby="caption-attachment-2184" style="width: 800px" class="wp-caption aligncenter"><img loading="lazy" decoding="async" class="wp-image-2184 size-large" src="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/pap_20260205_1IT-PAP-Marian-Zubrzycki-1024x683.jpg" alt="Malowidło na fasadzie budynku przedstawiające kobietę." width="800" height="534" srcset="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/pap_20260205_1IT-PAP-Marian-Zubrzycki-1024x683.jpg 1024w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/pap_20260205_1IT-PAP-Marian-Zubrzycki-300x200.jpg 300w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/pap_20260205_1IT-PAP-Marian-Zubrzycki-768x512.jpg 768w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/pap_20260205_1IT-PAP-Marian-Zubrzycki-1536x1024.jpg 1536w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/pap_20260205_1IT-PAP-Marian-Zubrzycki-2048x1366.jpg 2048w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/pap_20260205_1IT-PAP-Marian-Zubrzycki-1320x880.jpg 1320w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /><figcaption id="caption-attachment-2184" class="wp-caption-text">Łódź, 05.02.2026. Nowy mural przedstawiający wizerunek Marii Skłodowskiej-Curie na elewacji kamienicy. <br />Malowidło świeci się w ciemności. © PAP/Marian Zubrzycki</figcaption></figure>
<h2><strong>Z laboratorium na front </strong></h2>
<p>Wybuch I wojny światowej sprawił, że zarówno Maria Skłodowska-Curie, jak i Albert Einstein zeszli ze swojego naukowego Olimpu, angażując się w sprawy społeczne i polityczne. W przypadku Einsteina proces ten rozpoczął się nieco wcześniej – krótko po powrocie do Niemiec [w 1913 r. – przyp. red.], gdzie po raz pierwszy zetknął się z antysemityzmem. Zaledwie dwa miesiące po wybuchu wojny Maria przekonała francuski rząd do utworzenia wojskowych pracowni rentgenowskich. Wraz ze swoją siedemnastoletnią córką Irène jeździła niewielkim samochodem ciężarowym niemal na samą linię frontu. Wyposażony przez nią w aparaturę rentgenowską pojazd był pierwszą w historii mobilną jednostką medyczną działającą poza szpitalem. Później objęła kierownictwo służby rentgenowskiej Francuskiego Czerwonego Krzyża. Już w pierwszym roku wojny nadzorowała wyposażenie dwudziestu ruchomych ambulansów radiologicznych oraz instalację około dwustu aparatów rentgenowskich w szpitalach polowych. Szacuje się, że dzięki jej wysiłkom pomoc otrzymało ponad milion rannych żołnierzy.</p>
<p>Skłodowska-Curie szkoliła również kobiety, które wspierały tę działalność. Jej biografia pokazuje, że wojenne zaangażowanie i troska o innych nie były jedynie dodatkiem do pracy akademickiej. Wynikały z tej samej wewnętrznej pasji, która popychała ją do odkryć naukowych.</p>
<p>Na początku wojny 93 wybitnych niemieckich intelektualistów podpisało „Manifest do cywilizowanego świata!”. Wielu z nich złożyło podpis, nie czytając wcześniej jego treści. Dokument, znany dziś jako „Manifest 93”, wyrażał bezwarunkowe poparcie dla armii niemieckiej, odrzucał oskarżenia o brutalność i świadome niszczenie dóbr kultury, a samą wojnę przedstawiał jako konieczne rozwiązanie problemów państwa. Einstein, sprzeciwiając się narastającej fali nacjonalizmu, odpowiedział własnym manifestem. Wspólnie z dwoma współpracownikami opracował tekst zatytułowany „Do Europejczyków”, w którym krytykował szowinizm, apelując do uczonych oraz artystów o obronę wspólnej kultury europejskiej. Maria Skłodowska-Curie w pełni podzielała jego stanowisko. W liście do francuskiego pacyfisty Romaina Rollanda napisała wprost, że każdy, kto podpisał manifest niemieckich intelektualistów, stał się jej po ludzku obcy.</p>
<h2><strong>Wspólne zaangażowanie na rzecz pokoju i porozumienia </strong></h2>
<p>Choć podczas wojny Einstein i Skłodowska-Curie nie pisali do siebie, zaraz po jej zakończeniu ponownie nawiązali kontakt. Wiosną 1922 roku oboje zgodzili się wejść w skład Międzynarodowego Komitetu Współpracy Intelektualnej Ligi Narodów [powołanego w celu umacniania pokoju i pokojowego rozwiązywania konfliktów międzynarodowych; poprzednika UNESCO i ONZ – przyp. red.]. Niedługo później, w czerwcu, Einstein przeżył ogromny wstrząs. Zamordowano jego bliskiego przyjaciela, ministra spraw zagranicznych Walthera Rathenaua, mającego niemiecko-żydowskie pochodzenie. Za zamachem stali skrajni nacjonaliści, których Adolf Hitler kilka lat później nazwał nawet „niemieckimi bohaterami”. Einstein opowiadał się za Republiką Weimarską i z zadowoleniem przyjął upadek cesarstwa. Właśnie z tego powodu stał się celem antysemickiej nagonki i politycznych ataków. Pojawiły się nawet informacje, że jego nazwisko znalazło się na liście osób przeznaczonych do eliminacji. W tej sytuacji musiał opuścić Niemcy. Postanowił również zrezygnować z udziału w pracach komisji Ligi Narodów.</p>
<p>Jedyną osobą, której wówczas się zwierzył, była Maria Skłodowska-Curie. Pisał do niej: „Nie tylko w związku z tragiczną śmiercią Rathenaua, ale także w odniesieniu do innych sytuacji zdałem sobie sprawę, że w tych kręgach [intelektualnych – przyp. red.], które muszę w pewnym sensie reprezentować w Lidze Narodów, istnieje bardzo silny antysemityzm [&#8230;], że nie nadaję się do bycia ich przedstawicielem lub mediatorem. Myślę, że Pani to zrozumie” [list z 4.07.1922 – przyp. red.].</p>
<p>Maria próbowała go przekonać do zmiany zdania: „Właśnie dlatego, że istnieją poglądy niebezpieczne i szkodliwe, należy je zwalczać [&#8230;]. Myślę, że Pański przyjaciel Rathenau [&#8230;] skłoniłby Pana przynajmniej do próby zaangażowania się w pokojową międzynarodową współpracę intelektualną. Czy nie mógłby Pan jeszcze zmienić zdania?” [list z 7.07.1922 – przyp. red.]. Einstein odpowiedział dopiero kilka dni później: „[&#8230;] z czysto obiektywnego punktu widzenia Żyd nie nadaje się na łącznika między niemiecką a międzynarodową inteligencją. [&#8230;] Nie mogę pozostać w Berlinie, ponieważ są podstawy do obaw, że ultranacjonaliści mogą próbować pozbawić mnie życia” [list z 11.07.1922 – przyp. red.]. Dzięki wsparciu Marii Skłodowskiej-Curie oraz innych przyjaciół Einstein ostatecznie wycofał swoją rezygnację i w czerwcu 1924 ponownie przystąpił do prac komisji. Przez kolejnych siedem lat regularnie uczestniczył w jej dorocznych posiedzeniach, blisko współpracując ze Skłodowską-Curie.</p>
<h2><strong>Nigdy obojętni </strong></h2>
<p>Czasem chętnie puszcza się wodze fantazji i zastanawia się, co by było, gdyby&#8230; Ja również czasem zadaję sobie pytanie, jak potoczyłaby się ich relacja i jak Maria Skłodowska-Curie zareagowałaby na tragedię Hiroszimy i Nagasaki, gdyby dane jej było żyć jeszcze dalszych dwadzieścia lat. W pierwszych latach zimnej wojny Einstein poświęcił niemal całą swoją energię na ostrzeganie świata przed zagrożeniami, jakie niosła ze sobą broń atomowa. W maju 1946 roku stanął na czele Emergency Committee of Atomic Scientists – Komitetu Nadzwyczajnego Naukowców Atomowych. Organizacja ta stała się rzecznikiem międzynarodowej kontroli nad energią jądrową i postulowała utworzenie instytucji przypominającej ONZ, ale dysponującej znacznie większymi kompetencjami. Einstein z ogromnym zaangażowaniem walczył o urzeczywistnienie tej wizji. Jako gorący zwolennik rządu światowego i globalnego systemu prawa wielokrotnie podkreślał, że sama Rada Bezpieczeństwa ONZ nie jest w stanie zagwarantować trwałego pokoju.</p>
<figure id="attachment_2185" aria-describedby="caption-attachment-2185" style="width: 800px" class="wp-caption aligncenter"><img loading="lazy" decoding="async" class="wp-image-2185 size-large" src="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/imago0839043808h-Einstein-Graffitti-Albert-Einstein-an-einer-Hauswand-Wandgemaelde-Kunst-Vilnius-Litauen--1024x683.jpg" alt="Mural przedstawiający mężczyznę." width="800" height="534" srcset="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/imago0839043808h-Einstein-Graffitti-Albert-Einstein-an-einer-Hauswand-Wandgemaelde-Kunst-Vilnius-Litauen--1024x683.jpg 1024w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/imago0839043808h-Einstein-Graffitti-Albert-Einstein-an-einer-Hauswand-Wandgemaelde-Kunst-Vilnius-Litauen--300x200.jpg 300w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/imago0839043808h-Einstein-Graffitti-Albert-Einstein-an-einer-Hauswand-Wandgemaelde-Kunst-Vilnius-Litauen--768x512.jpg 768w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/imago0839043808h-Einstein-Graffitti-Albert-Einstein-an-einer-Hauswand-Wandgemaelde-Kunst-Vilnius-Litauen--1536x1024.jpg 1536w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/imago0839043808h-Einstein-Graffitti-Albert-Einstein-an-einer-Hauswand-Wandgemaelde-Kunst-Vilnius-Litauen--2048x1366.jpg 2048w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/imago0839043808h-Einstein-Graffitti-Albert-Einstein-an-einer-Hauswand-Wandgemaelde-Kunst-Vilnius-Litauen--1320x880.jpg 1320w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /><figcaption id="caption-attachment-2185" class="wp-caption-text">Albert Einstein na fasadzie budynku w Wilnie, Litwa. © IMAGO / Jako</figcaption></figure>
<p>Czy Maria Skłodowska-Curie posunęłaby się równie daleko i opowiedziała się za ideą rządu światowego? Tego oczywiście nie da się rozstrzygnąć. Jestem jednak przekonany, że podzielałaby obawy Einsteina i – podobnie jak on – nie milczałaby wobec zagrożeń. Nie mam wątpliwości, że wsparłaby inicjatywę Bertranda Russella i Alberta Einsteina oraz podpisałaby Manifest Russella-Einsteina z 1955 roku. Jego autorzy pisali wówczas: „W dramatycznej sytuacji, w jakiej znalazła się ludzkość, uważamy, że społeczność naukowa powinna zebrać się na konferencji w celu oceny zagrożenia, jakie powstało w wyniku rozwoju broni masowego rażenia”.</p>
<p>Dokument kończył się poruszającym apelem: ludzkość może wybrać drogę postępu i szczęścia albo drogę prowadzącą do zagłady – tylko dlatego, że nie potrafi porzucić dawnych sporów. Jego najważniejsze przesłanie brzmiało: „Zachowajmy człowieczeństwo, zapomnijmy o reszcie. Jeśli to będzie możliwe, otworzy się droga do nowego Raju – jeśli nie, przed nami tylko widmo śmierci”. Gdyby Maria Skłodowska-Curie podpisała ten dokument, byłaby jedyną kobietą w gronie jedenastu sygnatariuszy. Wśród nich znalazł się tymczasem jej zięć, Frédéric Joliot-Curie, który wraz z córką Marii, Irène Joliot-Curie, został później laureatem Nagrody Nobla.</p>
<figure id="attachment_2186" aria-describedby="caption-attachment-2186" style="width: 800px" class="wp-caption aligncenter"><img loading="lazy" decoding="async" class="wp-image-2186 size-large" src="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/Prof.-em.-Hanoch-Gutfreund-Leiter-des-Einstein-Archivs-an-der-Hebraeischen-Universitaet-Jerusalem-1024x683.jpg" alt="Ein älterer Mann." width="800" height="534" srcset="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/Prof.-em.-Hanoch-Gutfreund-Leiter-des-Einstein-Archivs-an-der-Hebraeischen-Universitaet-Jerusalem-1024x683.jpg 1024w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/Prof.-em.-Hanoch-Gutfreund-Leiter-des-Einstein-Archivs-an-der-Hebraeischen-Universitaet-Jerusalem-300x200.jpg 300w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/Prof.-em.-Hanoch-Gutfreund-Leiter-des-Einstein-Archivs-an-der-Hebraeischen-Universitaet-Jerusalem-768x512.jpg 768w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/Prof.-em.-Hanoch-Gutfreund-Leiter-des-Einstein-Archivs-an-der-Hebraeischen-Universitaet-Jerusalem-1536x1024.jpg 1536w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/Prof.-em.-Hanoch-Gutfreund-Leiter-des-Einstein-Archivs-an-der-Hebraeischen-Universitaet-Jerusalem-2048x1365.jpg 2048w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/Prof.-em.-Hanoch-Gutfreund-Leiter-des-Einstein-Archivs-an-der-Hebraeischen-Universitaet-Jerusalem-1320x880.jpg 1320w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /><figcaption id="caption-attachment-2186" class="wp-caption-text">Hanoch Gutfreund kieruje Archiwum Einsteina na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. © Arkadiusz Łuba</figcaption></figure>
<p>Omawiany zbiór listów ukazał się po polsku w czasie, gdy odszedł Marian Turski, wybitny polsko-żydowski intelektualista i jeden z ostatnich ocalałych z Zagłady. Kilka lat wcześniej opublikował książkę „XI Nie bądź obojętny” [Wydawnictwo Czarne, 2021 – przyp. red.]. To właśnie te słowa uważał za jedenaste przykazanie. Można je też odczytać jako jego intelektualny i moralny testament. Po śmierci Mariana Turskiego wielokrotnie pytano mnie, czy dostrzegam podobieństwo między jego apelem a publiczną postawą Marii Skłodowskiej-Curie i Alberta Einsteina. Oczywiście, pisząc swoją książkę, Turski nie miał ich na myśli. Chciał przede wszystkim zrobić wszystko, by nikt nigdy więcej nie musiał przeżyć tego, czego doświadczył on i jego rodzina. Właśnie ta postawa – nieodwracania wzroku – wyróżnia ludzi o silnym kręgosłupie moralnym, którzy nie milczą wobec niesprawiedliwości i dyskryminacji. Einstein i Skłodowska-Curie byli właśnie takimi ludźmi. Nigdy nie pozostawali obojętni.</p>
<p>W swoim nowojorskim przemówieniu, wygłoszonym po śmierci Marii Skłodowskiej-Curie, Einstein w niezwykle trafny sposób oddał to, kim ona była i co było dla niej najważniejsze: „Miałem szczęście przez dwadzieścia lat cieszyć się głęboką i prawdziwą przyjaźnią z panią Curie. Z każdym dniem podziwiałem ją coraz bardziej. Jej siła, dyscyplina i niezachwiane przekonania – ludzi o takich cechach spotyka się niezwykle rzadko. Żyła dla innych, a niesprawiedliwość na świecie była dla niej ciężarem, który nosiła przez całe życie”. O jej największym osiągnięciu naukowym mówił natomiast: „Jej największy sukces – odkrycie i wyizolowanie pierwiastków promieniotwórczych – nie był wyłącznie owocem naukowej intuicji. W równym stopniu zawdzięczała go niezwykłej wytrwałości. Pracowała w warunkach, które dziś trudno sobie nawet wyobrazić”.</p>
<figure id="attachment_2187" aria-describedby="caption-attachment-2187" style="width: 800px" class="wp-caption aligncenter"><img loading="lazy" decoding="async" class="wp-image-2187" src="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/BUCHUMSCHLAeGE1.jpg" alt="Zwei Buchumschläge" width="800" height="533" srcset="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/BUCHUMSCHLAeGE1.jpg 992w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/BUCHUMSCHLAeGE1-300x200.jpg 300w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/07/BUCHUMSCHLAeGE1-768x512.jpg 768w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /><figcaption id="caption-attachment-2187" class="wp-caption-text">Korespondencja Marii Skłodowskiej-Curie i Alberta Einsteina. © Arkadiusz Łuba</figcaption></figure>
<p>Oddany do rąk czytelników zbiór listów jest hołdem złożonym Marii Skłodowskiej-Curie i Albertowi Einsteinowi – ich wartościom, wybitnym osiągnięciom naukowym oraz niezwykłej przyjaźni, która połączyła dwoje najwybitniejszych umysłów XX wieku.</p>
<p><em>Z niemieckiego przełożył Arkadiusz Łuba. </em></p>
<p><em>Maria Skłodowska-Curie, Albert Einstein: Listy (1911-1932). Tłum. zespół pod kier. dr Karoliny Weryńskiej. Fundacja Rozwoju Edukacji dla Przemysłu, Muzeum Marii Skłodowskiej Curie w Warszawie, Warszawa 2024, 118 s., 130,00 PLN. </em></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/07/07/nigdy-obojetni-sklodowska-curie-i-einstein/">Nigdy obojętni: Skłodowska-Curie i Einstein</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://dialogonline.net/pl/2026/07/07/nigdy-obojetni-sklodowska-curie-i-einstein/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Falkowski o „Naszych Niemcach”: &#8222;Po prostu opisałem rzeczywistość&#8221;</title>
		<link>https://dialogonline.net/pl/2026/06/15/falkowski-o-naszych-niemcach-po-prostu-opisalem-rzeczywistosc/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Arkadiusz Łuba]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 15 Jun 2026 17:33:21 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Dritter Beitrag]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Falkowski]]></category>
		<category><![CDATA[Nasi Niemcy]]></category>
		<category><![CDATA[Osadnicy]]></category>
		<category><![CDATA[Wschód]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://wordpress.p658519.webspaceconfig.de/2026/06/04/falkowski-o-naszych-niemcach-po-prostu-opisalem-rzeczywistosc/</guid>

					<description><![CDATA[<p>Jeszcze sto lat temu Niemcy mieszkali pod Łodzią, nad Wisłą i na Mazowszu, a określenie „nasi Niemcy” nikogo nie dziwiło. Historia Niemców na ziemiach polskich urwała się wraz z wybuchem II wojny światowej. Tymczasem w granicach II Rzeczypospolitej mieszkało milion obywateli polskich narodowości niemieckiej. Ich losom poświęcona jest książka „Nasi Niemcy” Macieja Falkowskego. W „Naszych [&#8230;]</p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/06/15/falkowski-o-naszych-niemcach-po-prostu-opisalem-rzeczywistosc/">Falkowski o „Naszych Niemcach”: &#8222;Po prostu opisałem rzeczywistość&#8221;</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p><em>Jeszcze sto lat temu Niemcy mieszkali pod Łodzią, nad Wisłą i na Mazowszu, a określenie „nasi Niemcy” nikogo nie dziwiło. Historia Niemców na ziemiach polskich urwała się wraz z wybuchem II wojny światowej. Tymczasem w granicach II Rzeczypospolitej mieszkało milion obywateli polskich narodowości niemieckiej. Ich losom poświęcona jest książka „Nasi Niemcy” Macieja Falkowskego.</em></p>
<p><strong>W „Naszych Niemcach” szuka Pan śladów osadników niemieckich na ziemiach polskich. Część Pana rodziny wywodzi się właśnie od nich – czy dlatego zajął się Pan tym tematem? </strong></p>
<p>Rzeczywiście, temat zainteresował mnie z tego powodu. Moja rodzina traktowała to trochę jak tajemnicę, co tym bardziej skłoniło mnie do poszukiwań. Ale nie była to główna przyczyna. Mam zacięcie etnologiczne i zawsze lubiłem jeździć po Polsce, po mało oczywistych miejscach, i odkrywać różne ciekawe historie. Mieszkam na stałe w Warszawie, i jeżdżąc po Mazowszu, po okolicach Warszawy, bardzo często trafiałem na stare cmentarze ewangelickie. Te miejsca mnie zafascynowały. Zastanawiało mnie, skąd się tutaj wzięły. Wiedza o osadnikach niemieckich w Polsce centralnej nie jest powszechna. Dla mnie też to było zaskoczeniem, zacząłem więc drążyć temat. W którymś momencie pojawił się pomysł opisania tego wszystkiego.</p>
<p><strong>Dlaczego w minionych stuleciach niemieccy osadnicy zapuszczali się na wschód, choćby na ziemie polskie? </strong></p>
<p>Patrząc na historię, nawet na ostatnie prawie 1000 lat, możemy zauważyć pewną prawidłowość, pewien fenomen. Z krajów niemieckich na wschód – ale nie tylko do Polski – płynął właściwie nieprzerwany potok ludzi, zarówno rolników, jak i rzemieślników, a później fabrykantów. Mieliśmy do czynienia z migracjami odwrotnymi niż te, do których przyzwyczailiśmy się w wieku XX. Wiemy o wyjazdach do Niemiec w poszukiwaniu pracy, natomiast mało wiemy, że przez większość czasu w zasadzie było na odwrót. To Niemcy jechali na wschód – do Polski, do Rosji, do państw bałtyckich, do Rumunii. Przyczyny rzadko były polityczne, lecz raczej natury materialnej. Niemcy były przeludnione, co często prowadziło do trudnej sytuacji ekonomicznej. Ludzie szukali lepszego losu. W dawnych czasach nie mogli jeszcze emigrować za ocean, nie odkryto też jeszcze Ameryki. A później Niemcy nie były zjednoczone, nie miały siły politycznej i nie miały swoich kolonii. Ten potok ludzi szukających lepszego losu musiał znaleźć ujście i w naturalny sposób znajdował je na wschodzie.</p>
<p>Na wschodzie było inaczej – było mniej ludzi, dużo ziemi i ktoś tę ziemię musiał zagospodarować. Migracja była zatem w interesie lokalnych władców. Potrzebowali oni rąk do pracy, a czasem też ludzi umiejących na przykład zagospodarować tereny trudne. Szukano takich ludzi w Niemczech i stamtąd ich ściągano. Osiedlali się oni w miejscach, gdzie wcześniej niczego nie było. Karczowali puszczę, obrabiali pola, zakładali wioski itd. Częściowo było także tak, że ludzie, którzy wcześniej osiedlili się w Polsce, migrowali później jeszcze dalej na wschód, przykładowo do Rosji, gdzie kuszono ich jeszcze lepszymi perspektywami – bo trzeba też pamiętać o tym, że nie zawsze marzenia migrantów się spełniały.</p>
<p><strong>Po przegranej II wojnie światowej Niemcy ściągnęły do pracy przy odbudowie kraju tzw. gastarbeiterów z Włoch i Turcji. Setki lat wcześniej takich pomocników sprowadzała do siebie Polska. Pierwszymi osadnikami na ziemiach polskich – w XVI-XVII wieku – byli tzw. Olędrzy, pochodzący pierwotnie z Fryzji i Niderlandów. Później przybywali pracownicy z państewek niemieckich, a ostatecznie z Niemiec. Zakładali oni wsie w Prusach Królewskich, wzdłuż Wisły i jej dopływów, na Kujawach, Mazowszu i w Wielkopolsce. Byli wówczas najzamożniejszą grupą chłopów. Zachowywali wolność osobistą, własną religię i wartości, gdyż Polska słynęła ze swej tolerancji. Dlaczego byli to głównie osadnicy zza Odry, a nie na przykład ze Skandynawii? </strong></p>
<p>Niemcy kojarzą nam się głównie z I i II wojną światową, z Krzyżakami – generalnie z konfliktem. Ale patrząc na mapę I Rzeczypospolitej, zauważymy, że jej wschodnie granice ciągle się zmieniały. Natomiast ta zachodnia granica, która oczywiście wyglądała inaczej niż dzisiaj, praktycznie się nie zmieniała. Tam panował względny pokój, nie było w zasadzie poważnych wojen. Oczywiście, przez te tereny maszerowały wojska, na przykład w czasie wojny północnej, nie były to jednak konflikty z Saksonią czy z Brandenburgią. To była dosyć trwała i pokojowa granica. Łatwiej było przez nią przejeżdżać pokojowym migrantom. Na wschodzie z kolei ciągle toczyły się wojny, dlatego migracja stamtąd była utrudniona. Poza tym Niemcy to także bliskość geograficzna. Tymczasem w Skandynawii było niewiele ludzi, co nie oznacza, że ktoś z tych okolic nie „zawieruszył się” w Polsce. Na prawosławnym cmentarzu na Podlasiu trafiłem na przykład na grób z nazwiskiem „Peterson”, zapisanym cyrylicą. Okazało się, że dla mieszkańców tej wsi jest to zupełnie normalne nazwisko. Wiedzieli też, że ten pierwszy Peterson to był Szwed, jeniec z czasów XVII-wiecznego potopu, który po prostu już tam został. Jego potomkowie oczywiście zatracili szwedzką tożsamość i religię protestancką, ale nazwisko zostało.</p>
<p><strong>Pana książka składa się z wielu mniejszych opowieści, tworzących pewien spójny obraz. Każda z osób czytających z pewnością ma „swoje” fragmenty. Najbardziej poruszające wydają się te, w których potomkowie osadników stali się przedmiotem rozgrywek politycznych. Oczywiście przed Wielką Wojną, przed Republiką Weimarską te rozgrywki były odmienne od tych, które bezpośrednio poprzedzały czy miały miejsce podczas II wojny światowej. Które z tych historii najbardziej Pana poruszyły? </strong></p>
<p>Mam dwa takie momenty. Pierwszy z nich to powszechnie znane tragedie związane z volkslistami i końcem II wojny światowej. Mało się natomiast wie, co działo się z osadnikami niemieckimi w czasie I wojny. Władze rosyjskie faworyzowały ich w XIX wieku, zezwalając na używanie języka niemieckiego w szkołach, pozwalając na ściąganie pastorów z Niemiec i ogólnie wspierając to osadnictwo, ponieważ rozrzedzało ono żywioł polski. Kiedy jednak wybuchła I wojna światowa, zaczęto tych ludzi postrzegać jako piątą kolumnę. Latem 1915 roku setki tysięcy Niemców – którzy do tej pory żyli sobie spokojnie nad Wisłą, pod Warszawą, pod Łodzią, we wschodniej Polsce – dostały nakaz ewakuacji i często w brutalny sposób wywożono ich w głąb Rosji. Jednocześnie konfiskowano ich majątki. Przez kilka lat tułali się po Rosji. Po powrocie rodziły się konflikty z sąsiadami, wielu z nich było też w trudnej sytuacji materialnej. Padali ofiarą represji, byli przetrzymywani w obozach. To często poruszające historie, bo ci ludzie wcale do Niemiec jechać nie chcieli. Nie mieli właściwie żadnych związków z ówczesną II Rzeszą i pewnie bliżej im było kulturowo do Moskwy niż do Berlina, a jednak byli niechciani. Poza tym ci Niemcy, którzy zostali na przykład w Warszawie, w Łodzi, pod Płockiem, to były najczęściej pojedyncze osoby czy pojedyncze rodziny. Żeby móc dalej w Polsce mieszkać, musiały albo ukryć swoje niemieckie pochodzenie, albo wyjechać na ziemie zachodnie, gdzie ich nikt nie znał. Jeszcze trudniej było im oczywiście po II wojnie światowej, kiedy zastosowano wobec nich zasadę zbiorowej odpowiedzialności. Wszystkich ich pozbawiono obywatelstwa polskiego i majątku, a większość musiała Polskę opuścić. Wydaje mi się nawet, że popularność idei nazistowskich wśród polskich Niemców mogła częściowo wynikać właśnie z faktu, iż zostali oni pozbawieni korzeni, że doświadczyli prześladowań w czasie I wojny światowej i że wyobcowali się ze społeczności, w których żyli ich przodkowie. To taka moja teoria, ale może ktoś zajmie się nią kiedyś naukowo.</p>
<p><strong>Dla wielu tytuł Pana książki – „Nasi Niemcy” – może być prowokacyjny. Czy taki właśnie miał być? Z jakimi reakcjami spotkała się Pana książka? </strong></p>
<p>To były w zdecydowanej większości reakcje pozytywne, chociaż niektórzy rzeczywiście traktują ten tytuł jako pewną prowokację. Jest to zapewne częściowo związane z wystawą „Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy” w Muzeum Gdańska poświęconą Polakom, którzy służyli w Wehrmachcie [o wystawie w DIALOGU nr 152 (2025-2026) pisał Piotr Leszczyński; przyp. red.]. To skojarzenie się więc narzuca. Mój tytuł jest po prostu prawdziwy. Moglibyśmy równie dobrze napisać książkę pod tytułem „Nasi Żydzi” albo „Nasi Ukraińcy, Ormianie, Rusini, Białorusini”&#8230; Przez wieki żyli bowiem w Polsce przedstawiciele wielu religii i narodów, którzy byli naturalną częścią polskiego społeczeństwa. Gdybyśmy cofnęli się o sto lat, pojechali chociażby do wschodniej Polski albo gdzieś pod Łódź i zapytali pierwszego lepszego człowieka, czy w ostatnich dniach miał kontakt z jakimś Żydem, Niemcem czy Rosjaninem, to najprawdopodobniej odpowiedziałby, że „tak, oczywiście, to jest mój sąsiad, robię zakupy u żydowskiego sklepikarza w pobliskim miasteczku, a Niemcy to mieszkają w tej wsi obok”. I pewnie zacząłby wymieniać ich nazwiska, bo ich znał i miał z nimi do czynienia osobiście. Bo to byli w pewnym sensie nasi ludzie. Nasi Żydzi, którzy mieszkali tutaj przed wojną, mieli więcej wspólnego z Polską niż na przykład z powstającym wówczas Izraelem. Także wielu mieszkających tu Niemców nie musiało być polonizowanych, ponieważ więcej mieli wspólnego z Polską niż z Niemcami. Wszyscy oni byli trochę inni, ale to byli nasi ludzie. Po II wojnie światowej przyzwyczailiśmy się do tego, że nasz kraj jest wręcz jednolity narodowościowo, że obywatel Polski to etniczny Polak. Natomiast przez większość historii tak nie było. Obywatel Polski mógł być Żydem, Niemcem, protestantem, prawosławnym, muzułmaninem, Tatarem. Pewnie w Niemczech też mogłaby powstać książka pod tytułem „Nasi Polacy”, bo przecież wielu Polaków mieszkało tam przez stulecia. Więc kiedy się przyjrzeć, to nie prowokowałem. Opisałem rzeczywistość.</p>
<p><strong>We współczesnej Polsce długo nie mówiono o tym, jak po wojnie obchodzono się z własnością zgładzonych Żydów ani co działo się na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. Dopiero niedawno tematy te stały się popularne wśród pisarzy, reporterów i twórców. Skąd nagle ten trend odkrywania, ujawniania, opisywania trudnych tematów? </strong></p>
<p>Powodem jest dojrzałość społeczeństwa i wolność. Politycy mówią przede wszystkim to, co chcą słyszeć ich wyborcy, a żaden wyborca nie lubi słuchać niemiłych historii. Myślę jednak, że narracja powinna być maksymalnie obiektywna i pełna. To nie zawsze się udaje, natomiast powinni to robić historycy i naukowcy. W przypadku relacji polsko-niemieckich narracja musi być równoległa. Wiedza o prześladowaniu Niemców w powojennej Polsce musi iść w parze z wiedzą o zbrodniach Niemców w Polsce w czasie II wojny światowej. A z tym – jak czytam w mediach – różnie bywa. Przede wszystkim wśród młodego pokolenia w Niemczech ta wiedza wcale nie jest taka powszechna. Coś, co dla nas jest oczywistością, jak na przykład to, kto zakładał obozy koncentracyjne w Polsce albo ile ludzi Niemcy zabili w Polsce, ile miast zniszczyli itd. – tego się w Niemczech nie wie.</p>
<p><em>Z Maciejem Falkowskim rozmawiał Arkadiusz Łuba. </em></p>
<p><em>Maciej Falkowski: Nasi Niemcy. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, 392 s., 57,90 PLN. </em></p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/06/15/falkowski-o-naszych-niemcach-po-prostu-opisalem-rzeczywistosc/">Falkowski o „Naszych Niemcach”: &#8222;Po prostu opisałem rzeczywistość&#8221;</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Nagroda im. Karla Dedeciusa 2026: Rozmowa z tłumaczem Olafem Kühlem</title>
		<link>https://dialogonline.net/pl/2026/06/13/nagroda-im-karla-dedeciusa-2026-rozmowa-z-tlumaczem-olafem-kuehlem/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Sabine Stekel]]></dc:creator>
		<pubDate>Sat, 13 Jun 2026 13:47:30 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Elfter Beitrag]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Deutsches Polen-Institut]]></category>
		<category><![CDATA[Nagroda im. Karla Dedeciusa]]></category>
		<category><![CDATA[Olaf Kühl]]></category>
		<category><![CDATA[Szczepan Twardoch]]></category>
		<category><![CDATA[Tłumaczenia z języka polskiego]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://wordpress.p658519.webspaceconfig.de/2026/06/13/nagroda-im-karla-dedeciusa-2026-rozmowa-z-tlumaczem-olafem-kuehlem/</guid>

					<description><![CDATA[<p>Olafie, otrzymałeś w tym roku Nagrodę Karla Dedeciusa dla tłumaczy. Jakie znaczenie ma dla ciebie ta nagroda?  Nagroda Dedeciusa jest dla mnie niezwykle ważna, tym bardziej że to już drugie wyróżnienie noszące imię Karla Dedeciusa. Jej znaczenie wynika z podziwu, jaki żywię dla tego charyzmatycznego człowieka i wybitnego tłumacza. W 1984 roku Dedecius zaprosił czterech [&#8230;]</p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/06/13/nagroda-im-karla-dedeciusa-2026-rozmowa-z-tlumaczem-olafem-kuehlem/">Nagroda im. Karla Dedeciusa 2026: Rozmowa z tłumaczem Olafem Kühlem</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Olafie, otrzymałeś w tym roku Nagrodę Karla Dedeciusa dla tłumaczy. Jakie znaczenie ma dla ciebie ta nagroda? </strong></p>
<p>Nagroda Dedeciusa jest dla mnie niezwykle ważna, tym bardziej że to już drugie wyróżnienie noszące imię Karla Dedeciusa. Jej znaczenie wynika z podziwu, jaki żywię dla tego charyzmatycznego człowieka i wybitnego tłumacza. W 1984 roku Dedecius zaprosił czterech lub pięciu młodych tłumaczy do Darmstadt, aby ich poznać i omówić plany dotyczące Biblioteki Polskiej. Jednym z nich byłem ja. Od tego czasu aż do jego śmierci pozostawaliśmy w stałym kontakcie.</p>
<p><strong>Język, którym posługuje się Szczepan Twardoch w „Null”, sprawia trudności nawet niektórym polskim czytelnikom. Twardoch używa żargonu wojskowego, ukraińskich i rosyjskich wtrąceń. Jak sobie z tym poradziłeś? </strong></p>
<p>Twardoch już w książce „Pokora” opisał sceny z I wojny światowej tak autentycznie, że porównywano go do Ernsta Jüngera i Ericha Marii Remarque’a. Znałem ten żargon od innych autorów. Przetłumaczyłem cztery książki Rosjanina Arkadija Babczenki, który walczył w obu wojnach czeczeńskich. Na początku musiałem zebrać dużo informacji, ale od tamtej pory język wojskowy jest mi bliski. Jeśli chodzi o wschodniosłowiańskie wtrącenia, Twardoch życzył sobie zachowania możliwie wielu z nich. W języku niemieckim jest to oczywiście trudniejsze niż w spokrewnionym języku polskim. Mimo to pozostawiłem niektóre typowe przekleństwa w oryginale, licząc na to, że niemieccy czytelnicy przyzwyczają się do nich w trakcie lektury. Ze względu na ochronę małoletnich nie będę ich tutaj wymieniać. Jestem dumny z mojego pomysłu przetłumaczenie słowa „Pidarasy”: „Päderussen” (po polsku <em>pidary</em>). Zmieniłem tylko samogłoski, zachowując szkielet spółgłoskowy i znaczenie.</p>
<p><strong>Regularnie tłumaczysz Twardocha na język niemiecki. Jak oceniasz książkę „Null” jako czytelnik? </strong></p>
<p>Obserwowałem „Null” już w fazie powstawania i od razu zobaczyłem, jaką wielką książką może się stać. Jej znaczenie wynika z autentyczności wydarzeń, których Twardoch doświadczył na froncie i w rozmowach z ukraińskimi żołnierzami, połączonej z genialnym ujęciem losów mężczyzn i kobiet walczących za Ukrainę. Wojna dronowa jest okrutna, ale nieefektowna. Ekscytujące są historia i życie wewnętrzne żołnierzy oraz realia wewnątrz ukraińskiej armii. Prawdopodobnie to właśnie skłoniło reżysera Fatiha Akina, by podjąć próbę ekranizacji tej książki.</p>
<p><strong>Tłumaczenie powinno oddawać nastrój oryginału i wywoływać porównywalne wrażenie na czytelniczkach i czytelnikach. Jak radzisz sobie z tym wyzwaniem? Książki, które tłumaczysz, należą do najbardziej wymagających językowo dzieł. </strong></p>
<p>Wpływ na czytelników jest już z założenia inny, bo obie grupy należą do różnych kultur z ich literacką i językową przeszłością. Moją ambicją jest, by polskie dzieło zostało wszczepione do niemieckiego kanonu literackiego i tam oddziaływało. Udane tłumaczenie działa jak implant. Jeśli zostanie przyjęte przez organizm kultury docelowej, rozwija swoje oddziaływanie. Tłumaczenie jest dla mnie fascynujące tam, gdzie wymaga własnej kreatywności. Najlepszym przykładem jest Dorota Masłowska, której książek nie można w ogóle przetłumaczyć. Wiele elementów trzeba wynaleźć na nowo – dowcip językowy, ironię. Co nieco ginie w przekładzie, co innego zostaje stworzone na nowo. Często testuję przy tym swoje granice, ale zawsze konsultuję się z autorką i niekiedy proszę ją o autoryzację.</p>
<p><strong>Czy tłumaczki i tłumacze są dla ciebie także dyplomatami, a nie tylko pośrednikami językowymi? Czy kompetencja kulturowa jest tak samo ważna jak czysta praca tłumaczeniowa? </strong></p>
<p>„Czysta praca tłumaczeniowa” nie istnieje. Sztuka teatralna Masłowskiej „Między nami dobrze jest” została teraz wystawiona w chińskim przekładzie w Szanghaju. To cud, że to działa, bo przecież oryginał jest głęboko zakorzeniony w polskich traumach wojennych i historii kilku pokoleń. Odbierając tę sztukę, Chińczycy po pierwsze dowiadują się czegoś o Polsce, po drugie poszerzają swój horyzont i niepostrzeżenie sami się zmieniają.</p>
<p><strong>Jak dokonujesz wyboru książek, które tłumaczysz? Jak wygląda twoja współpraca z autorkami i autorami? Jakie nowe projekty tłumaczeniowe planujesz? </strong></p>
<p>Staram się ograniczać tłumaczenie i pisać więcej własnych rzeczy. Kilkoro autorek i autorów jest mi tak bliskich, że nie mogę i nie chcę odmawiać tłumaczenia ich książek. Należą do nich Dorota Masłowska i Szczepan Twardoch, chociaż oboje są tak różni. Po „Null” przetłumaczyłem książkę Twardocha „Powiedzmy, że Piontek”, która ukazuje się w czerwcu. Aktualnie pracuję nad tłumaczeniem z języka rosyjskiego 700-stronicowej powieści Kiry Jarmysz, rzeczniczki prasowej Julii Nawalnej. Tu znowu odgrywa rolę fakt, że intensywnie zajmuję się tematem Rosji. Tłumaczenie literackie nadaje moim dniom strukturę. Odkryłem, że nie wykorzystuję lepiej wolnego czasu, jeśli całkowicie rezygnuję z tłumaczenia, lecz po prostu staję się leniwy.</p>
<p><strong>Sztuczna inteligencja jest coraz szerzej wykorzystywana do tłumaczeń. Czy widzisz w tym bardziej zagrożenie czy użyteczne narzędzie? Jaką różnicę dostrzegasz między emocjonalną inteligencją człowieka a generatywną AI w tłumaczeniach literackich? </strong></p>
<p>Człowiek ma skłonność do przeceniania siebie i swojej inteligencji. AI jest dla wielu narcystycznym urazem. Jestem pewien, że 90 procent literatury można już dziś bez trudu przetłumaczyć za pomocą AI. Prowadząc zajęcia jako docent na Berlińskim Uniwersytecie Technicznym, kazałem przetłumaczyć programowi tłumaczeniowemu rozdział z „1984” George’a Orwella na niemiecki i przedłożyłem to tłumaczenie moim studentom obok ośmiu nowych przekładów wykonanych przez ludzi. Nie byli w stanie stwierdzić, które jest tym jednym nie-ludzkim. AI nie tylko osiągnie ludzką inteligencję, ale niedługo ją przewyższy. To dla mnie jedna z niewielu pocieszających perspektyw w epoce, w której ludzie przez wojny ponownie udowadniają, że nadal są tymi samymi żądnymi krwi, prymitywnymi, sterowanymi emocjami neandertalczykami, co na samym początku swojej historii. <strong> </strong></p>
<p><em>Z Olafem Kühlem rozmawiała Sabine Stekel. </em><strong> </strong></p>
<p><em>Olaf Kühl jest pisarzem i tłumaczem literackim (Dorota Masłowska, Szczepan Twardoch, Witold Gombrowicz i in.). W 2005 r. został nagrodzony Nagrodą Karla Dedeciusa Fundacji Roberta Boscha za całość twórczości i zasługi jako pośrednik między literaturą niemiecką a polską.  W 2026 roku Olaf Kühl otrzymał Nagrodę im. Karla Dedeciusa Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich za tłumaczenie powieści Szczepana Twardocha „Null”.</em></p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/06/13/nagroda-im-karla-dedeciusa-2026-rozmowa-z-tlumaczem-olafem-kuehlem/">Nagroda im. Karla Dedeciusa 2026: Rozmowa z tłumaczem Olafem Kühlem</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Tłumaczka Eliza Borg: Nie zaprzyjaźnię się z AI</title>
		<link>https://dialogonline.net/pl/2026/06/13/tlumaczka-eliza-borg-nie-zaprzyjaznie-sie-z-ai/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Natalia Prüfer]]></dc:creator>
		<pubDate>Sat, 13 Jun 2026 12:24:17 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Fünfter Beitrag]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Dedecius-Preis]]></category>
		<category><![CDATA[Tłumaczenia z niemieckiego]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://wordpress.p658519.webspaceconfig.de/2026/06/13/tlumaczka-eliza-borg-nie-zaprzyjaznie-sie-z-ai/</guid>

					<description><![CDATA[<p>Jakie to uczucie otrzymać Nagrodę im. Karla Dedeciusa już po raz drugi? To przecież bardzo prestiżowe wyróżnienie dla tłumaczy literatury polskiej na niemiecki i niemieckojęzycznej na polski.  Byłam zaskoczona, czułam oczywiście radość i trochę stresu, bo trzeba przecież powiedzieć coś mądrego na ceremonii wręczenia&#8230; Poprzednią nagrodę otrzymała Pani w 2017 roku za całokształt pracy translatorskiej. [&#8230;]</p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/06/13/tlumaczka-eliza-borg-nie-zaprzyjaznie-sie-z-ai/">Tłumaczka Eliza Borg: Nie zaprzyjaźnię się z AI</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Jakie to uczucie otrzymać Nagrodę im. Karla Dedeciusa już po raz drugi? To przecież bardzo prestiżowe wyróżnienie dla tłumaczy literatury polskiej na niemiecki i niemieckojęzycznej na polski. </strong></p>
<p>Byłam zaskoczona, czułam oczywiście radość i trochę stresu, bo trzeba przecież powiedzieć coś mądrego na ceremonii wręczenia&#8230;</p>
<p><strong>Poprzednią nagrodę otrzymała Pani w 2017 roku za całokształt pracy translatorskiej. Tegoroczne wyróżnienie przyznano za tłumaczenie „Kairosa” autorstwa Jenny Erpenbeck. Co, Pani zdaniem, skłoniło jurorów do nagrodzenia akurat tego przekładu? </strong></p>
<p>O to trzeba by zapytać jurorów. Zastanawiałam się nad tym, ale nie znam do końca odpowiedzi prócz tej, że książka jest dobra. W Polsce spotkała się z bardzo pozytywnymi reakcjami. Wyniki sprzedaży były dobre. Nie łączyłam tego jednak z możliwością otrzymania nagrody. Czytałam shortlistę książek nominowanych do Nagrody im. Karla Dedeciusa i ucieszyło mnie na przykład, że znalazło się na niej tłumaczenie na język niemiecki „Ten się śmieje, kto ma zęby” Zyty Rudzkiej oraz nominacja Małgorzaty Gralińskiej za tłumaczenie „Niegdysiejszych śniegów” Gregora von Rezzoriego.</p>
<p><strong>A widziała Pani w internecie krótki filmik, w którym Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy, namawiał do lektury „Kairosa” w Pani przekładzie? </strong></p>
<p>Naprawdę? Nie, nie widziałam. Mało śledzę to, co się pisze i mówi o moich przekładach, boję się przeczytać na przykład coś nieprzychylnego.</p>
<p><strong>„Kairos” był w zeszłym roku bardzo obecny w polskich mediach. Teraz, po przyznaniu Pani nagrody, na pewno jeszcze więcej osób sięgnie po tę książkę. Co ciekawego odnajdzie w niej polski czytelnik czy czytelniczka? </strong></p>
<p>Jest to pierwsza książka Jenny Erpenbeck o miłości. Gdy rozmawiałam z autorką jakieś trzy, cztery lata temu, pracując nad przekładem „Iść, szedł, poszedł”, to na pożegnanie oznajmiła mi z radością, jakby było to dla niej bardzo ważne: „a wiesz, że piszę książkę o miłości?!”. Dopiero potem okazało się, jak bogata w wydarzenia i emocje jest ta powieść. Miłość w „Kairosie” zmienia się od zauroczenia totalnego, miłości od pierwszego wejrzenia, poprzez uczucie destrukcyjne, przemocowe, a kończy się zniszczeniem związku. Obok historii miłosnej mamy jeszcze inny bardzo ważny wątek – upadek NRD. Nie jestem obiektywna, ponieważ uważam autorkę za niezwykle oryginalną. Zachwycam się wszystkim, co napisze. Ma swój rozpoznawalny styl, nie da się jej pomylić z nikim innym.</p>
<p><strong>Jak scharakteryzowałaby Pani jej literaturę? </strong></p>
<p>Jest wymagająca – zarówno dla czytelnika, jak i dla tłumacza. To są książki, które trzeba przeczytać kilka razy, wgłębić się w szczegóły, nieoczywistości. Erpenbeck należy czytać ze zrozumieniem i skupieniem. To książki erudycyjne. Autorka wywodzi się z bardzo intelektualnej rodziny, w jej dziełach aż roi się od cytatów i odniesień do kultury, literatury, muzyki, opery. Korzysta ze swojej wiedzy i doświadczeń, pracowała też jako reżyserka teatralna.  To wszystko przenosi do swojej literatury. Nie po to, by tym epatować, ale by powiązać z tym, o czym akurat pisze.</p>
<p><strong>Jak się pracowało nad przekładem „Kairosa”? </strong></p>
<p>Znałam już styl pisarki, a ten w „Kairosie” nie różnił się za bardzo od poprzednich książek. Musiałam jednak zdecydowanie więcej szukać, na przykład odniesień literackich czy muzycznych cytatów, co było bardziej pracochłonne. W tej najnowszej książce mało jest dialogów – są one włączone do fragmentów opisowych. Wiele też dzieje się w głowach bohaterów.</p>
<p><strong>Przetłumaczyła już Pani wiele książek Jenny Erpenbeck, znacie się osobiście i wyczuwa Pani jej styl. Czy to pomaga w przekładzie kolejnych książek? </strong></p>
<p>Tak, mam nadzieję, że tak właśnie jest.</p>
<p><strong>Czy przy przekładzie „Kairosa” musiała Pani kontaktować się z pisarką? </strong></p>
<p>Nie. Czytałam „Kairosa” zaraz po tym, jak ukazał się w Niemczech, więc znałam tę książkę i wiedziałam, o co w niej chodzi. Po podpisaniu umowy z wydawnictwem otrzymałam od autorki tekst tłumaczący pewne zagadnienia, mogące być dla tłumaczy trudne. Erpenbeck pomaga w ten sposób swoim tłumaczom przy każdej książce. Uprzedza pewne pytania i problemy, które mogą się pojawić, przesyła pytania i odpowiedzi od innych tłumaczy. Pracując nad „Kairosem”, przeczytałam bardzo wiele wywiadów z autorką. To pisarka, która potrafi świetnie siebie samą intepretować, uzupełniać komentarzami. To mi bardzo pomogło.</p>
<p><strong>Taką pisarką, która czerpie z cytatów kultury, historii i literatury jest również Olga Tokarczuk. Niedawno przyznała się, że korzysta ze sztucznej inteligencji, czym wywołała prawdziwą burzę w polskich mediach. A ja się zastanawiam, jak to jest z pracą tłumaczy literackich? Jaki jest pani stosunek do sztucznej inteligencji? </strong></p>
<p>Niechętny. Nie zaprzyjaźnię się ze sztuczną inteligencją. Korzystam z informacji, które znajdę w internecie, ale nie czuję takiej potrzeby, by korzystać z niej więcej. Jestem reliktem poprzedniej epoki. Wrócę jednak do Olgi Tokarczuk. Uważam, że to, co wydarzyło się w mediach, jest wielką nadinterpretacją tego, co noblistka miała na myśli. Nie chodzi przecież o to, że sztuczna inteligencja miała napisać za nią książkę, to jakiś absurd.</p>
<p><strong>A czy boi się Pani, że sztuczna inteligencja może zastąpić tłumaczy literackich? </strong></p>
<p>Tak. To, co da się pomyśleć, da się również zrealizować, postęp techniczny jest wielki. To byłby jednak dramat. Powołanie do tłumaczenia książek i ten zawód będą wówczas zbędne. Czarno to widzę.</p>
<p><strong>Myślę, że Pani nie grozi jednak brak książek do tłumaczenia. Nad czym Pani teraz pracuje? </strong></p>
<p>Przetłumaczyłam jedną małą książeczkę do komputerowej szufladki i spróbuję teraz z nią coś zrobić. Jej autorką jest Elke Heidenreich. To opowieść o uroczej śwince o imieniu Erika, ale nie jest to książka dla dzieci. Dzięki tej śwince zawsze dzieje się coś dobrego, ona jest takim promykiem światła. Będę szukać wydawcy w Polsce, może teraz uda się wydać tę książkę.</p>
<p><strong>Życzę Pani tego z całego serca i mam nadzieję, że Nagroda Dedeciusa w tym pomoże. </strong></p>
<p>Dziękuję.</p>
<p><em>Z Elizą Borg rozmawiała Natalia Prüfer. </em></p>
<p><em>Eliza Borg kończyła studia germanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie wykładała do 2007 roku w Instytucie Germanistyki. Przekładami literatury zajmuje się od końca lat 80. Za tłumaczenie powieści Jenny Erpenbeck „Kairos” została uhonorowana Nagrodą im. Karla Dedeciusa 2026 za najlepszy przekład z języka niemieckiego na język polski. </em></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/06/13/tlumaczka-eliza-borg-nie-zaprzyjaznie-sie-z-ai/">Tłumaczka Eliza Borg: Nie zaprzyjaźnię się z AI</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Anna Wolff-Powęska: „Miłość jest silniejsza niż nienawiść”</title>
		<link>https://dialogonline.net/pl/2026/06/05/anna-wolff-poweska-milosc-jest-silniejsza-niz-nienawisc/</link>
					<comments>https://dialogonline.net/pl/2026/06/05/anna-wolff-poweska-milosc-jest-silniejsza-niz-nienawisc/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Anna Mateja]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 05 Jun 2026 08:24:16 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Holokaust]]></category>
		<category><![CDATA[miłość]]></category>
		<category><![CDATA[polsko-niemiecki]]></category>
		<category><![CDATA[Żydzi]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://wordpress.p658519.webspaceconfig.de/2026/06/05/anna-wolff-poweska-milosc-jest-silniejsza-niz-nienawisc/</guid>

					<description><![CDATA[<p>Czy Pani Profesor już wie? Skąd jestem? I tak, i nie. Rozpocznijmy od tego, co Pani wie. Moja córka Monika, która przekonywała mnie, że powinnam spróbować dowiedzieć się czegoś o sobie, z okazji Dnia Matki zrobiła mi prezent: pobrała wymaz z moich policzków i wysłała go do Hamburga. Do instytutu, który przeprowadza badania genetyczne dla [&#8230;]</p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/06/05/anna-wolff-poweska-milosc-jest-silniejsza-niz-nienawisc/">Anna Wolff-Powęska: „Miłość jest silniejsza niż nienawiść”</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Czy Pani Profesor już wie?</strong></p>
<p>Skąd jestem? I tak, i nie.</p>
<p><strong>Rozpocznijmy od tego, co Pani wie.</strong></p>
<p>Moja córka Monika, która przekonywała mnie, że powinnam spróbować dowiedzieć się czegoś o sobie, z okazji Dnia Matki zrobiła mi prezent: pobrała wymaz z moich policzków i wysłała go do Hamburga. Do instytutu, który przeprowadza badania genetyczne dla ustalenia pochodzenia. Otrzymałam wynik: 98 proc. genów żydowskich, 2 proc. bałkańskich.</p>
<p><strong>Niemcy mają pewne tradycje w ustalaniu pochodzenia&#8230;</strong></p>
<p>Paradoks, prawda? A co do moich korzeni, najpewniej żydowskich: czułam to. Całe życie byłam wrażliwa na kulturę żydowską. Sporo o niej czytałam, napisałam książkę „A bliźniego swego&#8230; Kościoły w Niemczech wobec ‘problemu żydowskiego’”. Była pani w Tykocinie? Nie mogłam się napatrzyć na ten dawny sztetl. Na synagogę i Mały Rynek, który był centrum żydowskiej części miasta. Na macewy zanurzone w krzakach porastających cmentarz. Na bocznej ścianie jednego z ocalałych domów wypatrzyłam gwiazdę Dawida. Niedawno dopiero poznałam wiersz Wisławy Szymborskiej „Jeszcze”, opublikowany w tomiku z 1957 roku. Ten, który zaczyna się od słów: „W zaplombowanych wagonach/ jadą krajem imiona&#8230;”. Bardzo mnie poruszył.</p>
<p><strong>Jeżeli wynik hamburskich badań jest prawdziwy, prawdopodobnie jest Pani żydowskim dzieckiem wyniesionym z warszawskiego getta. Przejdźmy teraz do tego, czego Pani wciąż nie wie.</strong></p>
<p>Kim byli moi biologiczni rodzice? Gdzie mam szukać ich prochów? W Auschwitz? W Treblince? Najpewniej mam krewnych, choćby dalekich, ale jak ich odnaleźć? Chciałabym wiedzieć, kim byłam, nim znalazłam się jesienią 1943 roku w jednym z krakowskich domów dziecka, gdzie mnie przywieziono w transporcie dzieci z sierocińca na Żoliborzu w Warszawie.</p>
<p><strong>Pani wiek oszacowano na dwa lata. Do metryki wpisano wymyśloną datę urodzenia: 28 października 1941 roku – dzień imienin Pani adopcyjnego taty Tadeusza Wolffa, syna Austriaka, który czuł się Polakiem, więc po wybuchu wojny nie skorzystał z możliwości zmiany obywatelstwa.</strong></p>
<p>Dziadka widziałam tylko raz: w 1945 roku, kiedy rodzice, wracając do Wągrowca w dawnym Kraju Warty, skąd zostali wysiedleni w pierwszych tygodniach okupacji, zatrzymali się w Trzemesznie. Jego żona, a moja babcia, już nie żyła. Zmarła podczas powstania warszawskiego. Dlaczego wyjechała do Warszawy i nie mieszkała razem z mężem – nie wiem. Ich najmłodszego syna Niemcy rozstrzelali w 1939 roku. Drugi zmarł w gnieźnieńskim szpitalu pod koniec wojny. Podobno dlatego, że nie otrzymał leku, którego było niewiele i lekarz zdecydował, że w takiej sytuacji pierwszeństwo w jego otrzymaniu ma Niemiec. Dziadek miał sklep. Wiele lat po wojnie mama przyznała, że nie lubiła tam chodzić, bo za wszystko musiała płacić, jak każdy inny klient, nawet za cukierki dla mnie. Domyślam się więc, że dziadek miał głowę do interesów i był raczej sknerą.</p>
<p><strong>Skąd wziął się Tarnopol – miasto na południowo-wschodnich rubieżach II Rzeczypospolitej, które we wrześniu 1939 roku zajęły jednostki Armii Czerwonej? Dlaczego tam właśnie miała Pani się urodzić?</strong></p>
<p>Bo było daleko i za granicą, więc trudno byłoby sprawdzić, czy faktycznie moi rodzice byli tam podczas wojny. Zapytałam mamę, jak się tam znaleźli. Usłyszałam, że tato miał pracować w firmie transportowej i Niemcy wysłali go do pracy właśnie tam. Na tereny dopiero co zabrane Związkowi Radzieckiemu, z którym wojna rozpoczęła się w czerwcu 1941 roku, czyli cztery miesiące przed moim przyjściem na świat? I mama, już w ciąży, miałaby podążyć za ojcem na przyfrontowe rubieże, by mnie tam urodzić? Miałam takie wątpliwości, ale zastanawiałam się nad nimi sama.</p>
<p>Innym razem zapytałam, gdzie mama mnie urodziła: w domu czy w szpitalu? „W domu” – odpowiedziała. Ale jakiś czas później wyznała: „w szpitalu”. Zapamiętałam tę sprzeczność, a mama nie połapała się, że albo za pierwszym, albo za drugim razem nie mówiła prawdy. Żeby kłamać, trzeba mieć dobrą pamięć, mamę pamięć ewidentnie zawodziła.</p>
<p><strong>Dlaczego nie zapytała Pani o tę sprzeczność wprost?</strong></p>
<p>A dlaczego miałam stawiać mamę w niekomfortowej sytuacji? Moje pokolenie nie zadawało rodzicom pytań, które uznano by za niewłaściwe, bo na przykład były zbyt dociekliwe i zmuszały do tłumaczenia się przed dziećmi. Tak właśnie działo się w Niemczech, gdzie dopiero wnuki zaczęły pytać dziadków o to, co robili podczas wojny. Dzieci nie pytały. Albo uważały, że nie ma o co, bo ich to nie interesowało. Albo nie miały śmiałości pytać o sprawy, które zmuszałyby rodziców do opowiadania o trudnych sprawach.</p>
<p>Kolejny paradoks: moje adopcyjne podejrzenia pomógł ostatecznie wykrystalizować pewien Niemiec – Eberhard Schulz, slawista, którego znałam od lat. Zakochałam się w nim, z wzajemnością zresztą, a że oboje byliśmy owdowiali, chcieliśmy się pobrać. Miałam 55 lat, kiedy w 1996 roku zaczęłam kompletować dokumenty potrzebne do zawarcia ślubu i w tym celu pojechałam do Wągrowca, gdzie się wychowałam. Tato już nie żył, zmarł w 1973 roku. Zapytałam więc mamę, dlaczego nie mogę znaleźć w domu mojego aktu urodzenia? Mama obiecała zająć się tym i faktycznie po jakimś czasie wręczyła mi potrzebny papier. Wtedy miałam już poważne wątpliwości co do swojego pochodzenia. Jak echo wróciła też do mnie sytuacja sprzed lat, gdy ciocia, którą czymś jako dziewczynka zdenerwowałam, rzuciła w gniewie: „ty bękarcie!”. Zapamiętałam to słowo i moje zastanawianie się nad powodami, dla których ciocia tak mnie określiła. Jakiś czas temu w pewnym piśmie prawicowym przeczytałam określenie: „bękarty z TVN-u”.</p>
<p><strong>Ja z kolei przeczytałam w Pani tekstach, że „wojny zaczynają się od słów”. Od „bękartów” mogłaby się rozpętać walka?</strong></p>
<p>Jak najbardziej. Od „zdradzieckich mord” również. Przeraża mnie, że mimo tej nienawiści, poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości w każdym badaniu utrzymuje się na poziomie mniej więcej 30 proc. Wedle najgorliwszych zwolenników, ich partia może zrobić i powiedzieć wszystko, a i tak będą ufali jej działaczom. Mam osoby w rodzinie, które opowiadają mi, że premier Donald Tusk wyprzedaje Polskę Niemcom i jeździ do Berlina po instrukcje, jak pisać polską historię. Pytam, skąd to wiedzą? Ze swoich, czyli prawicowych mediów: stacji telewizyjnych, pism i portali. O źródłach informacji, które im sugeruję, by sięgnęli po nie dla wyrobienia własnego zdania, nie chcą nawet słyszeć. Przyznaję, że nie polemizuję z nimi. Po prostu rozmawiamy o czym innym. Nie chcę, żeby polityka poróżniła nas gruntownie i doprowadziła do zerwania kontaktów. Całe życie tęskniłam przecież za liczną rodziną, bo tato w obawie, że jego krewni powiedzą mi o moim pochodzeniu, nie kontaktował się z nimi.</p>
<p><strong>W takim razie wracajmy do Niemca, którego żoną została kobieta w wieku dwóch lat mówiąca jedynie: „boję Niemca”</strong><strong>.</strong></p>
<p>Kiedy wychodziłam za mąż za Eberharda, jeszcze tego nie wiedziałam. Nigdy nie podzieliłam się z rodzicami wątpliwościami odnośnie swojego pochodzenia, wiedząc, że zrani ich mój brak zaufania. Prawdopodobnie nie potrafiliby mi o tym opowiedzieć, więc skłamaliby, raniąc się kolejny raz. Tym razem świadomością, że nie powiedzieli mi prawdy. Moi adopcyjni rodzice dali mi cudowne dzieciństwo. Byłam chcianym i kochanym dzieckiem, któremu wiedza o pochodzeniu nie była do niczego potrzebna. Do tematu wróciłam po śmierci mamy, która odeszła trzy lata po moim ślubie, w 1999 roku. Zdawałam sobie sprawę, że jeśli istnieją jeszcze jakieś tropy, to w Krakowie, gdzie rodzice przeżyli okupację. Wciąż żyła tam siostra mamy, moja matka chrzestna, która mieszkała wówczas z nimi.</p>
<p>Nie było łatwo. Opowiadałam jej o swoich przypuszczeniach. Zwracałam uwagę na moją urodę, którą wyraźnie różniłam się od innych krewnych. Ciocia machnęła tylko ręką. „Jesteś nasza” – skwitowała. Nie ustępowałam. Dobiegała dziewięćdziesiątki. Zdawałam sobie sprawę, że jeśli ona odejdzie, już nie będę miała kogo pytać. Przekonało ją moje dość stanowcze stwierdzenie: „mam prawo wiedzieć”. Wtedy dowiedziałam się, że mama po przesiedleniu z Wągrowca do Krakowa przeszła operację, w wyniku której stała się bezpłodna (prawdopodobnie była to jedna z komplikacji po perforacji wyrostka robaczkowego). Gdy już doszła do siebie, zdesperowana wysłała męża do najbliższego domu dziecka. Tato poszedł po dziewczynkę, bo chcieli mieć córeczkę. Na miejscu dowiedział się jednak, że dzieci do adopcji nie ma, ale za tydzień ma być transport dzieci z Warszawy.</p>
<p><strong>W tym transporcie była na oko dwuletnia dziewczynka, o której wiedziano, że&#8230;</strong></p>
<p>Nic nie wiedziano. Byłam N.N. Rodzice dali mi imiona Anna Teresa. Do archiwum w Krakowie, gdzie znajomy historyk poradził mi poszukać ewentualnych informacji o dzieciach adoptowanych podczas wojny, poszłam z Eberhardem. I to on właśnie, przeglądając dokumenty Polskiego Komitetu Opiekuńczego Kraków-miasto (oddziału Rady Głównej Opiekuńczej, czyli jedynej zalegalizowanej przez Niemców polskiej organizacji charytatywnej), znalazł nazwisko Wolffów na liście rodzin, którym oddano dzieci do adopcji. Informacja o mnie, ale sporządzona dopiero w 1945 roku, przed powrotem rodziców ze mną do Wągrowca, brzmiała: „N.N. Anna Teresa, lat 4, z internatu na Żoliborzu, prawdopodobnie sierota. U państwa Wolffów, Kraszewskiego 6/8. Dziecko bardzo trudne”.</p>
<p><strong>Ulica Kraszewskiego znajduje się na Półwsiu Zwierzynieckim, w zachodniej części miasta, łączy plac Na Stawach z Błoniami.</strong></p>
<p>Niczego nie pamiętam z tamtego czasu, a rodzice unikali tematów związanych z przeszłością, zwłaszcza opowieści o okupacji spędzonej w Krakowie. Za całą historię musi mi wystarczyć kilka migawek opowiedzianych przez ciocię. W jednej chwytam za rękę mężczyznę, którego widzę po raz pierwszy w życiu. To mój tato. Wszedł do sali i rozglądał się za dziewczynką, która miała zostać córką jego i jego żony. Wychodzi więc na to, że rodzinę wybrałam sobie sama, a czas pokazał, że nie mogłam trafić lepiej! Od syna mojej chrzestnej dowiedziałam się, dlaczego uznano mnie za „dziecko bardzo trudne”. Otóż, kiedy chwyciłam mojego tatę za rękę, miałam już za sobą jedną adopcję – nieudaną. Wzięły mnie na wychowanie dwie panie, jednak po kilku dniach przyprowadziły z powrotem. Widać byłam nieznośna. Na szczęście!</p>
<p>W innej migawce boję się krzyków, dużych sal i cały czas mówię: „boję Niemca”. W kolejnej robią mi zdjęcie na Plantach w drodze do kościoła św. Mikołaja, gdzie mnie ochrzczono.</p>
<p><strong>Ciekawa świątynia. W 1910 roku wziął tam ślub Feliks Dzierżyński, natomiast od 2016 znajdują się w nim doczesne szczątki bł. Hanny Chrzanowskiej, pielęgniarki. Podczas wojny, jako pracownica RGO, zajmowała się m.in. szukaniem domu dla sierot, także dla ukrywanych dzieci żydowskich. Całkiem możliwe, że sprawa dziewczynki N.N., przywiezionej z Warszawy, przechodziła przez jej ręce.</strong></p>
<p>Parę lat temu zwiedzałam z Tomkiem Dostatnim, dominikaninem, ośrodek Brama Grodzka w Lublinie, który m.in. zajmuje się gromadzeniem świadectw żydowskiej historii miasta. Do dzisiaj pamiętam szok, gdy zobaczyłam szyld „Teatr NN”, który również ma w ośrodku siedzibę. „Przecież to ja jestem NN” – pomyślałam od razu, trochę bez związku, przypominając sobie wpis na mój temat znaleziony w krakowskim archiwum.</p>
<p>Sąsiedzi, już po naszym powrocie do Wielkopolski, nie mieli podstaw do snucia podejrzeń, bo nie widzieli się z moimi rodzicami od momentu wysiedlenia w 1939 roku. Rodzina wiedziała, ale nie powiedziała. W tej błogości żyłam. Dziwiła mnie emocjonalność mojej matki. Wychodziłam popływać (w pobliżu Wągrowca są jeziora, przepływa rzeka Wełna), mama stała na progu domu, dopóki nie zniknęłam na horyzoncie, i płakała. Grałam w piłkę ręczną i sporo jeździłam na obozy sportowe. Przy każdym wyjeździe te same ceregiele: mama trzymała mnie za ręce i płakała, jakby bała się, że nie wrócę. Byłam już studentką historii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a ona, gdy jechałyśmy razem pociągiem, trzymała mnie za rękę. Dzięki tej czułości wyrosłam na świadomą swojej wartości osobę. Wtedy jednak niepokoiło mnie to, bo inni rodzice, choć kochali swoje dzieci, zapewniali im więcej przestrzeni.</p>
<p><strong>Ustawiała nad Panią klosz swojej troski i miłości, który miał zatrzymać albo chociaż ochronić jej dziecko przed złym słowem?</strong></p>
<p>Chyba o to właśnie jej chodziło, ale budziło moje podejrzenia, zwłaszcza kiedy pojawiały się we mnie wątpliwości, czy na pewno jestem z Wolffów. Szybko zresztą porzucane, bo poza tym, że miałam wspaniałych rodziców, dorastałam w małej społeczności, gdzie ludzie się znali i wspierali. Do zawartych tam przyjaźni wracałam całe życie. W tym sensie „mała ojczyzna” sowicie mnie wyposażyła: dzięki niej nigdy nie czułam się wyobcowana w tej „dużej”. Wiedziałam, gdzie znajduje się to miejsce na ziemi, które mnie ukształtowało i przygotowało do dorosłego życia.</p>
<p>Jako dziecko miałam w ogóle wrażenie, że jestem uprzywilejowana. Moi rodzice dwa razy stracili wszystko. Najpierw Niemcy ich wysiedlili i zabrali im kawiarnię, którą prowadzili przed wojną. W 1945 roku wróciliśmy do pustych ścian w Wągrowcu, ale mama i tato szybko otworzyli sklep cukierniczy. Sprzedawali nawet lody własnej produkcji, aż polegli w starciu z własnym państwem, które rozpoczęło walkę z prywatną inicjatywą. Zostaliśmy w jednym pokoju i przechodniej kuchni. Rodzice poszli na państwowe posady. Mama została sklepową, więc od rana do nocy nie było jej w domu. A ja i tak uważałam, że mam więcej niż inni, więc zainspirowana akcją „niewidzialna ręka”, opisaną w książce Arkadija Gajdara „Timur i jego drużyna”, co tydzień wynosiłam po kryjomu upieczone przez mamę ciasto i zanosiłam do koleżanki, która miała kilkoro rodzeństwa. Naturalnie wszyscy wiedzieli, kto to robi, ale mimo to lojalnie dochowywali tajemnicy.</p>
<p>Pamiętam do dzisiaj wszystkich sklepikarzy i rzemieślników z mojego miasteczka: ich nazwiska, lokalizacje. I jednego jedynego Żyda, który po wojnie zdecydował się wrócić do Wągrowca. Nazywał się Krohn albo Kohn i prowadził zakład jubilerski. Wyemigrował w 1968 roku, a kilka lat później zlikwidowano pozostały po Żydach cmentarz, wrzucając macewy do lokalnego jeziora. Dopiero w ostatnim czasie niektóre z nich udało się wydobyć. Uratowane stworzyły lapidarium w miejscowym parku.</p>
<p><strong>Pozostali jacyś Niemcy?</strong></p>
<p>Ani jednego. Eberharda zaprosiło kiedyś dziecko moich znajomych do swojego przedszkola, żeby jego koleżanki i koledzy mogli zobaczyć prawdziwego Niemca&#8230; Sama, niestety, nie miałam takiej możliwości. Chodziłam do przedszkola prowadzonego przez szarytki i obgryzałam paznokcie, dlatego czasami musiałam stać w kącie z dużą kością.</p>
<p><strong>Po co?!</strong></p>
<p>Żeby obgryzać ją zamiast paznokci.</p>
<p><strong>Czy ta kość, a właściwie napiętnowanie z nią związane, wpłynęło na Pani życie religijne?</strong></p>
<p>Wątpliwości duchowo-religijne przeżywałam, od kiedy zaczęłam dorastać, ale mimo to praktykowałam. Mój niemiecki mąż, który zawsze i we wszystkim mi towarzyszył, bywał ze mną także w kościele, choć wyrósł w rodzinie obojętnej religijnie. Pewnego dnia zapytał: „czemu tyle razy powtarzacie ‘Kyrie eleison’?”.</p>
<p><strong>Przekładając z greki na polski: „Panie, zmiłuj się nad nami”</strong><strong>.</strong></p>
<p>Właśnie. „Co wtedy myślisz?” – zapytał. To był dla mnie punkt zwrotny. Uświadomiłam sobie, że wypowiadając w kościele pewne kwestie bez zastanowienia, nie odnoszę żadnego duchowego pożytku z mszy czy nabożeństwa. Więcej korzyści przyniesie mi więc czytanie „Tygodnika Powszechnego” czy dumanie podczas spaceru po łące. Postanowiłam niczego już w tej sferze nie robić mechanicznie, w wyniku jakoś tam rozumianego kościelnego posłuszeństwa. I tak spełniły się obawy pewnego księdza z Poznania, u którego pojawiłam się przed moim drugim ślubem. Zażądał zgody biskupa diecezji, gdzie mieszkał Eberhard, na udzielenie nam ślubu i nie krył obaw, że ten związek odwiedzie mnie od kościoła.</p>
<p><strong>Bo zamierzała Pani stworzyć go z Niemcem?</strong></p>
<p>Tak właśnie. Paradoksalnie, po raz pierwszy w życiu przestałam chodzić do kościoła także z powodu „kwestii narodowościowej”. Podczas wyborów w 1990 roku uczestniczyłam w mszy, po której celebrans poprosił jej uczestników o modlitwę, by „Indianin nie został prezydentem”. Chodziło o Stanisława Tymińskiego, faktycznie szemranego człowieka, ale zagrożeniem wedle tego księdza miało być pochodzenie jego żony – Peruwianki. Te słowa były dla mnie jak grom z jasnego nieba. Jak można mówić takie rzeczy?</p>
<p><strong>Od tamtego czasu duchowni Kościoła katolickiego w Polsce wypowiedzieli tyle nieprawdopodobnych sądów, że wolę znowu zapytać o Niemców. Kiedy Pani Profesor, znakomita niemcoznawczyni, szefowa Instytutu Zachodniego w latach 1990–2004, zobaczyła po raz pierwszy wspomnianego przed momentem „prawdziwego Niemca”?</strong></p>
<p>Byłam już bardzo dorosła. W ramach wymiany pracowników między Instytutem Zachodnim, gdzie mnie zatrudniono w 1969 roku, a katedrą marksizmu i leninizmu na uniwersytecie Korola Marksa w Lipsku, pojechałam do Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Pobyt trwał 10 dni. Jego wartością była przede wszystkim możliwość skorzystania z dużej biblioteki naukowej, która posiadała czytelnię przeznaczoną wyłącznie do lektury literatury zachodnioniemieckiej. Prowadziły do niej kręte, wąskie schody. Potrzebne też było pozwolenie na skorzystanie z jej zbiorów i duża sprawność w robieniu notatek, bo była czynna tylko do 13.00.</p>
<p>Ale czy ja w tym nieistniejącym już dzisiaj państwie spotkałam „prawdziwych Niemców”? Czy Friedrich, opiekun przydzielony mi przez uniwersytet w Lipsku, był kimś takim? Nie zdradził się, że zna biegle język polski, więc kiedy przebywał z nami, zachowywaliśmy się w jego towarzystwie swobodnie, na przykład krytykując kierownictwo czy opowiadając dowcipy polityczne. Kiedy jakiś czas później dyrekcja Instytutu Zachodniego oceniała pracowników, doceniono mnie za osiągnięcia w pracy naukowej, ale zarzucono, że „nie reprezentuję polskiej racji stanu”.</p>
<p><strong>Czyli?</strong></p>
<p>Zadałam sobie to samo pytanie. Jakiś czas później dowiedziałam się, że dyrekcja nieprzychylne opowieści na temat mojej osoby usłyszała od kolegów z NRD, w tym właśnie od robiącego sympatyczne wrażenie Friedricha. Było to przewrotne i nielojalne, ale czy oni mogli zachowywać się inaczej? W państwie Hitlera, liczącym 70 mln mieszkańców, aparat bezpieczeństwa liczył kilkanaście tysięcy funkcjonariuszy. W NRD, gdzie żyło 17 mln ludzi, Stasi zatrudniało ponad 200 tys. osób. Jak skuteczną inwigilację zapewnia tak rozbudowany aparat, przekonałam się, gdy podczas jednego z pobytów w Lipsku zaprosiła mnie do domu znajoma prawniczka. Przyjmowanie obcokrajowca w domu zdarzało się tak rzadko, że byłam przekonana, że jeśli ona na to się zdecydowała, może uda się wreszcie bardziej otwarcie porozmawiać. Jakże byłam naiwna! Oficjalny płaszczyk przywdziewany przez mieszkańców NRD w miejscach pracy szczelnie ich okrywał także podczas przyjmowania gości we własnym domu. Prawniczka wyjęła albumy historii ruchu robotniczego i spędziłyśmy wieczór na ich oglądaniu.</p>
<p><strong>O rany!</strong></p>
<p>No właśnie. Czy to była prawdziwa Niemka? Czy zuniformizowane państwo, w którym żyła, pozwalało jej na jakiekolwiek samodzielne działanie?</p>
<p>W 1976 roku po raz pierwszy wyjechałam do zachodnich Niemiec, na stypendium. Był 1 listopada, dzień wolny od pracy, więc chodziłam po opustoszałych ulicach Bonn, przyglądając się willom ulokowanym w zadbanych ogrodach. W powietrzu unosił się zapach podsmażanego na grillu mięsa. Poczułam ogromny kontrast między sobą, samotną mizerotą z poznańskiego blokowiska, a tą społecznością, która mimo wojny rozpętanej przez siebie trzy dekady wcześniej, żyła teraz w spokojnym dobrobycie. Czy na pewno widziałam w tych ludziach prawdziwych Niemców, czyli po prostu ludzi: ze swoją historią, własnym myśleniem? Wciąż chyba jednak byli dla mnie zbrodniarzami albo ich potomkami, którym z racji przeszłości odmawiałam prawa do spokoju i dobrego życia.</p>
<p><strong>Kiedy autorka pracy doktorskiej o Polskim Związku Zachodnim, którą Pani miała gotową do obrony, gdy pojawiła się w Instytucie Zachodnim, porzuciła takie myślenie? Przypomnę, że PZZ był organizacją dość niemcożerczą, która po wojnie badała tzw. Ziemie Odzyskane, uzasadniając ich „odwieczną polskość”</strong><strong>.</strong></p>
<p>Taka była wówczas propaganda, ale jednak uzasadniona. Nowi mieszkańcy terenów nadodrzańskich i nadbałtyckich przez lata nie potrafili traktować ich jak swoich. Bali się powrotu Niemców, zmiany polityki państwa. W akcie zemsty niszczono nie tylko zabytki, ale nawet mapy terenów zalewowych. Szaber rzeczy pozostawionych przez Niemców stał się usankcjonowaną wymianą dóbr. Związek, opisując historię ziem, które przypadły Polsce po 1945 roku, przypominał, że nie możemy ich traktować jak zupełnie obcych, więc zasługujących wyłącznie na grabież i zniszczenie. Chyba nie opublikowałam wówczas tekstu, którego bym się wstydziła, zwłaszcza, że tereny te przypadły Polsce słusznie, więc ich zagospodarowanie i połączenie z nowym krajem było dla mnie oczywiste. Więcej: to była chyba jedyna sprawa, co do której społeczeństwo zgadzało się z władzą.</p>
<p>Wracając do pytania: moje myślenie zmieniało się stopniowo, ale ostatecznie i nieodwołalnie zmienił je Eberhard. Miał 18 lat, kiedy w 1944 roku został żołnierzem Wehrmachtu. Został ranny w nogę podczas ćwiczeń, co uchroniło go od wysłania na front dogorywającej wojny. Całe dorosłe życie przeznaczył na poznawanie krajów wschodniej Europy. W poczuciu winy, że brak wiedzy zrobił z niego łatwą zdobycz nazistowskiej propagandy, przez lata pracował nad gromadzeniem środków na stypendia dla naukowców i działaczy z krajów słowiańskich. Był ode mnie 15 lat starszy, więc nasze perspektywy także z tego powodu musiały być odmienne, ale dyskutowaliśmy o wszystkim, bez wątków tabu. Zabierał mnie też na doroczne zjazdy: klasowe, korporacji studenckiej, slawistów, na przykład w jakieś piękne miejsce pod Getyngą. Uczestnicy nie dostrzegali zresztą jego urody, bo wszyscy siedzieli w sali obrad po dziesięć godzin dziennie, słuchając referatów i dyskutując.</p>
<p><strong>Ale o czym?</strong></p>
<p>O Hitlerze! Dziesięć godzin analiz dziennie na temat powodów, dla których dali się uwieść Führerowi. Służyli w Wehrmachcie, bo otrzymali wezwanie do wojska, ale chcieli zrozumieć, dlaczego nie dostrzegali nachalności propagandy ani przemocy wobec innych narodów czy państw. Jak mogli traktować służbę Hitlerowi jako właściwie zaszczytną. Jak mogli śpiewać pieśni marszowe, w których mowa jest o pogardzie wobec innych, uznanych za słabszych, i o wyższości swojego narodu. Brzmiały pięknie, dobrze się maszerowało w ich rytm, zwłaszcza w hałasie stuku podkutych butów&#8230; Wtedy sobie uświadomiłam, że też śpiewałam pieśni marszowe. W chórze szkolnym. Pamiętam, jak się budowałam jako nastolatka poczuciem brania odwetu za krzywdy, śpiewając: „My ze spalonych wsi,/ My z głodujących miast&#8230;”.</p>
<p><strong>Hymn Gwardii Ludowej – było nie było komunistycznej partyzantki.</strong></p>
<p>Nie zastanawiałam się nad treścią, podobnie jak Eberhard i jego koledzy. Też mi się podobało, bo byłam w grupie i razem śpiewaliśmy do melodii łatwo wpadającej w ucho. Siostra mojego męża napisała wypracowanie, w którym dziękowała Hitlerowi za pracę dla rodziców i codzienny chleb (bo wcześniej były kryzys i bieda), ale w Polsce recytowaliśmy „Słowo o Stalinie” Władysława Broniewskiego. Nasza wiara w dziejową sprawiedliwość zaprowadzoną przez Armię Czerwoną nie była tak powszechna, jak w Niemczech w Hitlera-twórcę dobrobytu, co jednak nie wynikało z przyrodzonego nam rozsądku, lecz raczej z pewnej różnicy podejścia. U nich było ważne państwo i wszystko, co zarządzą jego instytucje. U nas – naród, więc nie raz dystansowano się od władzy. Tymczasem ani państwo, ani naród nie są ważne. Tylko człowiek się liczy i jego godność. Postawa Eberharda i jego przyjaciół, którzy całe życie starali się zrozumieć, dlaczego w młodości bezmyślnie poszli za dyktatorem, ostatecznie mnie w tym upewniła. To on również nauczył mnie patrzenia na tamte wydarzenia z perspektywy Niemców.</p>
<p>Moje pokolenie potrzebowało czasu, żeby nie widzieć w Niemcach jedynie agresorów, z niemal wbudowanym genem zbrodniczości. Jeszcze moja córka stykała się z taką propagandą – na lekcjach historii, w filmach wojennych. Kiedy więc na katechezie padło pytanie o sprawcę ukrzyżowania Chrystusa, odpowiedziała: „Niemcy”. Tymczasem do popełniania zbrodni, zwłaszcza na masową skalę, może dojść wszędzie, o ile zostaną spełnione określone warunki, na przykład ideowe czy polityczne. Dzisiaj tworzy je kryzys migracyjny na Morzu Śródziemnym czy przy granicy polsko-białoruskiej. Wyłączanie terenów spod działania prawa, zamykanie na lata w obozach dla uchodźców, przepychanie ludzi przez granicę mogą zadziałać jak iskra. Zwłaszcza ta ostatnia praktyka powinna budzić jednoznacznie złe skojarzenia, bo tak właśnie Niemcy postąpili ze swoimi żydowskimi współobywatelami pod koniec lat 30. Dlaczego więc takie działania tych wspomnień nie budzą?</p>
<p><strong>Odpowiem Wyspiańskim: „Myśmy wszystko zapomnieli&#8230;”. Kiedy zaczęła się Pani uczyć niemieckiego?</strong></p>
<p>Kiedy przyjęto mnie do pracy w Instytucie Zachodnim i jako pierwsze zadanie otrzymałam systematyczne przygotowywanie prasówki z czasopism wydawanych przez organizacje ziomkowskie w Niemczech.</p>
<p><strong>Nie zapytano Panią o znajomość niemieckiego przy przyjmowaniu do pracy?</strong></p>
<p>Na szczęście nie zapytano, bo inaczej nie przyjęto by mnie do Instytutu, a ja marzyłam o pracy naukowej! Na asystenturę po studiach historycznych na UAM nie miałam szans, mimo że byłam piątkową studentką, bo nie było etatów. No i ktoś musiałby mnie polecić, a ja nie miałam protektora. Studiów doktoranckich nie było, dlatego pracę doktorską pisałam samodzielnie, licząc, że dzięki temu uda mi się za jakiś czas znaleźć miejsce właśnie w Instytucie Zachodnim. Czekałam pięć lat.</p>
<p><strong>Jak zarabiała Pani na życie?</strong></p>
<p>Ucząc historii w szkole podstawowej na poznańskim Grunwaldzie. W życiu ważna jest pasja, a ja zawsze miałam szczęście robić to, co lubię. Opuściło mnie ono chyba tylko raz w życiu, kiedy dyrektor tej podstawówki usiłował mnie wysłać na Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu. Zapytałam: „Po co?”. Byłam historyczką, więc wiedziałam co trzeba na ten temat i dodatkowy kurs nie był mi potrzebny. Co jednak ważniejsze: nie miałam na to czasu. Po pracy w podstawówce biegłam na kilka lekcji prowadzonych w szkole średniej. Musiałam dorabiać, bo mój pierwszy mąż miał problemy zdrowotne i nie zawsze mógł pracować na cały etat. Zbierając materiały do doktoratu, na własną rękę pracowałam w archiwach, także w Warszawie. Na to potrzebowałam czasu, a nie na WUML! I wtedy właśnie opuściło mnie szczęście. Dyrektor, prawdopodobnie w związku z moją odmową, ograniczył mi nauczanie historii i wiedzy o społeczeństwie na rzecz prowadzenia lekcji plastyki i muzyki w młodszych klasach. Tak naprawdę ukarał dzieci, bo nie miałam za grosz talentu, żeby uczyć tych przedmiotów.</p>
<p>Szkolna udręka skończyła się dzięki profesorowi Janowi Wąsickiemu, historykowi państwa i prawa z UAM i mojemu promotorowi, ale też posłowi na Sejm PRL, który polecił mnie ówczesnej dyrekcji Instytutu Zachodniego.</p>
<p><strong>Intryguje mnie, dlaczego oni nie zapytali o znajomość niemieckiego?</strong></p>
<p>Interesowało ich co innego. Pierwszym pytaniem, jakie zadał mi mój bezpośredni przełożony, dr Janusz Sobczak, brzmiało: „jesteś Żydówką?”.</p>
<p><strong>Intuicja?!</strong></p>
<p>Po otrzymaniu wyników z Hamburga zastanawiałam się z córką, dlaczego ono w ogóle padło? To nie było zadawane wówczas rutynowo pytanie, nawet biorąc pod uwagę, że nie opadł jeszcze kurz po wydarzeniach marcowych. Szczerze wtedy odpowiedziałam, że nic mi o tym nie wiadomo, żebym miała być Żydówką.</p>
<p>Co do języków, znałam biegle rosyjski i łacinę. Niemieckiego uczyłam się, tłumacząc książki ze słownikiem, słuchając radia, czytając gazety. Intensywna to była nauka, ale samodzielna. Język poznałam więc praktycznie, do dziś nie znam gramatyki.</p>
<p><strong>A nie pomyślała Pani: „Moja noga już tu nie postanie, bo jak można zadawać takie pytanie po Zagładzie”?</strong></p>
<p>Nawet nie przyszło mi to do głowy. To zresztą jeszcze nie był czas na takie stawianie sprawy. Przyznaję zresztą, że nigdy nie przejmowałam się moim szefem i jego poglądami. Podobnie jego zadaniem robienia wypisów z pism wysiedlonych Gdańszczan, Pomorzan czy Ślązaków. Były one mocno konfrontacyjne, nawet agresywne. Taka była również polityka naszych władz wobec Niemiec. Obie strony trwały w klinczu.</p>
<p>Większość czasu pracy w Instytucie poświęcałam niemieckiej geopolityce, ponieważ to mnie interesowało najbardziej. I tu akurat miałam szczęście: do ludzi, do sprzyjających zbiegów okoliczności. Bo jak inaczej, gdybym nie miała fartu, trafiłby do mnie, nikomu nieznanej naukowczyni z Poznania, zainteresowanej wojenną geopolityką Niemiec, która nie opublikowała jeszcze niczego istotnego, prof. Hans-Adolf Jacobsen – politolog i historyk z Uniwersytetu w Bonn, specjalizujący się w stosunkach międzynarodowych? A on nie tylko mnie znalazł, ale jeszcze udostępnił dwie walizki dokumentów na temat Karla Haushofera.</p>
<p><strong>Geopolityka i geografa, twórcę m.in. pojęcia <em>Lebensraum</em>, którym inspirował się Hitler.</strong></p>
<p>Popełnił z żoną samobójstwo w marcu 1946 roku, obawiając się, że odpowie za wspieranie nazistów. Jacobsen, podobnie jak mój późniejszy mąż, służył w Wehrmachcie, wierzył w Hitlera, a dalsze życie poświęcił na pracę dla tej części Europy, która stała się ofiarą imperialistycznej polityki Niemiec. Gromadził środki na stypendia, zapraszał do Niemiec uczonych z Polski czy republik Związku Radzieckiego. Gdyby nie jego pomoc w postaci udostępnionych dokumentów, a także przyznania stypendium, dzięki któremu pojechałam do Archiwum Federalnego w Koblencji, nic by nie wyszło z moich ambitnych planów habilitacyjnych. Tymczasem miałam nieograniczony dostęp do książek, korzystałam też z archiwum MSZ w Bonn.</p>
<p>Takie podejście do Polaków, z jakim spotkałam się u Jacobsena, było w RFN wyjątkowe. Dla Niemców nie byliśmy ani zwycięzcami ostatniej wojny (byli nimi Rosjanie), ani ofiarami (ten status mieli Żydzi), a jedynie okupantami ich dawnych terenów wschodnich. Żyliśmy w tak odmiennych światach, że trudno to sobie dzisiaj wyobrazić. Tam większość była protestancka, tu katolicka. My Śląsk i Pomorze uważaliśmy za ziemie odzyskane, oni za utracone. Obie strony uważały, że mają do nich prawa wyłączne. Granica była święta, ale wyłącznie dla nas. Nie zmieniło tego ani podpisanie 7 grudnia 1970 roku traktatu granicznego przez kanclerza Willyʼego Brandta, ani tym bardziej jego uklęknięcie przed pomnikiem bojowników z warszawskiego getta. Spontaniczny gest niemej bezradności kanclerza Brandta, który w żaden sposób nie był uwikłany w nazizm, a mimo to właśnie on zdecydował się przeprosić Polaków w imieniu Niemców za zbrodnie popełnione podczas wojny, w jego kraju zdeprecjonowano. Podpisanie traktatu odebrano z kolei jako rezygnację z terenów wschodnich, co współobywatele uświadamiali kanclerzowi obelżywymi anonimami.</p>
<p><strong>Polskie władze uważały natomiast, że kanclerz Brandt uklęknął nie tam, gdzie trzeba: uczcił bowiem powstańców żydowskich zamiast warszawskich.</strong></p>
<p>Jak widać ani Polacy, ani Niemcy nie byli gotowi na zbliżenie, które mogłoby doprowadzić do normalizacji stosunków. Celowo nie użyłam pojęcia „pojednanie”, gdyż na nie mogą się zdobyć wyłącznie pojedynczy ludzie, nie narody odgórną decyzją władz. Tak to właśnie musiało wyglądać, ponieważ między nami istniał mur berliński i granica była zamknięta. Powstałe w 1976 roku Forum Polsko-Niemieckie czy Wspólna Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa, działająca od roku 1972 – to były działania na poziomie elit. Szerokie rzesze, przynajmniej w zjednoczonych Niemczech, zaczęły uznawać za swoją granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej dopiero po podpisaniu traktatu w 1990 roku przez Helmuta Kohla i Tadeusza Mazowieckiego. Przypomnę, że zaledwie pięć lat wcześniej zachodni Niemcy po raz pierwszy usłyszeli oficjalnie – od prezydenta Richarda von Weizsäckera podczas przemówienia w Bundestagu z okazji 40. rocznicy zakończenia II wojny światowej – kto ją wywołał. Nie „klika Hitlera”, która pchnęła bezwolny naród do zbrodni, jak niemal powszechnie uważano (poza historykami, rzecz jasna), ale sami Niemcy, bo wybrali NSDAP do władzy w demokratycznym głosowaniu w 1933 roku.</p>
<p><strong>A jeśli nasze pojednanie to rytuał pustych gestów, obliczony na unikanie drażliwych tematów, jak twierdzą niektórzy publicyści i politycy, mówiąc o „kiczu pojednania”?</strong></p>
<p>Hasło tyleż nośne, co niesprawiedliwe, bo straszliwie upraszczające rzeczywistość naszych relacji. Po zawarciu wspomnianego traktatu Polacy i Niemcy, kontynuując wysiłki elit z czasów zimnowojennych, podjęli współpracę we wszystkich dziedzinach życia. Wtedy zależało nam na zbliżeniu z Zachodem, więc nie mogliśmy ani nie chcieliśmy lekceważyć naszego zachodniego sąsiada. Z czasem sytuacja się zmieniła. Polska przestała być dla Niemiec sąsiadem peryferyjnym, a oni z kolei nie byli już państwem frontowym. Pojawiły się natomiast poważne zagrożenia globalne, jak terroryzm czy ruchy migracyjne. W takiej sytuacji porozumienie z Niemcami to nie jest – jak tego chciały środowiska prawicowe – zdrada, ale elementarny wymóg polskiej racji stanu.</p>
<p><strong>Przez osiem lat rządów Zjednoczonej Prawicy relacjami polsko-niemieckimi nie rządziło jednak pojęcie „racja stanu”, ale na przykład „reparacje”. Czy kruszenie kopii o ich wypłacenie to hucpa polityczna?</strong></p>
<p>Myślę, że tak, bo dla nas ważniejsze od odszkodowań jest znajdywanie wspólnych z Niemcami obszarów zainteresowań i nawiązywanie kolejnych kontaktów międzyludzkich. Zwłaszcza dzisiaj to zadanie pierwszorzędnego znaczenia, kiedy w Ukrainie toczy się wojna, a ugrupowania nacjonalistyczne (nie tylko w Europie) są coraz silniejsze. Wobec tak poważnych wyzwań, które grożą kolejnymi wojnami i niepokojami społecznymi, siły prodemokratyczne muszą się jednoczyć. Natomiast podkreślanie różnic, choćby przez wywoływanie nastrojów antyniemieckich w Polsce, jest sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.</p>
<p>Ośmielam się domniemywać, że większość polskiego społeczeństwa zdaje sobie z tego sprawę i nie zmieniła zdania, mimo antyniemieckiej propagandy z lat 2015–2023. Ona niewątpliwie zaszkodziła wizerunkowi Polski za granicą, ale nie podważyła współpracy polsko-niemieckiej z minionych dekad. Było to możliwe, ponieważ nie opierała się ona na „kiczu pojednania” – by odwołać się znowu do tego poręcznego chwytu publicystycznego – lecz na trwałym fundamencie. Stworzyli go ludzie z obu stron granicy, którzy się znają i współpracują. Takiego fundamentu nie rozsadzą pokrzykiwania tych czy innych polityków. Podtrzymanie dobrych relacji i wspieranie inicjatyw służących porozumieniu to w dzisiejszym świecie, w którym co rusz mówi się o wojnie, właściwie obywatelskie zobowiązanie.</p>
<p><strong>Co powinniśmy usłyszeć dzisiaj – 80 lat po zakończeniu wojny – żeby jej groza pozostała wiarygodna?</strong></p>
<p>Znawcy mówią, że trzeba sięgać po środki komunikacji współczesnej młodzieży.</p>
<p><strong>Po rolki na TikToku na przykład?</strong></p>
<p>Dlaczego nie? Gdy zapytałam moją wnuczkę Tosię, czemu wciąż patrzy w telefon, odpowiedziała: „Bo tam mam wszystko”. To jest źródło wiedzy o świecie jej pokolenia i niewiele na to poradzimy. Środki audiowizualne na pewno mają szansę zdobyć większe audytorium niż choćby debaty społeczne, które w Polsce, inaczej w Niemczech, nigdy nie zdobyły takiego uznania jak powinny. Mimo, że tylko one potrafią pokazać problem z wielu stron. Ponieważ jest ich za mało, źródłem wiedzy o wojnie są wspomnienia rodzinne, filmy wojenne, szkolne lekcje. Każde z nich na swój sposób ten obraz zniekształca. Świetnie pokazują to wyniki badań, opublikowane w 2002 roku przez Sabine Moller, Karoline Tschuggnall i Haralda Welzera na temat pamięci rodzinnej o narodowym socjalizmie i Holokauście. Nieprzypadkowo zatytułowali pracę: „Opa war kein Nazi” (Mój dziadek nie był nazistą). O tym, że dopiero wnuki zaczęły pytać, co dziadkowie robili podczas wojny, już wiemy. Badania pokazały jednak, że dziadkowie niekoniecznie potrafili czy chcieli o tym opowiedzieć. Zasłaniali się „rozkazem, który trzeba było wykonać”, albo „wojennymi realiami”. Można ich zrozumieć. Kto chciałby, na przykład przy torcie urodzinowym, opowiadać wnukom, jak rozstrzeliwał dzieci w Polsce?</p>
<p>Pamięć jest zawodna, a każda generacja uwikłana w dyktaturę z reguły nie czuje potrzeby bicia się w piersi. Dla Niemców zło zaczęło się więc nie w 1933 roku, ale 12 lat później, kiedy zmuszono ich do bezwarunkowej kapitulacji, kraj podzielono na cztery strefy, z których powstały dwa państwa niemieckie z pilnie strzeżoną pomiędzy nimi granicą. Doszło do masowych gwałtów, kilkanaście milionów ludzi zmuszono do opuszczenia na zawsze rodzinnych stron. Czytając wymienioną książkę, pomyślałam, że człowiek w pewnym sensie się nie zmienia: potrzeba bycia ofiarą zawsze będzie w nim silniejsza od odwagi brania odpowiedzialności za swoje czyny.</p>
<p><strong>W Niemczech dyskutowano także o Wehrmachcie jako organizacji zbrodniczej, o „zwyczajnych Niemcach”, którzy bez oporów zaangażowali się w Holokaust, o konieczności dziedziczenia poczucia winy, o pomnikach ofiar Zagłady i wojennego terroru, o centrum migracji i wypędzeń&#8230; Dyskutuje się wiele lat, powstają książki. W Polsce toczy się właściwie jedna znacząca debata: o skali współudziału Polaków w Zagładzie Żydów. Mam jednak wrażenie, że zarówno ta, jak i pomniejsze – poza tym, że przynoszą wiele nieznanych faktów – przede wszystkim dzielą ludzi. Skąd ten brak umiejętności rozmowy, a może po prostu strach przed koniecznością zmiany zdania?</strong></p>
<p>Przygotowaną w Hamburgu wystawę o zbrodniach Wehrmachtu obejrzało 18 mln ludzi. To pokazuje skalę zainteresowania rozmową o przemilczanych faktach. Na pytanie odpowiem, odwołując się do własnych doświadczeń: lubię dyskutować, ale nie bardzo jest z kim. Żyjemy w bańkach i wydaje nam się, że tak jest najlepiej, najbezpieczniej. Siebie nie wyłączam spod tego zarzutu, bo przecież od lat obracam się w środowisku ludzi myślących podobnie. Nie mam też pojęcia, co się dzieje w mediach społecznościowych, gdzie ponoć toczą się zażarte dyskusje. Tyle że one również bardziej dzielą ludzi niż objaśniają świat. Może ludziom szkoda czasu na rozmowę?</p>
<p>Dyskusjom nie sprzyja mur różnic politycznych, który wyrasta za sprawą wojny polsko-polskiej. Polityką jest bowiem posługiwanie się na przykład takim wyrażeniem jak „pedagogika wstydu” na określenie krytycznego dyskursu o historii II wojny światowej. Z kolei ci naprawiający relacje polsko-niemieckie okazali się – jak to ujął Jarosław Kaczyński – „pożytecznymi idiotami o żebraczym usposobieniu”, którzy „zapamiętali się w pojednaniu za niemieckie srebrniki”. Słowo „Niemiec”, jak czasami nazywany jest premier Tusk, jest wciąż w ustach zwolenników partii prezesa Kaczyńskiego obelgą.</p>
<p><strong>Na wypadek jakichkolwiek podejrzeń od razu dopytam: gdzie jest Pani ojczyzna?</strong></p>
<p>Zacytuję mojego męża, któremu też takie pytanie zadano. Zaznaczę, że jeszcze przed ślubem oświadczył, że on przeprowadza się do Polski, czym wzbudził wielkie zdziwienie w swojej rodzinie i wśród znajomych. Eberhard odpowiedział: „Moją ojczyzną jest Ania, moja żona”. Bardzo mnie to ujęło, więc odpowiem podobnie: moją ojczyzną jest miejsce, gdzie żyję, i ludzie, którzy chcą ze mną być. To przestrzeń, gdzie czuję się u siebie, wśród swoich.</p>
<p>Dawniej myślałam, że najgorsze w historii ludzkości były wojny religijne. Wywoływały przecież taką nienawiść, że wyznawcy religii prześladowanej osiedlali się w nowych miejscach, bo życie po sąsiedzku nie wchodziło w grę.</p>
<p><strong>Dzisiaj polityka jest jak religia.</strong></p>
<p>I to dla każdej bańki światopoglądowo-medialnej. Życzyłam sobie, żeby podczas kampanii parlamentarnej w 2023 roku strona opozycyjna nie posługiwała się obelgami. Nie udało się. Nieraz oddawano ciosy w taki sam sposób, jak partia rządząca. Po co? To droga donikąd, bo spiralę przemocy, także werbalnej, można tylko nakręcać. Bez końca.</p>
<p>Papież Paweł VI, formułując warunki prowadzenia dialogu, zwrócił uwagę, że strony zaczną ze sobą rozmawiać, jeśli będą miały minimum wiedzy o sobie. To podstawa tak w naszych relacjach z innymi krajami, jak i w zwarciach polsko-polskich. Gdy nic nie wiemy o drugiej stronie, łatwo dać posłuch propagandzie, dopuszczając do głosu uprzedzenia czy złudzenia. Wracając do pytania o młodych, którym chcemy przekazać, jaką potwornością była wojna sprzed ośmiu dekad i przeprowadzane wówczas masowe uśmiercanie ludzi: niemałej części z nich brakuje wiedzy. Elementarnej. Nie wiedzą, kto mordował, ani dlaczego, ani kogo. Obozy koncentracyjne w Niemczech i na ziemiach polskich miały powstać już w XIX wieku&#8230; Są więc idealnymi słuchaczami dla różnej maści populistów. Dlatego trzeba poszerzać wiedzę i wciąż edukować, nie tylko młodych, bo lenistwo intelektualne może dopaść każdego, niezależnie od wieku. Trzeba prostować kłamstwa i polemizować, biorąc w obronę pomówionych. Obrońcy potrzebni są zawsze. Krucha demokracja Republiki Weimarskiej nie przetrwała tylko dlatego, że nie znalazło się dziesięciu sprawiedliwych, którzy by jej bronili. Wszyscy uważali to nowo powstałe państwo za nie swoje, dzięki czemu naziści tak szybko znaleźli poparcie.</p>
<p><strong>Niemcy byli obecni w Pani życiu od początku. Najpierw Panią wykorzenili, przez co szczątkowe informacje o dwóch pierwszych latach Pani życia zajmują cztery linijki na skrawku papieru wielkości wizytówki, a potem&#8230;</strong></p>
<p>A potem Niemcy, co prawda inni, mnie zakorzenili, na równi z moimi adopcyjnymi rodzicami i polskimi przyjaciółmi. Nie ma co rozpamiętywać. Chciałabym znać biologiczną rodzinę, ale wraz z tym, jak przybywa mi lat, zdaję sobie sprawę, że skupianie się na krzywdach nie ma sensu. Liczy się tylko ludzka dobroć – to jest najważniejsze w życiu. Co równie ważne, udało mi się w życiu pracować dla dobrej sprawy, bo za taką uznaję zaangażowanie w proces normalizacji polskich relacji z Niemcami. To prawda, że czasami pojawiają się między nami różnice. Z reguły potrafimy jednak rozmawiać całkiem dorzecznie. Bywa, że mamy pretensje. Na szczęście umiemy też pracować nad rozwiązaniem wspólnych problemów. Jesteśmy więc ze sobą na dobre i na złe – to jest właśnie miara partnerstwa. I przejaw sąsiedzkiej normalności, nielukrowanej ani reżyserowanej, która w dzisiejszej sytuacji geopolitycznej jest na wagę złota.</p>
<p><strong>Przed momentem powiedziała Pani, że ludziom – być może – szkoda czasu na rozmowę. Na co na pewno zawsze warto tracić czas?</strong></p>
<p>Na wyciąganie ręki do swojego antagonisty.</p>
<p><strong>Siedemdziesiąt siedem razy, jak czytamy w Ewangelii Mateuszowej? </strong></p>
<p>Tak, bez końca. Bo miłość jest silniejsza niż nienawiść.</p>
<p>Poznań, 25 listopada 2024 r.</p>
<p><em>Prof. Anna Wolff-Powęska jest historyczką idei, specjalistką w zakresie geopolityki oraz relacji polsko-niemieckich. Absolwentka historii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od 1969 r. związana z Instytutem Zachodnim, funkcjonującym wówczas jako jednostka badawczo-rozwojowa na prawach stowarzyszenia przy Polskiej Akademii Nauk, gdzie uzyskiwała kolejne tytuły naukowe. W latach 1990–2004 została dyrektorką tej instytucji, doprowadzając do jej usamodzielnienia i przekształcając ją w placówkę istotną w procesie normalizacji relacji polsko-niemieckich oraz ich rozwoju. Po przejściu na emeryturę została wykładowczynią na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM. Autorka wielu książek, m.in. „Polacy wobec Niemców. Z dziejów kultury politycznej Polski, 1945–1989” (1993), „A bliźniego swego&#8230; Kościoły w Niemczech wobec ‘problemu żydowskiego’” (2003), „Pamięć – brzemię i uwolnienie. Niemcy wobec nazistowskiej przeszłości, 1945–2010” (2011), „Bezcenną wartością jest prawda. Eseje” (2024).</em></p>
<p><em>Powyższy wywiad ukazał się w DIALOGU nr 149 (2025). </em></p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/06/05/anna-wolff-poweska-milosc-jest-silniejsza-niz-nienawisc/">Anna Wolff-Powęska: „Miłość jest silniejsza niż nienawiść”</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://dialogonline.net/pl/2026/06/05/anna-wolff-poweska-milosc-jest-silniejsza-niz-nienawisc/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Nasze, nie nasze</title>
		<link>https://dialogonline.net/pl/2026/06/02/nasze-nie-nasze/</link>
					<comments>https://dialogonline.net/pl/2026/06/02/nasze-nie-nasze/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Anna Mateja]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 02 Jun 2026 13:41:42 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Elfter Beitrag]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[II wojna światowa]]></category>
		<category><![CDATA[Karolina Ćwiek-Rogalska]]></category>
		<category><![CDATA[Ziemie Odzyskane]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://wordpress.p658519.webspaceconfig.de/2026/06/15/nasze-nie-nasze/</guid>

					<description><![CDATA[<p>Churchill, Roosevelt i Stalin, pozując 1 grudnia 1943 roku do zdjęcia kończącego konferencję w ambasadzie radzieckiej w Teheranie, wykorzystanego przez Panią w książce „Ziemie. Historie odzyskiwania i utraty”, siedzą na krzesłach nie od kompletu. Dziwne ono robi wrażenie: trzej mężczyźni z władzą tak potężną, że mogą projektować nawet na wieki powojenny świat, m.in. przesuwając Polskę [&#8230;]</p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/06/02/nasze-nie-nasze/">Nasze, nie nasze</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Churchill, Roosevelt i Stalin, pozując 1 grudnia 1943 roku do zdjęcia kończącego konferencję w ambasadzie radzieckiej w Teheranie, wykorzystanego przez Panią w książce „Ziemie. Historie odzyskiwania i utraty”, siedzą na krzesłach nie od kompletu. Dziwne ono robi wrażenie: trzej mężczyźni z władzą tak potężną, że mogą projektować nawet na wieki powojenny świat, m.in. przesuwając Polskę ze wschodu na zachód i opierając jej granicę z Niemcami o Odrę – a krzesła przygotowane do wykonania historycznego zdjęcia są niczym pojedyncze sztuki przypadkowo zachowanych egzemplarzy. Jakie znaczenia kryje ten lekki bałagan w kadrze, wypatrzony przez Panią na fotografiach z archiwum armii amerykańskiej? </strong></p>
<p>Pisząc o „Ziemiach Odzyskanych”, których historia nie zaczęła się wcale podczas obrad Wielkiej Trójki w Teheranie, nie chciałam skupiać się na powszechnie znanych fotografiach tego wydarzenia. Szukałam innych, bo interesowało mnie, co działo się poza kadrem, na czym kto siedzi, jak jest ubrany. Zakładając – sama głęboko w to wierzę – że zza materialności przebija warstwa symboliczna, rozgardiasz towarzyszący aranżowaniu zdjęcia pokazuje bardziej ludzką stronę zdarzenia, które znamy wyłącznie jako polityczne. W fotografiach zwrócił moją uwagę jeszcze jeden detal: najczęściej tylko Stalin patrzy w obiektyw, jakby tylko on czuł się tam swobodnie. Potwierdzają to oczekiwania przywódców opisane we wspomnieniach oraz dokumenty, które w pełni tłumaczą pogodny spokój Stalina. Zadekretowano przecież podział powojennych Niemiec na strefy okupacyjne, jedną z nich przydzielając ZSRR. Ponieważ miała ona przylegać do Polski, jej powstanie ułatwiało Stalinowi objęcie wpływem i naszego kraju.</p>
<p><strong>Rozgardiasz z Teheranu przeniósł się do uzdrowiska Jałta na Krymie, gdzie w lutym 1945 roku Wielka Trójka spotkała się ponownie. Cytuje Pani Churchilla, który przyznał w pamiętnikach, że początkowo ustalano nowe granice bez map, więc nie orientował się, gdzie płyną te różne Nysy, w tym Kłodzka i Łużycka, mimo że od tego zależał los milionów ludzi. To identycznie, jak u pierwszych osadników, którzy w tym samym czasie pojawili się na „Ziemiach Odzyskanych”, nie bardzo wiedząc, gdzie się znajdują</strong><strong>. </strong></p>
<p>Tyle, że politycy, w przeciwieństwie do osadników, nie musieli po tych terenach podróżować.</p>
<p>Mapy podczas obrad ostatecznie się pojawiły, ale łatwo pomyśleć, że skoro panował taki nieporządek, granica zachodnia mogła wyglądać zupełnie inaczej. Zwłaszcza, że pomysły na jej modyfikację istniały w Polsce już przed wojną, kiedy dyskutowano ideę ziem postulowanych, położonych nad Odrą i Bałtykiem. Ich przyłączenie do Polski było trzonem tzw. myśli zachodniej, jak określano konglomerat idei, których sednem było włączenie do Polski ziem położonych na wschód od Odry.</p>
<p>Brano też pod uwagę oparcie tej granicy na przebiegu rzek, więc pomysł Wielkiej Trójki nie był rzucony <em>ad hoc</em> i miał prawo wydawać się trafny. Wszyscy pamiętali przecież historię sprzed 1939 roku, kiedy sąsiedzi państw wielonarodowych usiłowali rozbijać je podsycaniem tendencji nacjonalistycznych. Twierdzono wręcz, że pokój w Europie wymaga stworzenia państw w miarę możliwości monoetnicznych. Istniała już zresztą inżynieria społeczna, zdolna zrealizować takie pomysły, przetestowana w Związku Radzieckim, gdzie przesiedlono m.in. Tatarów krymskich czy Niemców nadwołżańskich. W parlamencie brytyjskim odzywali się co prawda krytycy konieczności przesiedlania dużej liczby ludzi, ale premier Churchill odpowiadał wprost: Niemcy muszą zapłacić innym narodom rachunek za wyrządzone krzywdy. Za wymordowanie tysięcy ludzi, wykorzystywanie ich w systemie pracy przymusowej, za terror i grabież.</p>
<p><strong>Z terenów przyznanych Polsce wysiedlono 3,5 mln Niemców. W latach 1945</strong>–<strong>1950 ich miejsce zajęli mieszkańcy dawnych ziem wschodnich II RP, skąd wyjechało 2,5 mln ludzi oraz 3 mln osób z „Ziem Dawnych”, jak nazywa Pani te tereny, które należały do Polski przed 1939 i pozostały nimi po wojnie. </strong></p>
<p>A są to dane, które dotyczą tylko tzw. zorganizowanej fazy wysiedleń. Uderzyło mnie, że Churchill, gdy odpowiadał na pytania w Izbie Gmin, odgrywał rolę twardego gracza, któremu przesiedlenie miliona ludzi w tę czy tamtą stronę nie robi różnicy. W pamiętnikach, kiedy liczy się z opinią publiczną, pisze o procesie przesiedleń z większą empatią. Przyznaje więc, że rozważał wytyczenie granicy na Nysie Kłodzkiej, ponieważ wtedy przesiedlono by ponad milion ludzi mniej. Niezależnie od jego wahań, granicę wytyczono wzdłuż Odry i Nysy Łużyckiej, ale nie stała się ona przez to bardziej oczywista. Podzieliła przecież miasta (Frankfurt nad Odrą, Gubin, Zgorzelec) czy jeziora, jakby wytyczono ją na zasadzie: „gdzieś musi być, więc pociągnijmy ją tak” – bez brania pod uwagę choćby możliwości gospodarczych regionu.</p>
<figure id="attachment_2242" aria-describedby="caption-attachment-2242" style="width: 800px" class="wp-caption aligncenter"><img loading="lazy" decoding="async" class="wp-image-2242" src="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/06/konferencja_teheran-1.jpg" alt="Trzej mężczyźni siedzą na krzesłach." width="800" height="651" srcset="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/06/konferencja_teheran-1.jpg 750w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/06/konferencja_teheran-1-300x244.jpg 300w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /><figcaption id="caption-attachment-2242" class="wp-caption-text">(od lewej) Stalin, Roosevelt i Churchill na konferencji w Teheranie, 1943 © Wikimedia; zdjęcie przetworzone przez AI</figcaption></figure>
<p>Pierwsi osadnicy nie wiedzieli jednak, gdzie są – czy to jeszcze Polska, czy już Niemcy? – tym bardziej, że nie mieli map. Te znajdowały się u radzieckich komendantów wojskowych, instalowanych na tych terenach. Konieczność pojawienia się polskich osadników u radzieckiego komendanta dla zorientowania się w terenie znakomicie zresztą pokazuje, że to ci drudzy mieli tam wówczas władzę. Osadnicy korzystali też z map niemieckich, na które z czasem nanosili ołówkiem polskie nazwy. Nie od razu, bo obawiali się zagubienia w nowym świecie, gdzie nazewnictwo polskie było często nierozpoznawalne. Wiele z „poniemieckich” map będzie zresztą używanych jeszcze wiele lat po wojnie w szkołach, gdzie brakowało polskich pomocy naukowych. Chaos i tymczasowość utrzymywały się długo, skoro w 1958 roku polski attaché kulturalny w Kabulu zwracał uwagę afgańskiemu ministrowi edukacji, że ziemie niemieckie wcielone do Polski nie tyle znajdują się pod jej „tymczasową administracją”, jak zaznaczono w tamtejszych atlasach geograficznych przeznaczonych dla szkół, ile po prostu do niej należą.</p>
<p><strong>„(&#8230;) dzwonki pozwoliły odgadnąć sekret pociągu. Naładowany był zegarami” – pisze Bohdan Korzeniewski, teatrolog i reżyser, w reportażu „Książki”. Na stacji w Görbitsch, czyli dzisiejszym Garbiczu na ziemi lubuskiej, gdzie czeka na możliwość wywiezienia ukrytych przez Niemców w miejscowym pałacu książek zrabowanych w warszawskiej bibliotece uniwersyteckiej, spotyka wielowagonowy pociąg wypełniony cykaniem, dzyndzoleniem, biciem gongów i kukułek. Zegary szafkowe z jadalni poniemieckich mieszkań, budziki, nawet zegary zdjęte z wież ratuszowych, jadące do ZSRR, to kolejny przykład puszczenia w ruch na „Ziemiach Odzyskanych” nie tylko ludzi, ale i przedmiotów, o czym sporo Pani pisze w swojej książce. Dlaczego ważne jest opisanie krążenia rzeczy, których właściciele i miejsca pobytu zmieniły się za sprawą nowych granic? </strong></p>
<p>Ponieważ nową rzeczywistość tych terenów kształtowali nie tylko ludzie. Celem prowadzonych przeze mnie badań etnograficznych jest sprawdzenie, jaki wpływ na powstanie po 1945 roku nowych społeczności na terenach dotkniętych przesiedleniami miały rzeczy. Ludzie przyjeżdżali z dobytkiem, z reguły niewielkim, bo na przykład mieszkańcy Wileńszczyzny nie mogli zabrać ze sobą mebli, a uciekinierzy z Wołynia nie mieli czasu się spakować. Osoby z centralnej Polski, jeżeli miały taką możliwość, zabierały wyposażenie domu, choćby pierzyny, ale jeśli były pogorzelcami z Warszawy, pojawiały się z niczym. Czasami mieszkano z niemieckimi właścicielami, którzy czekali na wysiedlenie, używając ich rzeczy i przejmując je po ich wyjeździe. Bywało, że poprzednich właścicieli już nie było, zastawano jedynie ich dobytek. A czasami wchodzono w pustkę – do domów i mieszkań tak wyszabrowanych, że życie na nowym miejscu trzeba było rozpocząć od obejścia bliższej i dalszej okolicy dla znalezienia mebli, bielizny, a czasami nawet okien i drzwi.</p>
<p>Rzeczy były potrzebne dla urządzenia się w nowej rzeczywistości, ale też podwyższenia statusu społecznego, jeżeli to bieda wyganiała ludzi na „Ziemie Odzyskane”. Rzeczy mogły stać się obiektem zemsty, gdy oznakowane były swastyką albo wizerunkiem Hitlera. Rzeczy wyszabrowane można było sprzedać z dużym zyskiem, odkuwając się za lata okupacyjnego niedostatku. Te właściwości przenikały się: nie każda patera ze swastyką bywała tłuczona. Za sprawą szabru rzeczy stały się również łącznikiem między „Ziemiami Odzyskanymi” a „Dawnymi”, mimo rozpaczliwych zarządzeń kolejnych urzędników usiłujących położyć kres ich krążeniu. Prowadząc z kolei badania w gminie na pograniczu czesko-niemieckim, pytałam o powszechne tam <em>hrázděnky</em>, czyli budynki z muru pruskiego – to także rzeczy pozostałe po dawnej historii. Nazwałam je nawet roboczo „niezamierzonymi pomnikami” niemieckiej kultury, bo są dzisiaj starannie odnawiane. Nie mogę powiedzieć „poniemieckiej”, gdyż taki przymiotnik w języku czeskim nie istnieje.</p>
<p><strong>To w jaki sposób Czesi nazywają dziedzictwo przejęte po kilku milionach przesiedlonych Niemców? </strong></p>
<p>Rozmówcy nie zaprzeczają, że pewne rzeczy do 1945 roku miały innych właścicieli, ale mówią o nich opisowo: „tę willę wybudowali Niemcy”, „te narty, które znaleźliśmy na strychu, należały do Niemców”. Nadal mnie zastanawia, dlaczego tylko polszczyzna w tej części Europy okazała się tak giętka, że potrafi zaznaczyć nieobecność poprzedniego właściciela.</p>
<p>Badania prowadzone przeze mnie w Polsce, Czechach i Słowacji pokazały mi nie raz, jak wielką katastrofą były przesiedlenia. Traktuję więc ten region jak środkowoeuropejskie laboratorium, w którym zaszły procesy znane z każdego innego miejsca, gdzie doszło do przesunięcia granic i rozbicia wspólnot etnicznych; gdzie zostały rzeczy po ludziach – ślady po innej kulturze, wrastające w nowe otoczenie i nowo powstałe społeczności.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Rzeczy są przepustką do świata, w którym, jak pisze Elizabeth Cullen Dunn, antropolożka cytowana przez Panią w książce, występują „Doppelgänger”</strong><strong>. </strong></p>
<p>Tłumaczę je za Michałem Jakuszewskim jako <em>miastowtóry</em>, dając do zrozumienia, że chodzi mi o dwa miasta zajmujące tę samą przestrzeń. Łatwo też przy takim przekładzie się przejęzyczyć, mówiąc <em>miastotwór</em>, kładąc przez to nacisk na tworzenie, powstawanie.</p>
<p><strong>Bo też chodzi o dwie miejscowości złożone z tych samych ulic, budynków i parków, których „mieszkańcy są starannie szkoleni, aby się wzajemnie ‘nie widzieć’”. Osadnicy sami chcieli tego wymazywania poprzedniej tożsamości miejsca, ponieważ dla jego oswojenia potrzebowali nieświadomości, w czyim zasypiają łóżku? A może to był wynik odgórnej narracji, przedstawiającej wielowiekową obecność mieszkańców Breslau, Deutsch Krone czy Köslin, jako intruzów na ziemiach „odwiecznie piastowskich”? </strong></p>
<p>Jak to w miastowtórze, nie wszystko było świadomą praktyką, a centrala nie musiała też regulować wszystkiego. Jeśli już wydała jakieś zarządzenie, to biorąc pod uwagę liczbę administracyjnych szczebli, mogło ono nie doczekać się realizacji. A nawet jeśli docierało do adresata, ten, pochłonięty sprawami, które uznawał za pilniejsze – na przykład zapewnienie znośnego bytu rodzinie, co przez lata pochłaniało gros sił osadników – mógł nie znaleźć czasu, żeby choćby wejść na drabinę dla zamalowania niemieckiego napisu. Albo dochodził do wniosku, że wystarczy trochę zaczekać, a ślady niemieckiej obecności same się zatrą lub rozsypią w proch.</p>
<p>Gdy w siedmiu wybranych powiatach Pomorza Środkowego zbierałam ze współpracownikami informacje o miejscach poświęconych pamięci żołnierzy poległych podczas Wielkiej Wojny, których tysiące znalazło się w Polsce po zmianie zachodniej granicy, poznałam jeszcze inną praktykę miastowtórzenia. Większości pomników pamięci nie zniszczono, tylko przekształcono w kapliczki, najczęściej poświęcone Matce Bożej. Sprzyjała temu często przykościelna lokalizacja i znajdujące się na pomnikach krzyże, choć były to krzyże żelazne, nie związane z religią. Czasami skuwano nazwiska poległych, ale bywało, że pozostawiano je w spokoju. Niczego więc nie wymazywano, tym bardziej intencjonalnie, tylko ponownie wykorzystywano. Dopiero w latach 60., kiedy planowano obchody tysiąclecia państwa polskiego, zabrano się za bardziej metodyczne usuwanie niemieckiej historii z „Ziem Odzyskanych”.</p>
<p><strong>„</strong><strong>(&#8230;) czy naprawdę musieli powyrywać wszystkie niemieckie nagrobki?” – żali się Manfred, wujek Christiane Hoffmann, której książkę „Czego nie pamiętamy” czytałam jednocześnie z Pani pracą. W Rosenthalu, dzisiejszej Różynie na Dolnym Śląsku, pojawiła się z ojcem i wujem w 1978 roku jako 11-latka: „Złościł się, że Polacy leżą w naszych grobach, bo nie mógł się złościć na to, że mieszkają w naszych domach”. Churchill miał rację, przekonując Izbę Gmin, że Niemcy utratą ziem i przesiedleniami płacą rachunek za rozpętaną przez siebie wojnę. Do czego jednak było komu potrzebne wymazywanie pamięci o zmarłych? </strong></p>
<p>Oni wypełniali dziurę między czasami piastowskimi a 1945 rokiem, świadcząc o długiej i bogatej historii tych ziem, o której nie chciano pamiętać, ponieważ nie tworzyli jej wyłącznie Polacy. Przepisy o cmentarzach i chowaniu zmarłych, nowelizowane na przełomie lat 50. i 60., które umożliwiły likwidację cmentarzy, faktycznie prowadziły do zacierania śladów „niemczyzny” na „Ziemiach Odzyskanych”. Ale to nie ideologia była tu najważniejsza. W archiwum znalazłam sprawę weteranów z ostatniej wojny, którzy chcieli wybudować na Powązkach kwaterę ku czci poległych towarzyszy. Czarny granit szwedzki sprowadzili ze Słupska, bo usłyszeli, że łatwo jest go tam dostać. Skąd pochodził? Oczywiście z tamtejszych cmentarzy. Władze zdawały sobie sprawę, że poniemieckie miejsca pochówku są rezerwuarem marmuru, granitu czy piaskowca i trwa obrót tymi materiałami, nad którym władza – ani centralna, ani lokalna – nie ma kontroli. Legalizując proceder, zlikwidowano jednak wiele cmentarzy, przede wszystkim ewangelickich. Przy okazji usunięto z oczu ich rażące zaniedbanie. Katolickie były z reguły w dalszym ciągu użytkowane przez dochowywanie do niemieckich zmarłych, przekształcając się w pierwsze miejsca spotkań dwu społeczności: mieszkańców sprzed i po 1945. Za symboliczne uważam odwracanie tablic z napisanymi gotykiem niemieckimi nazwiskami, by umieścić na nich polskie.</p>
<p>Niedawno wybrałam się zobaczyć, jak w jednej z miejscowości niedaleko Wałcza, czyli dawnego Deutsch Krone, wygląda grobowiec pewnej rodziny niemieckiej. Wyposażona w kilka wskazówek ruszyłam do dawnego parku dworskiego, gdzie miała znajdować się kwatera, ale podczas poszukiwań sprawdziła się stara zasada: należy podążać za śmieciami. Tutaj moją uwagę zwrócił porzucony odkurzacz. To on doprowadził mnie do grobowca. I to jest kolejny problem z „poniemieckimi cmentarzami”, który trwa do dziś: ich zaniedbanie. Potłuczone pomniki, nieogrodzony teren, walające się śmieci. Widać, że żywi niewiele wiedzą o tych zmarłych i nie czują z nimi więzi, mimo że chodzą wytyczonymi przez nich drogami, mieszkają w ich domach, używają ich rzeczy.</p>
<p><strong>A jeśli jeszcze, jak w Zielonej Górze, Grünkreuzkirchhof idealnie nadawał się na park ze względu na wielkość, tarasowe położenie i piękny starodrzew&#8230; </strong></p>
<p>Albo jeśli cmentarz znajdował się w atrakcyjnym miejscu, na dodatek nie ujętym w planach zagospodarowania przestrzennego, otwierało się pole pod nowe „inwestycje”. Tylko w 2024 roku na Pomorzu Środkowym zlikwidowano lub naruszono dwa takie cmentarze (o tylu przynajmniej wiem). Jeden zaczęto przekopywać dla poprowadzenia linii wysokiego napięcia. „Zagospodarowywaniem” innego, położonego w centrum wsi, zainteresowano się dopiero po nagłośnieniu sprawy przez lokalne media. Nieco upraszczając sprawę, można powiedzieć, że jeżeli na „Ziemiach Odzyskanych” dostrzegamy boisko czy plac zabaw w jakimś nieoczywistym miejscu, prawdopodobnie utworzono je na miejscu dawnego cmentarza. Jego część podziemna wciąż istnieje, bo z reguły nie dokonywano ekshumacji.</p>
<figure id="attachment_2260" aria-describedby="caption-attachment-2260" style="width: 800px" class="wp-caption aligncenter"><img loading="lazy" decoding="async" class="wp-image-2260" src="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/06/Cmentarz-Krobielewko-Wikipedia-MOs810.jpg" alt="Mały cmentarz." width="800" height="450" srcset="https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/06/Cmentarz-Krobielewko-Wikipedia-MOs810.jpg 1000w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/06/Cmentarz-Krobielewko-Wikipedia-MOs810-300x169.jpg 300w, https://dialogonline.net/wp-content/uploads/2026/06/Cmentarz-Krobielewko-Wikipedia-MOs810-768x432.jpg 768w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /><figcaption id="caption-attachment-2260" class="wp-caption-text">Stary cmentarz ewangelicki w Krobielewku © Wikimedia, Mos810</figcaption></figure>
<p><strong>„</strong><strong>Niedołężna jest nasza publicystyczna mowa” – przyznaje Franciszek Gil, jeden z cytowanych przez Panią osadników. Jest zły i zawstydzony, że, jego zdaniem, nie potrafi opowiedzieć o swoim życiu w Szczecinie (gdzie wcale nie zamierzał zostać „na stałe”) tak, jakby należało. Pani książka przypomina gawędę: zaprasza Pani czytelnika do swojego świata, jak na wycieczkę, podczas której spotykamy tych samych ludzi w różnych okolicznościach, odwiedzamy miejsca w różnym czasie. Czasami pisze Pani wprost: „Przewróćcie stronę, musimy ustawić się w kolejce w dworcowej poczekalni i posłuchać, co się w niej mówi”. No więc, co usłyszeliśmy? </strong></p>
<p>Moich bohaterów w ruchu – stanie charakterystycznym dla „Ziem Odzyskanych”. Skupiając się na małych wycinkach krajobrazu, chciałam pokazać, jak wychodzą naprzeciw siebie, pojawiają się w tej samej przestrzeni i mijają, nic o sobie nie wiedząc. Jak siedem postaci na obrazie Andrzeja Wróblewskiego „Dworzec na Ziemiach Odzyskanych”, który przypomina mi dworzec w Pile.</p>
<p>Za pamiętnikiem czy dokumentem urzędowym zawsze stoi człowiek, na przykład Tadeusz Skoczeń, sekretarz PPR i członek jednej z grup operacyjnych wysłanych na „Ziemie Odzyskane”, który porusza się po nowym terenie bez map, więc pierwotnie jest przekonany, że siedziba powiatu jest w miejscowości Jastrow (dziś Jastrowie). Ale spostrzega swój błąd i rusza do właściwej stolicy, do Deutsch Krone. Z kolei Leonard Borkowicz, jeden z pełnomocników obwodowych Pomorza Zachodniego, z tego samego miasteczka chce zrobić tymczasową siedzibę województwa, gdyby w potwornie zniszczonej Schneidemühl, czyli Pile, otwarcie urzędu wojewódzkiego było niemożliwe.</p>
<p><strong>Komedia omyłek. </strong></p>
<p>Właśnie, bo jest ruch! Masa dokumentów źródłowych pozostałych po ludziach, którzy przyjechali na „Ziemie Odzyskane”, pozwoliła mi zajrzeć pod podszewkę obiegowych opinii. Uważano przecież, że na przyłączonych terenach osiedlali się przede wszystkim Kresowiacy, a nowi mieszkańcy mieli czuć się tam tak tymczasowo, że nikt do 1989 roku nie wbił gwoździa w ścianę, obawiając się powrotu Niemców. Założyłam, że ta historia – 80 lat od przesunięcia granic Polski na zachód – ma szansę poruszyć, o ile opowiem ją inaczej niż dotychczas.</p>
<p>A wracając do problemów językowych: warto zwrócić uwagę, że wciąż toczymy spory, jak adekwatnie nazwać tereny, które weszły w granice tej przesuniętej Polski. Nie mamy jednej nazwy. Podobnie, jak nie mamy jednego określenia na powstałą tam społeczność, którą stworzyli „repatrianci”, „przesiedleńcy”, „reemigranci”, „autochtoni”.</p>
<p><strong>Dlaczego ta historia wciąż powinna nas poruszać? Świadomość, że dziadkowie wielu z nas musieli opuścić rodzinne strony, uczyni nas bardziej wrażliwymi na migrantów dzisiaj? </strong></p>
<p>Pytania o przeszłość są za każdym razem pytaniem o nas samych – o tożsamość, która wytwarza się w miejscu, którego historię tworzyła do 1945 inna społeczność. Za kluczowe uważam samo ich pojawianie się, nawet gdybyśmy nie znajdowali na nie odpowiedzi. Pytania, rozszczelniając rzeczywistość, wprowadzają niepokój, który zaburza jej wygładzoną powierzchnię i pozwala pojawić się nowym znaczeniom. Co powiedziawszy zaznaczę, że można spokojnie żyć na „Ziemiach Odzyskanych”, nie zwracając uwagi na przykład na oczywistą na tych terenach podwójność miejsc i rzeczy. Spokój kończy się w momencie, kiedy po raz pierwszy zastanowi nas chociażby charakterystyczna odmienność napotkanego budynku. „Czy to był <em>Gasthaus</em>?” – zaczynamy pytać miejscowych. „Nie, szkoła” – odpowiadają. „Jaka szkoła?” – polemizują inni, bo pamiętają, że dzieci zaczęły się uczyć w tym budynku dopiero po wojnie, a co było za niemieckich czasów, trzeba sprawdzić w archiwum.</p>
<p>Zauważona podwójność miejsc i rzeczy zmienia patrzenie, gdyż uświadamiamy sobie, że nie byliśmy tu pierwsi. Ktoś mieszkał tu przed nami – ktoś konkretny, namacalny. Działa się jakaś historia, a nasi dziadkowie, którzy pojawili się na tych ziemiach osiem dekad temu, są jej ciągiem dalszym.</p>
<p><strong>Pani dziadek, Kazimierz Ćwiek, który przyjechał dobrowolnie w okolice Wałcza spod ubogich Pionek na Radomszczyźnie, podobnie jak babcia Christiane Hoffmann, Olga, brutalnie wysiedlona z Rosenthalu, nie mówili jednak nic. Skąd się wzięło milczenie pierwszego pokolenia? </strong></p>
<p>Zakładamy, że dopiero trzecie pokolenie, czyli wnuków, chce wiedzieć, co się stało. Pierwsze uczestniczy w wydarzeniach i bieżące wyzwania nie dają czasu na snucie opowieści. Druga generacja coś już wie, ale często nie dopytuje. Dopiero wnuki mają czas i przestrzeń na dociekliwość. Nie bez powodu wywiady podczas badań terenowych rozpoczynam od pytania: „Skąd pan/pani przyjechał/a?”. Albo ich rodzina. Czasami pada nazwa miejscowości, ale bywa, że rozpoczynają opowieść o tym, co wydarzyło się wcześniej, na przykład podczas wojny, decydując o ich osiedleniu się na „Ziemiach Odzyskanych”. Ludzie wyjeżdżali tam przecież także po to, by zatrzeć za sobą ślady ze względu na działalność konspiracyjną czy pochodzenie społeczne. Również pamiętniki, które powstawały podczas licznie ogłaszanych konkursów, miały zbliżone motywacje. Nawet jeśli niektórzy ich autorzy mieli problem z pisaniem, podejmowali ten wysiłek przekonani, że ich historia warta jest ocalenia i przekazania innym. Wynika z tego zresztą, że nie wszyscy w pierwszym pokoleniu wybierali milczenie.</p>
<p>Podobnie wyglądają wspomnienia niemieckich przesiedleńców przedstawione na przykład przez Christiane Hoffmann na przykładzie własnej rodziny. Podczas samotnej pieszej wędrówki przez ponad 500 kilometrów, które kilka dekad wcześniej musiał przejść jej ojciec jako 10-latek, pamięcią cofa się do tego, co było przed przesiedleniem. Wspomina wuja Manfreda, zagorzałego nazistę, który służył w Hitlerjugend i pod koniec wojny zgłosił się do SS. Z wojny wyszedł jednak – jako jedyny z rodziny – bez szwanku i znakomicie urządził się w RFN. Historia tej rodziny nie rozpoczyna się więc zimą 1945, kiedy pod Rosenthal podchodzi Armia Czerwona. Hoffmann przypomina, jakie postawy w m.in. jej rodzinie doprowadziły do kataklizmu. Opisuje też, w jaki sposób jego skutki wpływały na jej ojca, na jej życie, a nawet na życie jej córek. Początek i koniec historii ludzi, którzy albo musieli wyjechać, albo chcieli się na opuszczonych terenach osiedlić, jest ważny. Pokazuje bowiem szersze tło: sięga do przyczyn, pokazuje skutki.</p>
<p><strong>Tematem Pani książki są historie bardzo tragiczne, ale jeśli ktoś myśli, że podczas jej lektury jest tylko strasznie – srodze się myli, bo czasami jest po prostu śmiesznie. Niedowiarkom polecam podrozdział „Wysunięta z grobu rączka”, zaopatrzona w pepeszę, do której kluczem jest baśń braci Grimm. </strong></p>
<p>Chyba nie bylibyśmy w stanie odebrać takiego nagromadzenia okrucieństw, do których doszło w okresie przesiedleń i migracji, gdyby skupić się w opisie tamtego czasu tylko na nich. Byłby to zresztą opis nieprawdziwy, bo ignorowałby codzienne życie, w którym zdarzały się także lepsze dni i zabawne zdarzenia. Taki był przecież mój zamiar: opisać codzienność czasów, kiedy dochodziło do „odzyskiwania i utraty” miejsc, które są moimi stronami rodzinnymi.</p>
<p><strong>„</strong><strong>Etnografia w domu” – tak Pani to nazywa. </strong></p>
<p>Czyli prowadzona w miejscu pochodzenia, a ja od zawsze chciałam pokazać historię Pomorza Środkowego, które jako odwieczne pogranicze i peryferie często umyka zainteresowaniu. Na dodatek zamierzałam prowadzić opowieść przez pryzmat wsi i miasteczek „Ziem Odzyskanych”, a nie tylko dużych miast.</p>
<p>Uważa się, że etnograf to badacz, który zawsze przychodzi za późno. Ja pojawiłam się za wcześnie, bo kiedy żyli moi dziadkowie, byłam za mało doświadczoną badaczką, by umieć wypytać ich o wszystko, co istotne. Potrzebowałam więc historii innych ludzi, by zmierzyć się z mitem „odzyskiwania”. Czy wciąż istnieje? A jeśli tak, to gdzie? Wciąż zresztą o to pytam i notuję.</p>
<p><em>Z Karoliną Ćwiek-Rogalską rozmawiała Anna Mateja. </em><strong> </strong></p>
<p><em>Karolina Ćwiek-Rogalska jest bohemistką i etnolożką, pracowniczką Instytutu Slawistyki PAN. W badaniach skupia się na antropologii krajobrazu i kulturze terenów poprzesiedleniowych słowiańskiej części Europy Środkowej, w tym kontekście prowadząc studia nad pamięcią i nad rzeczami. Autorka książek „Zapamiętane w krajobrazie” (Warszawa 2018) i „Ziemie. Historie odzyskiwania i utraty” (Warszawa 2024). </em></p>
<p><em>Powyższy wywiad ukazał się w DIALOGU nr 151 (2025). </em></p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/06/02/nasze-nie-nasze/">Nasze, nie nasze</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://dialogonline.net/pl/2026/06/02/nasze-nie-nasze/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>&#8222;Ziemie Odzyskane&#8221; to uczciwy termin</title>
		<link>https://dialogonline.net/pl/2026/06/01/ziemie-odzyskane-to-uczciwy-termin/</link>
					<comments>https://dialogonline.net/pl/2026/06/01/ziemie-odzyskane-to-uczciwy-termin/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Zbigniew Rokita]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 01 Jun 2026 14:32:37 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Polityka tożsamościowa]]></category>
		<category><![CDATA[Śląsk]]></category>
		<category><![CDATA[Ziemie Odzyskane]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://wordpress.p658519.webspaceconfig.de/2026/06/15/ziemie-odzyskane-to-uczciwy-termin/</guid>

					<description><![CDATA[<p>Dwa lata temu ukazała się moja książka „Odrzania. Podróż po Ziemiach Odzyskanych”. Wydając ją, do końca wahałem się, co począć z nieszczęsnym terminem ziemioodzyskańczym. Czułem, że opisywanej krainie należy się nowy język, dlatego zaproponowałem bajkowy termin „Odrzania”. I nawet jeśli niektóre z dzielnic „Ziem Odzyskanych” leżą nad zupełnie innymi rzekami, a takie miasta jak Gdańsk [&#8230;]</p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/06/01/ziemie-odzyskane-to-uczciwy-termin/">&#8222;Ziemie Odzyskane&#8221; to uczciwy termin</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p>Dwa lata temu ukazała się moja książka „Odrzania. Podróż po Ziemiach Odzyskanych”. Wydając ją, do końca wahałem się, co począć z nieszczęsnym terminem ziemioodzyskańczym. Czułem, że opisywanej krainie należy się nowy język, dlatego zaproponowałem bajkowy termin „Odrzania”. I nawet jeśli niektóre z dzielnic „Ziem Odzyskanych” leżą nad zupełnie innymi rzekami, a takie miasta jak Gdańsk na złość moim koncepcjom znajdują się nad Wisłą, chciałem w ten sposób podkreślić osobność tego obszaru wobec drugiej Polski, tej Polski-Polski, Wiślanii (do tego dodałem jeszcze trzecią Polskę, która dopiero czeka na swoich biografów: Zabużanię). Nie zresztą ja jeden chciałem dać rzeczy nowe słowo. W ostatnich latach mamy wysyp ziemioodzyskańczych neologizmów: Ziemowit Szczerek zaproponował <em>Poniemiecję</em>, Sławomir Sochaj <em>Niedopolskę</em>, Tomasz Bonek <em>Repatrland</em>, Karolina Ćwiek-Rogalska <em>Ziemie</em>, a Filip Springer <em>Krainę</em>. Niemal każdy, kto bierze się za bary z tym tematem w literaturze faktu, podejmuje tę próbę.</p>
<p>I choć w podtytule książki „Ziemie Odzyskane” ostatecznie zawarłem, to jedyny w całej „Odrzanii” przypis poświęciłem właśnie na to, aby się od tego terminu zdystansować. Wtedy tak czułem. Dziś, po kilkudziesięciu spotkaniach autorskich i setkach rozmów z czytelnikami, czuję już inaczej. Dziś uważam, że termin „Ziemie Odzyskane” jest adekwatny i chętnie po niego sięgam.</p>
<p>***</p>
<p>Najpierw twierdziłem, że to nadal termin propagandowy i lepiej go unikać. Jasne, pojawił się wraz z aneksją przez Polskę Zaolzia w 1938 roku, jednak zawrotną karierę zrobił dopiero po II wojnie światowej w odniesieniu do ziem poniemieckich (kolejne kłopotliwe słowo). Rozumiałem jego obciążenia: że komunistyczna propaganda; że miasta takie jak Wrocław od wieków nie dzieliły historii z Polską; że trudno odzyskać coś, co do kogoś nie należało, a taki Szczecin to, prawdę powiedziawszy, nigdy z Polską nie miał wiele wspólnego itd.</p>
<p>Jednocześnie, pracując nad książką, rozmawiając z ostatnimi osadnikami, czytając ich wspomnienia, coraz bardziej rozumiałem, że ta propaganda państwa i Kościoła katolickiego była pożyteczna – pozwalała ludziom poczuć się nie jak zdobywcy (taka perspektywa była bliższa sowieckiemu osadnictwu w obwodzie kaliningradzkim), lecz jak ci, którzy wracają na należne im miejsce, robiąc to nie dzięki sile, a sprawiedliwości. Opowieści o Piastach i kamieniach, które mówią po polsku, pozwalały im się zadomowić, zwalczyć niepewność, obawy, zintegrować kraj w jedno. Niemniej – nawet jeśli pożyteczna, wciąż była to propaganda, która czasem bardziej stykała się z rzeczywistością, a czasem była zupełnym zmyśleniem.</p>
<p>Później, gdy propaganda odegrała już swoją rolę, pozostała martwa terminologia. Było z nią trochę tak, jak z niektórymi frazami, których używamy jednocześnie błędnie i poprawnie. Na przykład osoba, która mówi o zachodzie czy wschodzie słońca, nie odrzuca przecież heliocentryzmu, Mikołaja Kopernika i nie twierdzi, że słońce kręci się wokół ziemi – nie będąc geocentrystami powinniśmy mówić wszak raczej o zachodzie i wschodzie ziemi, a nie słońca. Używamy jednak błędnej frazy, nie zgadzając się z nią. Słowo znaczy coś innego niż znaczy. Takich przykładów jest wiele i tak było przez długie lata z terminem „Ziemie Odzyskane”.</p>
<p>Gdy kilka lat temu pracowałem nad „Odrzanią”, też kręciłem nosem na ten termin, bo tak każe poprawność polityczna. Zapominałem jednak w ten sposób o ważnej lekcji: gdy to tylko możliwe, lepiej reinterpretować niż niszczyć. Bo czasem jest jeszcze inaczej – czasem symbole nie tyle się zużywają, co zaczynają symbolizować coś innego. Pamiętam jak kiedyś profesor Ewa Chojecka, wtedy 88-letnia historyczka sztuki, opowiadała mi o tym na innym przykładzie w rozmowie dla „Dziennika Gazety Prawnej”: „Pałac Kultury i Nauki to część naszej historii, która nie zawsze jest łatwa i nie zawsze jest czarno-biała. Ten budynek nabrał z czasem nowych znaczeń. To pomnik stalinizmu, którego nie ma, bo stalinizm przepadł, a budynek został. Może warto zawiesić więc na nim tabliczkę z napisem: ‘Pomnik zwycięstwa nad komunizmem’. Tak, Pałac jest symbolem porażki komunizmu. Pamiętam, gdy go budowano. Warszawa leżała w gruzach, on miał dominować nad miastem i rzeczywiście dominował, nie przewidywano, że wokół niego powstaną wieżowce. Ale po 1989 roku on zmienia swój sens. Teraz jest otoczony wieżowcami postmodernizmu i już nie panuje nad Warszawą. Musiał się swoją władzą mocno podzielić i dziś wobec mocarnych wieżowców jest coraz bardziej chuchrem”.</p>
<p>I w tym samym sensie hasło „Ziemie Odzyskane” ponownie po latach ma sens, a być może pierwszy raz w swojej historii jest terminem uczciwym. Bo mieszkańcy różnych dzielnic tej zachodnio-północnej krainy naprawdę te ziemie odzyskali.</p>
<p>***</p>
<p>Nie odzyskali ich jednak tak, jak chcieli komuniści – w imię sprawiedliwości dziejowej po tysiącletniej wojnie niemiecko-polskiej. Odzyskali je od komunistów, wyrwali je powojennej propagandzie i oswoili po raz drugi, ale tym razem samodzielnie i na swoich warunkach. Po umownym 1989 roku coraz bardziej zaczynali interesować się tym, co było tu wcześniej, co działo się w ich kamienicach, na placach; kto mieszkał w Breslau czy Gleiwitz na milisekundę przed Wielkim Wybuchem Ziem Odzyskanych. Jasne, większość poprzestawała na obejrzeniu swoich nowych ojczyzn z lepszego profilu: wystarczyły im sepiowe zdjęcia promenad, kawiarni i mężczyzn w melonikach. Niewielu chciało iść dalej, dowiedzieć się czegoś o Żydach, o robotnikach przymusowych czy o programie T-4, w ramach którego naziści dokonywali zbrodni na ludziach niepełnosprawnych (jak np. w olsztyńskim Kortowie, na dzisiejszym kampusie Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego). Każdy odzyskiwał te ziemie tak jak chciał.</p>
<p>Zainteresowaniu „Ziemiami Odzyskanymi” sprzyja dziś wiele okoliczności. To dobra literatura piękna i próba opowiedzenia tych ziem przez osadników oraz ich dzieci, zamiast wcześniejszego bycia opowiadanym – to twórczość Joanny Bator, Olgi Tokarczuk i paru innych osób. To wiele pozycji reporterskich i popularnonaukowych: od Piotra Oleksego przez Filipa Springera po Karolinę Kuszyk. Ukazało się kilka ciekawych pozycji na ten temat, a nie wspominam nawet o literaturze o niższych nakładach – albumach, wspomnieniach czy opracowaniach historyków-amatorów, które nieustannie powstają w regionach (na których to materiałach my, reporterzy, często się opieramy). To też liczne publikacje naukowe, z których największy sukces osiągnęły świetne „Ziemie. Historie odzyskiwania i utraty” Karoliny Ćwiek-Rogalskiej. To też kultura popularna, jak seriale. „Ziemie Odzyskane” przez swoją tajemniczość są dla nich wdzięczną scenerią – to na przykład „Rojst”, „Belfer” czy „Wzgórze psów”. Fakt nagłego zniknięcia stąd starych mieszkańców i pojawienia się nowych sprzyja owej tajemniczości i napędza opowieści o złotych pociągach czy innych poniemieckich skarbach i duchach.</p>
<p>„Ziemie Odzyskane” są dziś sexy.</p>
<p>***</p>
<p>Z jednej strony, wydaje mi się, że upamiętnianie niemieckiej przeszłości tych ziem (tej bezpieczniejszej, najlepiej niezwiązanej z latami 1933–1945) wywołuje coraz mniejsze kontrowersje. Z drugiej strony, przykład szumu wokół gdańskiej wystawy „Nasi chłopcy” (2025) pokazuje, że być może co 20 lat, raz na pokolenie, musi wybuchnąć na nowo ta sama debata i niczego nie da się rozstrzygnąć raz na zawsze. Wszak nie zmienia się obserwowane, ale zmieniają się obserwujący i każdy musi się po swojemu ułożyć się z dawnym. Nie wiem natomiast, czy czekają nas jeszcze wielkie spory o poniemieckie, o przeszłość tych ziem. Być może pokolenie dzisiejszych licealistów przyjmuje tę przeszłość jako coś oczywistego, być może korpus wiedzy, jaki wypracują dzisiejsi 40-latkowie, zakończy debatę ziemioodzyskańczą.</p>
<p>***</p>
<p>Zaczynając pisać „Odrzanię”, byłem szczególnie ciekaw, na ile wytworzyła się wspólna tożsamość mieszkańców „Ziem Odzyskanych”. Otóż teraz już wiem – wspólna tożsamość ziemioodzyskańcza nie istnieje. Jasne, wiele łączy mieszkańców różnych dzielnic tej krainy („Region czy regiony?” – takie pytanie zadają w tytule publikacji autorzy tomu przygotowanego przez wrocławskie Centrum Zajezdnia). To nie tylko sprawy dawno rozpoznane, jak wspólnota doświadczeń przodków czy architektura. To też częste poczucie wyższości wobec Kongresówki i Galicji oraz dystans do Polski-Polski (wyrażany w języku: „Bo u nas tak, a w Polsce tak”). To dobre konotowanie poniemieckiego (solidność, uroda) – w Wiślanii niejednego by dziwiło. To poczucie bycia pomijanym w głównym nurcie polskiej opowieści (oczywiście, inaczej jest w Zielonej Górze i w Szczecinie, a inaczej w Gdańsku, który jest silnie obecny w polskim imaginarium). Mieszkańców tych ziem łączy wiele, ale ta ziemioodzyskańczość kojarzy mi się czasem ze słowiańskością: może skłaniać do szukania zbieżności, ale nie przekłada się na poczucie solidarności czy powszechnego poczucia wspólnotowości.</p>
<p>***</p>
<p>Nie, „Ziemie Odzyskane”, „Odrzania” nie są drugą Polską. Często Ełk łączy więcej z Białymstokiem niż z Olsztynem. Ale tak jak pisze się historię Europy, obserwując na przestrzeni kilkuset stron z jednej perspektywy Łotwę i Portugalię, Andorę i Albanię, tak ciekawie czasem oglądać „Ziemie Odzyskane” jako jedno – nawet jeśli nie są spójną krainą i nigdy nie były.</p>
<p>Dziś łączy je być może zmaganie się z pamięcią, poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, kim mamy na tych ziemiach być: zdobywcami, których nie interesuje tutejsza przeszłość, czy spadkobiercami, którzy chcą coś kontynuować, tworząc te wszystkie „Bresławie” i „Zielone Bergi”? Te dylematy to wreszcie spór centrum z peryferiami i negocjowanie tego, na ile regiony mogą pamiętać po swojemu, a na ile mamy wszyscy pamiętać podobnie.</p>
<p>I to właśnie było moim największym odkryciem po napisaniu „Odrzanii”. „My też jesteśmy Odrzanią!” – powiedzieli mi czytelnicy na spotkaniu autorskim w Poznaniu. To jeszcze mogłem zrozumieć: wielu Poznaniaków odczuwa szacunek do cywilizacji niemieckiej, zachowuje dobrą pamięć o wielu Niemcach itd. Ale zdziwiłem się zupełnie, gdy to samo usłyszałem w Łodzi. I zaczęli Łodzianie mi wymieniać, czego w głównym nurcie polskiej pamięci nie ma, a co jest dla nich ważne – to na przykład industrializacja albo rewolucja 1905 roku, która w polskiej pamięci zapisała się jako próba generalna przed rewolucją bolszewicką, a która w takich miastach jak Sosnowiec czy Łódź jest ważnym elementem tożsamości. Akcesy do odrzańskiej krainy słyszałem później jeszcze w wielu miejscach, geograficznie zupełnie z „Ziemiami Odzyskanymi” niezwiązanych. Jakby wszyscy chcieli porzucić Wiślanię.</p>
<p>Bo wiele regionów Polski, nie tylko Śląsk czy Kaszuby, mają swoją, inną od umownej warszawsko-krakowskiej pamięć. I być może znacznie większy kawałek Polski niż tylko poniemiecka jedna-trzecia jest „Ziemiami Odzyskanymi”. Ziemioodzyskany jest dziś każdy, kto chce odzyskać swój region, zerwać z silnym wciąż wśród Polaków przeświadczeniem, że Polska jest jednorodna i nie ma w niej miejsca na różnorodność etniczną, konfesyjną, językową czy w zakresie pamięci.</p>
<p>Otóż Polska w latach 1939–1948 przeszła rewolucję demograficzną: z jednego z najbardziej wielonarodowościowych, wielokonfesyjnych i wielojęzycznych społeczeństw Europy stała się jednym z najbardziej jednolitych społeczeństw świata. Rewolucja była tak ogromna, że przywykliśmy do myśli, że jesteśmy tacy sami. A nie jesteśmy. I spory o Güntera Grassa, „Naszych chłopców” czy język śląski to tylko wierzchołek góry lodowej, widoczny przejaw kotłujących się procesów rośnięcia w siłę tożsamości regionalnych – nie tylko tych na „Ziemiach Odzyskanych”, ale dziś może przede wszystkim właśnie tam. W Polsce trwa rewolucja regionów, oddolna decentralizacja pamięci i demokratyzacja polskości.</p>
<p><em>Powyższy tekst ukazał się w DIALOGU nr 151 (2025). </em></p>
<p><img loading="lazy" decoding="async" class="alignnone size-medium wp-image-1668" src="http://wordpress.p658519.webspaceconfig.de/wp-content/uploads/2026/06/Aglo-Verlag-Znak-Literanova-185x300.webp" alt="" width="185" height="300" /></p>
<p>Der Beitrag <a href="https://dialogonline.net/pl/2026/06/01/ziemie-odzyskane-to-uczciwy-termin/">&#8222;Ziemie Odzyskane&#8221; to uczciwy termin</a> erschien zuerst auf <a href="https://dialogonline.net/pl/">DIALOG online ► Deutsch-Polnisches Magazin</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://dialogonline.net/pl/2026/06/01/ziemie-odzyskane-to-uczciwy-termin/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
	</channel>
</rss>
