Czy Pani Profesor już wie?
Skąd jestem? I tak, i nie.
Rozpocznijmy od tego, co Pani wie.
Moja córka Monika, która przekonywała mnie, że powinnam spróbować dowiedzieć się czegoś o sobie, z okazji Dnia Matki zrobiła mi prezent: pobrała wymaz z moich policzków i wysłała go do Hamburga. Do instytutu, który przeprowadza badania genetyczne dla ustalenia pochodzenia. Otrzymałam wynik: 98 proc. genów żydowskich, 2 proc. bałkańskich.
Niemcy mają pewne tradycje w ustalaniu pochodzenia…
Paradoks, prawda? A co do moich korzeni, najpewniej żydowskich: czułam to. Całe życie byłam wrażliwa na kulturę żydowską. Sporo o niej czytałam, napisałam książkę „A bliźniego swego… Kościoły w Niemczech wobec ‘problemu żydowskiego’”. Była pani w Tykocinie? Nie mogłam się napatrzyć na ten dawny sztetl. Na synagogę i Mały Rynek, który był centrum żydowskiej części miasta. Na macewy zanurzone w krzakach porastających cmentarz. Na bocznej ścianie jednego z ocalałych domów wypatrzyłam gwiazdę Dawida. Niedawno dopiero poznałam wiersz Wisławy Szymborskiej „Jeszcze”, opublikowany w tomiku z 1957 roku. Ten, który zaczyna się od słów: „W zaplombowanych wagonach/ jadą krajem imiona…”. Bardzo mnie poruszył.
Jeżeli wynik hamburskich badań jest prawdziwy, prawdopodobnie jest Pani żydowskim dzieckiem wyniesionym z warszawskiego getta. Przejdźmy teraz do tego, czego Pani wciąż nie wie.
Kim byli moi biologiczni rodzice? Gdzie mam szukać ich prochów? W Auschwitz? W Treblince? Najpewniej mam krewnych, choćby dalekich, ale jak ich odnaleźć? Chciałabym wiedzieć, kim byłam, nim znalazłam się jesienią 1943 roku w jednym z krakowskich domów dziecka, gdzie mnie przywieziono w transporcie dzieci z sierocińca na Żoliborzu w Warszawie.
Pani wiek oszacowano na dwa lata. Do metryki wpisano wymyśloną datę urodzenia: 28 października 1941 roku – dzień imienin Pani adopcyjnego taty Tadeusza Wolffa, syna Austriaka, który czuł się Polakiem, więc po wybuchu wojny nie skorzystał z możliwości zmiany obywatelstwa.
Dziadka widziałam tylko raz: w 1945 roku, kiedy rodzice, wracając do Wągrowca w dawnym Kraju Warty, skąd zostali wysiedleni w pierwszych tygodniach okupacji, zatrzymali się w Trzemesznie. Jego żona, a moja babcia, już nie żyła. Zmarła podczas powstania warszawskiego. Dlaczego wyjechała do Warszawy i nie mieszkała razem z mężem – nie wiem. Ich najmłodszego syna Niemcy rozstrzelali w 1939 roku. Drugi zmarł w gnieźnieńskim szpitalu pod koniec wojny. Podobno dlatego, że nie otrzymał leku, którego było niewiele i lekarz zdecydował, że w takiej sytuacji pierwszeństwo w jego otrzymaniu ma Niemiec. Dziadek miał sklep. Wiele lat po wojnie mama przyznała, że nie lubiła tam chodzić, bo za wszystko musiała płacić, jak każdy inny klient, nawet za cukierki dla mnie. Domyślam się więc, że dziadek miał głowę do interesów i był raczej sknerą.
Skąd wziął się Tarnopol – miasto na południowo-wschodnich rubieżach II Rzeczypospolitej, które we wrześniu 1939 roku zajęły jednostki Armii Czerwonej? Dlaczego tam właśnie miała Pani się urodzić?
Bo było daleko i za granicą, więc trudno byłoby sprawdzić, czy faktycznie moi rodzice byli tam podczas wojny. Zapytałam mamę, jak się tam znaleźli. Usłyszałam, że tato miał pracować w firmie transportowej i Niemcy wysłali go do pracy właśnie tam. Na tereny dopiero co zabrane Związkowi Radzieckiemu, z którym wojna rozpoczęła się w czerwcu 1941 roku, czyli cztery miesiące przed moim przyjściem na świat? I mama, już w ciąży, miałaby podążyć za ojcem na przyfrontowe rubieże, by mnie tam urodzić? Miałam takie wątpliwości, ale zastanawiałam się nad nimi sama.
Innym razem zapytałam, gdzie mama mnie urodziła: w domu czy w szpitalu? „W domu” – odpowiedziała. Ale jakiś czas później wyznała: „w szpitalu”. Zapamiętałam tę sprzeczność, a mama nie połapała się, że albo za pierwszym, albo za drugim razem nie mówiła prawdy. Żeby kłamać, trzeba mieć dobrą pamięć, mamę pamięć ewidentnie zawodziła.
Dlaczego nie zapytała Pani o tę sprzeczność wprost?
A dlaczego miałam stawiać mamę w niekomfortowej sytuacji? Moje pokolenie nie zadawało rodzicom pytań, które uznano by za niewłaściwe, bo na przykład były zbyt dociekliwe i zmuszały do tłumaczenia się przed dziećmi. Tak właśnie działo się w Niemczech, gdzie dopiero wnuki zaczęły pytać dziadków o to, co robili podczas wojny. Dzieci nie pytały. Albo uważały, że nie ma o co, bo ich to nie interesowało. Albo nie miały śmiałości pytać o sprawy, które zmuszałyby rodziców do opowiadania o trudnych sprawach.
Kolejny paradoks: moje adopcyjne podejrzenia pomógł ostatecznie wykrystalizować pewien Niemiec – Eberhard Schulz, slawista, którego znałam od lat. Zakochałam się w nim, z wzajemnością zresztą, a że oboje byliśmy owdowiali, chcieliśmy się pobrać. Miałam 55 lat, kiedy w 1996 roku zaczęłam kompletować dokumenty potrzebne do zawarcia ślubu i w tym celu pojechałam do Wągrowca, gdzie się wychowałam. Tato już nie żył, zmarł w 1973 roku. Zapytałam więc mamę, dlaczego nie mogę znaleźć w domu mojego aktu urodzenia? Mama obiecała zająć się tym i faktycznie po jakimś czasie wręczyła mi potrzebny papier. Wtedy miałam już poważne wątpliwości co do swojego pochodzenia. Jak echo wróciła też do mnie sytuacja sprzed lat, gdy ciocia, którą czymś jako dziewczynka zdenerwowałam, rzuciła w gniewie: „ty bękarcie!”. Zapamiętałam to słowo i moje zastanawianie się nad powodami, dla których ciocia tak mnie określiła. Jakiś czas temu w pewnym piśmie prawicowym przeczytałam określenie: „bękarty z TVN-u”.
Ja z kolei przeczytałam w Pani tekstach, że „wojny zaczynają się od słów”. Od „bękartów” mogłaby się rozpętać walka?
Jak najbardziej. Od „zdradzieckich mord” również. Przeraża mnie, że mimo tej nienawiści, poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości w każdym badaniu utrzymuje się na poziomie mniej więcej 30 proc. Wedle najgorliwszych zwolenników, ich partia może zrobić i powiedzieć wszystko, a i tak będą ufali jej działaczom. Mam osoby w rodzinie, które opowiadają mi, że premier Donald Tusk wyprzedaje Polskę Niemcom i jeździ do Berlina po instrukcje, jak pisać polską historię. Pytam, skąd to wiedzą? Ze swoich, czyli prawicowych mediów: stacji telewizyjnych, pism i portali. O źródłach informacji, które im sugeruję, by sięgnęli po nie dla wyrobienia własnego zdania, nie chcą nawet słyszeć. Przyznaję, że nie polemizuję z nimi. Po prostu rozmawiamy o czym innym. Nie chcę, żeby polityka poróżniła nas gruntownie i doprowadziła do zerwania kontaktów. Całe życie tęskniłam przecież za liczną rodziną, bo tato w obawie, że jego krewni powiedzą mi o moim pochodzeniu, nie kontaktował się z nimi.
W takim razie wracajmy do Niemca, którego żoną została kobieta w wieku dwóch lat mówiąca jedynie: „boję Niemca”.
Kiedy wychodziłam za mąż za Eberharda, jeszcze tego nie wiedziałam. Nigdy nie podzieliłam się z rodzicami wątpliwościami odnośnie swojego pochodzenia, wiedząc, że zrani ich mój brak zaufania. Prawdopodobnie nie potrafiliby mi o tym opowiedzieć, więc skłamaliby, raniąc się kolejny raz. Tym razem świadomością, że nie powiedzieli mi prawdy. Moi adopcyjni rodzice dali mi cudowne dzieciństwo. Byłam chcianym i kochanym dzieckiem, któremu wiedza o pochodzeniu nie była do niczego potrzebna. Do tematu wróciłam po śmierci mamy, która odeszła trzy lata po moim ślubie, w 1999 roku. Zdawałam sobie sprawę, że jeśli istnieją jeszcze jakieś tropy, to w Krakowie, gdzie rodzice przeżyli okupację. Wciąż żyła tam siostra mamy, moja matka chrzestna, która mieszkała wówczas z nimi.
Nie było łatwo. Opowiadałam jej o swoich przypuszczeniach. Zwracałam uwagę na moją urodę, którą wyraźnie różniłam się od innych krewnych. Ciocia machnęła tylko ręką. „Jesteś nasza” – skwitowała. Nie ustępowałam. Dobiegała dziewięćdziesiątki. Zdawałam sobie sprawę, że jeśli ona odejdzie, już nie będę miała kogo pytać. Przekonało ją moje dość stanowcze stwierdzenie: „mam prawo wiedzieć”. Wtedy dowiedziałam się, że mama po przesiedleniu z Wągrowca do Krakowa przeszła operację, w wyniku której stała się bezpłodna (prawdopodobnie była to jedna z komplikacji po perforacji wyrostka robaczkowego). Gdy już doszła do siebie, zdesperowana wysłała męża do najbliższego domu dziecka. Tato poszedł po dziewczynkę, bo chcieli mieć córeczkę. Na miejscu dowiedział się jednak, że dzieci do adopcji nie ma, ale za tydzień ma być transport dzieci z Warszawy.
W tym transporcie była na oko dwuletnia dziewczynka, o której wiedziano, że…
Nic nie wiedziano. Byłam N.N. Rodzice dali mi imiona Anna Teresa. Do archiwum w Krakowie, gdzie znajomy historyk poradził mi poszukać ewentualnych informacji o dzieciach adoptowanych podczas wojny, poszłam z Eberhardem. I to on właśnie, przeglądając dokumenty Polskiego Komitetu Opiekuńczego Kraków-miasto (oddziału Rady Głównej Opiekuńczej, czyli jedynej zalegalizowanej przez Niemców polskiej organizacji charytatywnej), znalazł nazwisko Wolffów na liście rodzin, którym oddano dzieci do adopcji. Informacja o mnie, ale sporządzona dopiero w 1945 roku, przed powrotem rodziców ze mną do Wągrowca, brzmiała: „N.N. Anna Teresa, lat 4, z internatu na Żoliborzu, prawdopodobnie sierota. U państwa Wolffów, Kraszewskiego 6/8. Dziecko bardzo trudne”.
Ulica Kraszewskiego znajduje się na Półwsiu Zwierzynieckim, w zachodniej części miasta, łączy plac Na Stawach z Błoniami.
Niczego nie pamiętam z tamtego czasu, a rodzice unikali tematów związanych z przeszłością, zwłaszcza opowieści o okupacji spędzonej w Krakowie. Za całą historię musi mi wystarczyć kilka migawek opowiedzianych przez ciocię. W jednej chwytam za rękę mężczyznę, którego widzę po raz pierwszy w życiu. To mój tato. Wszedł do sali i rozglądał się za dziewczynką, która miała zostać córką jego i jego żony. Wychodzi więc na to, że rodzinę wybrałam sobie sama, a czas pokazał, że nie mogłam trafić lepiej! Od syna mojej chrzestnej dowiedziałam się, dlaczego uznano mnie za „dziecko bardzo trudne”. Otóż, kiedy chwyciłam mojego tatę za rękę, miałam już za sobą jedną adopcję – nieudaną. Wzięły mnie na wychowanie dwie panie, jednak po kilku dniach przyprowadziły z powrotem. Widać byłam nieznośna. Na szczęście!
W innej migawce boję się krzyków, dużych sal i cały czas mówię: „boję Niemca”. W kolejnej robią mi zdjęcie na Plantach w drodze do kościoła św. Mikołaja, gdzie mnie ochrzczono.
Ciekawa świątynia. W 1910 roku wziął tam ślub Feliks Dzierżyński, natomiast od 2016 znajdują się w nim doczesne szczątki bł. Hanny Chrzanowskiej, pielęgniarki. Podczas wojny, jako pracownica RGO, zajmowała się m.in. szukaniem domu dla sierot, także dla ukrywanych dzieci żydowskich. Całkiem możliwe, że sprawa dziewczynki N.N., przywiezionej z Warszawy, przechodziła przez jej ręce.
Parę lat temu zwiedzałam z Tomkiem Dostatnim, dominikaninem, ośrodek Brama Grodzka w Lublinie, który m.in. zajmuje się gromadzeniem świadectw żydowskiej historii miasta. Do dzisiaj pamiętam szok, gdy zobaczyłam szyld „Teatr NN”, który również ma w ośrodku siedzibę. „Przecież to ja jestem NN” – pomyślałam od razu, trochę bez związku, przypominając sobie wpis na mój temat znaleziony w krakowskim archiwum.
Sąsiedzi, już po naszym powrocie do Wielkopolski, nie mieli podstaw do snucia podejrzeń, bo nie widzieli się z moimi rodzicami od momentu wysiedlenia w 1939 roku. Rodzina wiedziała, ale nie powiedziała. W tej błogości żyłam. Dziwiła mnie emocjonalność mojej matki. Wychodziłam popływać (w pobliżu Wągrowca są jeziora, przepływa rzeka Wełna), mama stała na progu domu, dopóki nie zniknęłam na horyzoncie, i płakała. Grałam w piłkę ręczną i sporo jeździłam na obozy sportowe. Przy każdym wyjeździe te same ceregiele: mama trzymała mnie za ręce i płakała, jakby bała się, że nie wrócę. Byłam już studentką historii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a ona, gdy jechałyśmy razem pociągiem, trzymała mnie za rękę. Dzięki tej czułości wyrosłam na świadomą swojej wartości osobę. Wtedy jednak niepokoiło mnie to, bo inni rodzice, choć kochali swoje dzieci, zapewniali im więcej przestrzeni.
Ustawiała nad Panią klosz swojej troski i miłości, który miał zatrzymać albo chociaż ochronić jej dziecko przed złym słowem?
Chyba o to właśnie jej chodziło, ale budziło moje podejrzenia, zwłaszcza kiedy pojawiały się we mnie wątpliwości, czy na pewno jestem z Wolffów. Szybko zresztą porzucane, bo poza tym, że miałam wspaniałych rodziców, dorastałam w małej społeczności, gdzie ludzie się znali i wspierali. Do zawartych tam przyjaźni wracałam całe życie. W tym sensie „mała ojczyzna” sowicie mnie wyposażyła: dzięki niej nigdy nie czułam się wyobcowana w tej „dużej”. Wiedziałam, gdzie znajduje się to miejsce na ziemi, które mnie ukształtowało i przygotowało do dorosłego życia.
Jako dziecko miałam w ogóle wrażenie, że jestem uprzywilejowana. Moi rodzice dwa razy stracili wszystko. Najpierw Niemcy ich wysiedlili i zabrali im kawiarnię, którą prowadzili przed wojną. W 1945 roku wróciliśmy do pustych ścian w Wągrowcu, ale mama i tato szybko otworzyli sklep cukierniczy. Sprzedawali nawet lody własnej produkcji, aż polegli w starciu z własnym państwem, które rozpoczęło walkę z prywatną inicjatywą. Zostaliśmy w jednym pokoju i przechodniej kuchni. Rodzice poszli na państwowe posady. Mama została sklepową, więc od rana do nocy nie było jej w domu. A ja i tak uważałam, że mam więcej niż inni, więc zainspirowana akcją „niewidzialna ręka”, opisaną w książce Arkadija Gajdara „Timur i jego drużyna”, co tydzień wynosiłam po kryjomu upieczone przez mamę ciasto i zanosiłam do koleżanki, która miała kilkoro rodzeństwa. Naturalnie wszyscy wiedzieli, kto to robi, ale mimo to lojalnie dochowywali tajemnicy.
Pamiętam do dzisiaj wszystkich sklepikarzy i rzemieślników z mojego miasteczka: ich nazwiska, lokalizacje. I jednego jedynego Żyda, który po wojnie zdecydował się wrócić do Wągrowca. Nazywał się Krohn albo Kohn i prowadził zakład jubilerski. Wyemigrował w 1968 roku, a kilka lat później zlikwidowano pozostały po Żydach cmentarz, wrzucając macewy do lokalnego jeziora. Dopiero w ostatnim czasie niektóre z nich udało się wydobyć. Uratowane stworzyły lapidarium w miejscowym parku.
Pozostali jacyś Niemcy?
Ani jednego. Eberharda zaprosiło kiedyś dziecko moich znajomych do swojego przedszkola, żeby jego koleżanki i koledzy mogli zobaczyć prawdziwego Niemca… Sama, niestety, nie miałam takiej możliwości. Chodziłam do przedszkola prowadzonego przez szarytki i obgryzałam paznokcie, dlatego czasami musiałam stać w kącie z dużą kością.
Po co?!
Żeby obgryzać ją zamiast paznokci.
Czy ta kość, a właściwie napiętnowanie z nią związane, wpłynęło na Pani życie religijne?
Wątpliwości duchowo-religijne przeżywałam, od kiedy zaczęłam dorastać, ale mimo to praktykowałam. Mój niemiecki mąż, który zawsze i we wszystkim mi towarzyszył, bywał ze mną także w kościele, choć wyrósł w rodzinie obojętnej religijnie. Pewnego dnia zapytał: „czemu tyle razy powtarzacie ‘Kyrie eleison’?”.
Przekładając z greki na polski: „Panie, zmiłuj się nad nami”.
Właśnie. „Co wtedy myślisz?” – zapytał. To był dla mnie punkt zwrotny. Uświadomiłam sobie, że wypowiadając w kościele pewne kwestie bez zastanowienia, nie odnoszę żadnego duchowego pożytku z mszy czy nabożeństwa. Więcej korzyści przyniesie mi więc czytanie „Tygodnika Powszechnego” czy dumanie podczas spaceru po łące. Postanowiłam niczego już w tej sferze nie robić mechanicznie, w wyniku jakoś tam rozumianego kościelnego posłuszeństwa. I tak spełniły się obawy pewnego księdza z Poznania, u którego pojawiłam się przed moim drugim ślubem. Zażądał zgody biskupa diecezji, gdzie mieszkał Eberhard, na udzielenie nam ślubu i nie krył obaw, że ten związek odwiedzie mnie od kościoła.
Bo zamierzała Pani stworzyć go z Niemcem?
Tak właśnie. Paradoksalnie, po raz pierwszy w życiu przestałam chodzić do kościoła także z powodu „kwestii narodowościowej”. Podczas wyborów w 1990 roku uczestniczyłam w mszy, po której celebrans poprosił jej uczestników o modlitwę, by „Indianin nie został prezydentem”. Chodziło o Stanisława Tymińskiego, faktycznie szemranego człowieka, ale zagrożeniem wedle tego księdza miało być pochodzenie jego żony – Peruwianki. Te słowa były dla mnie jak grom z jasnego nieba. Jak można mówić takie rzeczy?
Od tamtego czasu duchowni Kościoła katolickiego w Polsce wypowiedzieli tyle nieprawdopodobnych sądów, że wolę znowu zapytać o Niemców. Kiedy Pani Profesor, znakomita niemcoznawczyni, szefowa Instytutu Zachodniego w latach 1990–2004, zobaczyła po raz pierwszy wspomnianego przed momentem „prawdziwego Niemca”?
Byłam już bardzo dorosła. W ramach wymiany pracowników między Instytutem Zachodnim, gdzie mnie zatrudniono w 1969 roku, a katedrą marksizmu i leninizmu na uniwersytecie Korola Marksa w Lipsku, pojechałam do Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Pobyt trwał 10 dni. Jego wartością była przede wszystkim możliwość skorzystania z dużej biblioteki naukowej, która posiadała czytelnię przeznaczoną wyłącznie do lektury literatury zachodnioniemieckiej. Prowadziły do niej kręte, wąskie schody. Potrzebne też było pozwolenie na skorzystanie z jej zbiorów i duża sprawność w robieniu notatek, bo była czynna tylko do 13.00.
Ale czy ja w tym nieistniejącym już dzisiaj państwie spotkałam „prawdziwych Niemców”? Czy Friedrich, opiekun przydzielony mi przez uniwersytet w Lipsku, był kimś takim? Nie zdradził się, że zna biegle język polski, więc kiedy przebywał z nami, zachowywaliśmy się w jego towarzystwie swobodnie, na przykład krytykując kierownictwo czy opowiadając dowcipy polityczne. Kiedy jakiś czas później dyrekcja Instytutu Zachodniego oceniała pracowników, doceniono mnie za osiągnięcia w pracy naukowej, ale zarzucono, że „nie reprezentuję polskiej racji stanu”.
Czyli?
Zadałam sobie to samo pytanie. Jakiś czas później dowiedziałam się, że dyrekcja nieprzychylne opowieści na temat mojej osoby usłyszała od kolegów z NRD, w tym właśnie od robiącego sympatyczne wrażenie Friedricha. Było to przewrotne i nielojalne, ale czy oni mogli zachowywać się inaczej? W państwie Hitlera, liczącym 70 mln mieszkańców, aparat bezpieczeństwa liczył kilkanaście tysięcy funkcjonariuszy. W NRD, gdzie żyło 17 mln ludzi, Stasi zatrudniało ponad 200 tys. osób. Jak skuteczną inwigilację zapewnia tak rozbudowany aparat, przekonałam się, gdy podczas jednego z pobytów w Lipsku zaprosiła mnie do domu znajoma prawniczka. Przyjmowanie obcokrajowca w domu zdarzało się tak rzadko, że byłam przekonana, że jeśli ona na to się zdecydowała, może uda się wreszcie bardziej otwarcie porozmawiać. Jakże byłam naiwna! Oficjalny płaszczyk przywdziewany przez mieszkańców NRD w miejscach pracy szczelnie ich okrywał także podczas przyjmowania gości we własnym domu. Prawniczka wyjęła albumy historii ruchu robotniczego i spędziłyśmy wieczór na ich oglądaniu.
O rany!
No właśnie. Czy to była prawdziwa Niemka? Czy zuniformizowane państwo, w którym żyła, pozwalało jej na jakiekolwiek samodzielne działanie?
W 1976 roku po raz pierwszy wyjechałam do zachodnich Niemiec, na stypendium. Był 1 listopada, dzień wolny od pracy, więc chodziłam po opustoszałych ulicach Bonn, przyglądając się willom ulokowanym w zadbanych ogrodach. W powietrzu unosił się zapach podsmażanego na grillu mięsa. Poczułam ogromny kontrast między sobą, samotną mizerotą z poznańskiego blokowiska, a tą społecznością, która mimo wojny rozpętanej przez siebie trzy dekady wcześniej, żyła teraz w spokojnym dobrobycie. Czy na pewno widziałam w tych ludziach prawdziwych Niemców, czyli po prostu ludzi: ze swoją historią, własnym myśleniem? Wciąż chyba jednak byli dla mnie zbrodniarzami albo ich potomkami, którym z racji przeszłości odmawiałam prawa do spokoju i dobrego życia.
Kiedy autorka pracy doktorskiej o Polskim Związku Zachodnim, którą Pani miała gotową do obrony, gdy pojawiła się w Instytucie Zachodnim, porzuciła takie myślenie? Przypomnę, że PZZ był organizacją dość niemcożerczą, która po wojnie badała tzw. Ziemie Odzyskane, uzasadniając ich „odwieczną polskość”.
Taka była wówczas propaganda, ale jednak uzasadniona. Nowi mieszkańcy terenów nadodrzańskich i nadbałtyckich przez lata nie potrafili traktować ich jak swoich. Bali się powrotu Niemców, zmiany polityki państwa. W akcie zemsty niszczono nie tylko zabytki, ale nawet mapy terenów zalewowych. Szaber rzeczy pozostawionych przez Niemców stał się usankcjonowaną wymianą dóbr. Związek, opisując historię ziem, które przypadły Polsce po 1945 roku, przypominał, że nie możemy ich traktować jak zupełnie obcych, więc zasługujących wyłącznie na grabież i zniszczenie. Chyba nie opublikowałam wówczas tekstu, którego bym się wstydziła, zwłaszcza, że tereny te przypadły Polsce słusznie, więc ich zagospodarowanie i połączenie z nowym krajem było dla mnie oczywiste. Więcej: to była chyba jedyna sprawa, co do której społeczeństwo zgadzało się z władzą.
Wracając do pytania: moje myślenie zmieniało się stopniowo, ale ostatecznie i nieodwołalnie zmienił je Eberhard. Miał 18 lat, kiedy w 1944 roku został żołnierzem Wehrmachtu. Został ranny w nogę podczas ćwiczeń, co uchroniło go od wysłania na front dogorywającej wojny. Całe dorosłe życie przeznaczył na poznawanie krajów wschodniej Europy. W poczuciu winy, że brak wiedzy zrobił z niego łatwą zdobycz nazistowskiej propagandy, przez lata pracował nad gromadzeniem środków na stypendia dla naukowców i działaczy z krajów słowiańskich. Był ode mnie 15 lat starszy, więc nasze perspektywy także z tego powodu musiały być odmienne, ale dyskutowaliśmy o wszystkim, bez wątków tabu. Zabierał mnie też na doroczne zjazdy: klasowe, korporacji studenckiej, slawistów, na przykład w jakieś piękne miejsce pod Getyngą. Uczestnicy nie dostrzegali zresztą jego urody, bo wszyscy siedzieli w sali obrad po dziesięć godzin dziennie, słuchając referatów i dyskutując.
Ale o czym?
O Hitlerze! Dziesięć godzin analiz dziennie na temat powodów, dla których dali się uwieść Führerowi. Służyli w Wehrmachcie, bo otrzymali wezwanie do wojska, ale chcieli zrozumieć, dlaczego nie dostrzegali nachalności propagandy ani przemocy wobec innych narodów czy państw. Jak mogli traktować służbę Hitlerowi jako właściwie zaszczytną. Jak mogli śpiewać pieśni marszowe, w których mowa jest o pogardzie wobec innych, uznanych za słabszych, i o wyższości swojego narodu. Brzmiały pięknie, dobrze się maszerowało w ich rytm, zwłaszcza w hałasie stuku podkutych butów… Wtedy sobie uświadomiłam, że też śpiewałam pieśni marszowe. W chórze szkolnym. Pamiętam, jak się budowałam jako nastolatka poczuciem brania odwetu za krzywdy, śpiewając: „My ze spalonych wsi,/ My z głodujących miast…”.
Hymn Gwardii Ludowej – było nie było komunistycznej partyzantki.
Nie zastanawiałam się nad treścią, podobnie jak Eberhard i jego koledzy. Też mi się podobało, bo byłam w grupie i razem śpiewaliśmy do melodii łatwo wpadającej w ucho. Siostra mojego męża napisała wypracowanie, w którym dziękowała Hitlerowi za pracę dla rodziców i codzienny chleb (bo wcześniej były kryzys i bieda), ale w Polsce recytowaliśmy „Słowo o Stalinie” Władysława Broniewskiego. Nasza wiara w dziejową sprawiedliwość zaprowadzoną przez Armię Czerwoną nie była tak powszechna, jak w Niemczech w Hitlera-twórcę dobrobytu, co jednak nie wynikało z przyrodzonego nam rozsądku, lecz raczej z pewnej różnicy podejścia. U nich było ważne państwo i wszystko, co zarządzą jego instytucje. U nas – naród, więc nie raz dystansowano się od władzy. Tymczasem ani państwo, ani naród nie są ważne. Tylko człowiek się liczy i jego godność. Postawa Eberharda i jego przyjaciół, którzy całe życie starali się zrozumieć, dlaczego w młodości bezmyślnie poszli za dyktatorem, ostatecznie mnie w tym upewniła. To on również nauczył mnie patrzenia na tamte wydarzenia z perspektywy Niemców.
Moje pokolenie potrzebowało czasu, żeby nie widzieć w Niemcach jedynie agresorów, z niemal wbudowanym genem zbrodniczości. Jeszcze moja córka stykała się z taką propagandą – na lekcjach historii, w filmach wojennych. Kiedy więc na katechezie padło pytanie o sprawcę ukrzyżowania Chrystusa, odpowiedziała: „Niemcy”. Tymczasem do popełniania zbrodni, zwłaszcza na masową skalę, może dojść wszędzie, o ile zostaną spełnione określone warunki, na przykład ideowe czy polityczne. Dzisiaj tworzy je kryzys migracyjny na Morzu Śródziemnym czy przy granicy polsko-białoruskiej. Wyłączanie terenów spod działania prawa, zamykanie na lata w obozach dla uchodźców, przepychanie ludzi przez granicę mogą zadziałać jak iskra. Zwłaszcza ta ostatnia praktyka powinna budzić jednoznacznie złe skojarzenia, bo tak właśnie Niemcy postąpili ze swoimi żydowskimi współobywatelami pod koniec lat 30. Dlaczego więc takie działania tych wspomnień nie budzą?
Odpowiem Wyspiańskim: „Myśmy wszystko zapomnieli…”. Kiedy zaczęła się Pani uczyć niemieckiego?
Kiedy przyjęto mnie do pracy w Instytucie Zachodnim i jako pierwsze zadanie otrzymałam systematyczne przygotowywanie prasówki z czasopism wydawanych przez organizacje ziomkowskie w Niemczech.
Nie zapytano Panią o znajomość niemieckiego przy przyjmowaniu do pracy?
Na szczęście nie zapytano, bo inaczej nie przyjęto by mnie do Instytutu, a ja marzyłam o pracy naukowej! Na asystenturę po studiach historycznych na UAM nie miałam szans, mimo że byłam piątkową studentką, bo nie było etatów. No i ktoś musiałby mnie polecić, a ja nie miałam protektora. Studiów doktoranckich nie było, dlatego pracę doktorską pisałam samodzielnie, licząc, że dzięki temu uda mi się za jakiś czas znaleźć miejsce właśnie w Instytucie Zachodnim. Czekałam pięć lat.
Jak zarabiała Pani na życie?
Ucząc historii w szkole podstawowej na poznańskim Grunwaldzie. W życiu ważna jest pasja, a ja zawsze miałam szczęście robić to, co lubię. Opuściło mnie ono chyba tylko raz w życiu, kiedy dyrektor tej podstawówki usiłował mnie wysłać na Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu. Zapytałam: „Po co?”. Byłam historyczką, więc wiedziałam co trzeba na ten temat i dodatkowy kurs nie był mi potrzebny. Co jednak ważniejsze: nie miałam na to czasu. Po pracy w podstawówce biegłam na kilka lekcji prowadzonych w szkole średniej. Musiałam dorabiać, bo mój pierwszy mąż miał problemy zdrowotne i nie zawsze mógł pracować na cały etat. Zbierając materiały do doktoratu, na własną rękę pracowałam w archiwach, także w Warszawie. Na to potrzebowałam czasu, a nie na WUML! I wtedy właśnie opuściło mnie szczęście. Dyrektor, prawdopodobnie w związku z moją odmową, ograniczył mi nauczanie historii i wiedzy o społeczeństwie na rzecz prowadzenia lekcji plastyki i muzyki w młodszych klasach. Tak naprawdę ukarał dzieci, bo nie miałam za grosz talentu, żeby uczyć tych przedmiotów.
Szkolna udręka skończyła się dzięki profesorowi Janowi Wąsickiemu, historykowi państwa i prawa z UAM i mojemu promotorowi, ale też posłowi na Sejm PRL, który polecił mnie ówczesnej dyrekcji Instytutu Zachodniego.
Intryguje mnie, dlaczego oni nie zapytali o znajomość niemieckiego?
Interesowało ich co innego. Pierwszym pytaniem, jakie zadał mi mój bezpośredni przełożony, dr Janusz Sobczak, brzmiało: „jesteś Żydówką?”.
Intuicja?!
Po otrzymaniu wyników z Hamburga zastanawiałam się z córką, dlaczego ono w ogóle padło? To nie było zadawane wówczas rutynowo pytanie, nawet biorąc pod uwagę, że nie opadł jeszcze kurz po wydarzeniach marcowych. Szczerze wtedy odpowiedziałam, że nic mi o tym nie wiadomo, żebym miała być Żydówką.
Co do języków, znałam biegle rosyjski i łacinę. Niemieckiego uczyłam się, tłumacząc książki ze słownikiem, słuchając radia, czytając gazety. Intensywna to była nauka, ale samodzielna. Język poznałam więc praktycznie, do dziś nie znam gramatyki.
A nie pomyślała Pani: „Moja noga już tu nie postanie, bo jak można zadawać takie pytanie po Zagładzie”?
Nawet nie przyszło mi to do głowy. To zresztą jeszcze nie był czas na takie stawianie sprawy. Przyznaję zresztą, że nigdy nie przejmowałam się moim szefem i jego poglądami. Podobnie jego zadaniem robienia wypisów z pism wysiedlonych Gdańszczan, Pomorzan czy Ślązaków. Były one mocno konfrontacyjne, nawet agresywne. Taka była również polityka naszych władz wobec Niemiec. Obie strony trwały w klinczu.
Większość czasu pracy w Instytucie poświęcałam niemieckiej geopolityce, ponieważ to mnie interesowało najbardziej. I tu akurat miałam szczęście: do ludzi, do sprzyjających zbiegów okoliczności. Bo jak inaczej, gdybym nie miała fartu, trafiłby do mnie, nikomu nieznanej naukowczyni z Poznania, zainteresowanej wojenną geopolityką Niemiec, która nie opublikowała jeszcze niczego istotnego, prof. Hans-Adolf Jacobsen – politolog i historyk z Uniwersytetu w Bonn, specjalizujący się w stosunkach międzynarodowych? A on nie tylko mnie znalazł, ale jeszcze udostępnił dwie walizki dokumentów na temat Karla Haushofera.
Geopolityka i geografa, twórcę m.in. pojęcia Lebensraum, którym inspirował się Hitler.
Popełnił z żoną samobójstwo w marcu 1946 roku, obawiając się, że odpowie za wspieranie nazistów. Jacobsen, podobnie jak mój późniejszy mąż, służył w Wehrmachcie, wierzył w Hitlera, a dalsze życie poświęcił na pracę dla tej części Europy, która stała się ofiarą imperialistycznej polityki Niemiec. Gromadził środki na stypendia, zapraszał do Niemiec uczonych z Polski czy republik Związku Radzieckiego. Gdyby nie jego pomoc w postaci udostępnionych dokumentów, a także przyznania stypendium, dzięki któremu pojechałam do Archiwum Federalnego w Koblencji, nic by nie wyszło z moich ambitnych planów habilitacyjnych. Tymczasem miałam nieograniczony dostęp do książek, korzystałam też z archiwum MSZ w Bonn.
Takie podejście do Polaków, z jakim spotkałam się u Jacobsena, było w RFN wyjątkowe. Dla Niemców nie byliśmy ani zwycięzcami ostatniej wojny (byli nimi Rosjanie), ani ofiarami (ten status mieli Żydzi), a jedynie okupantami ich dawnych terenów wschodnich. Żyliśmy w tak odmiennych światach, że trudno to sobie dzisiaj wyobrazić. Tam większość była protestancka, tu katolicka. My Śląsk i Pomorze uważaliśmy za ziemie odzyskane, oni za utracone. Obie strony uważały, że mają do nich prawa wyłączne. Granica była święta, ale wyłącznie dla nas. Nie zmieniło tego ani podpisanie 7 grudnia 1970 roku traktatu granicznego przez kanclerza Willyʼego Brandta, ani tym bardziej jego uklęknięcie przed pomnikiem bojowników z warszawskiego getta. Spontaniczny gest niemej bezradności kanclerza Brandta, który w żaden sposób nie był uwikłany w nazizm, a mimo to właśnie on zdecydował się przeprosić Polaków w imieniu Niemców za zbrodnie popełnione podczas wojny, w jego kraju zdeprecjonowano. Podpisanie traktatu odebrano z kolei jako rezygnację z terenów wschodnich, co współobywatele uświadamiali kanclerzowi obelżywymi anonimami.
Polskie władze uważały natomiast, że kanclerz Brandt uklęknął nie tam, gdzie trzeba: uczcił bowiem powstańców żydowskich zamiast warszawskich.
Jak widać ani Polacy, ani Niemcy nie byli gotowi na zbliżenie, które mogłoby doprowadzić do normalizacji stosunków. Celowo nie użyłam pojęcia „pojednanie”, gdyż na nie mogą się zdobyć wyłącznie pojedynczy ludzie, nie narody odgórną decyzją władz. Tak to właśnie musiało wyglądać, ponieważ między nami istniał mur berliński i granica była zamknięta. Powstałe w 1976 roku Forum Polsko-Niemieckie czy Wspólna Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa, działająca od roku 1972 – to były działania na poziomie elit. Szerokie rzesze, przynajmniej w zjednoczonych Niemczech, zaczęły uznawać za swoją granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej dopiero po podpisaniu traktatu w 1990 roku przez Helmuta Kohla i Tadeusza Mazowieckiego. Przypomnę, że zaledwie pięć lat wcześniej zachodni Niemcy po raz pierwszy usłyszeli oficjalnie – od prezydenta Richarda von Weizsäckera podczas przemówienia w Bundestagu z okazji 40. rocznicy zakończenia II wojny światowej – kto ją wywołał. Nie „klika Hitlera”, która pchnęła bezwolny naród do zbrodni, jak niemal powszechnie uważano (poza historykami, rzecz jasna), ale sami Niemcy, bo wybrali NSDAP do władzy w demokratycznym głosowaniu w 1933 roku.
A jeśli nasze pojednanie to rytuał pustych gestów, obliczony na unikanie drażliwych tematów, jak twierdzą niektórzy publicyści i politycy, mówiąc o „kiczu pojednania”?
Hasło tyleż nośne, co niesprawiedliwe, bo straszliwie upraszczające rzeczywistość naszych relacji. Po zawarciu wspomnianego traktatu Polacy i Niemcy, kontynuując wysiłki elit z czasów zimnowojennych, podjęli współpracę we wszystkich dziedzinach życia. Wtedy zależało nam na zbliżeniu z Zachodem, więc nie mogliśmy ani nie chcieliśmy lekceważyć naszego zachodniego sąsiada. Z czasem sytuacja się zmieniła. Polska przestała być dla Niemiec sąsiadem peryferyjnym, a oni z kolei nie byli już państwem frontowym. Pojawiły się natomiast poważne zagrożenia globalne, jak terroryzm czy ruchy migracyjne. W takiej sytuacji porozumienie z Niemcami to nie jest – jak tego chciały środowiska prawicowe – zdrada, ale elementarny wymóg polskiej racji stanu.
Przez osiem lat rządów Zjednoczonej Prawicy relacjami polsko-niemieckimi nie rządziło jednak pojęcie „racja stanu”, ale na przykład „reparacje”. Czy kruszenie kopii o ich wypłacenie to hucpa polityczna?
Myślę, że tak, bo dla nas ważniejsze od odszkodowań jest znajdywanie wspólnych z Niemcami obszarów zainteresowań i nawiązywanie kolejnych kontaktów międzyludzkich. Zwłaszcza dzisiaj to zadanie pierwszorzędnego znaczenia, kiedy w Ukrainie toczy się wojna, a ugrupowania nacjonalistyczne (nie tylko w Europie) są coraz silniejsze. Wobec tak poważnych wyzwań, które grożą kolejnymi wojnami i niepokojami społecznymi, siły prodemokratyczne muszą się jednoczyć. Natomiast podkreślanie różnic, choćby przez wywoływanie nastrojów antyniemieckich w Polsce, jest sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.
Ośmielam się domniemywać, że większość polskiego społeczeństwa zdaje sobie z tego sprawę i nie zmieniła zdania, mimo antyniemieckiej propagandy z lat 2015–2023. Ona niewątpliwie zaszkodziła wizerunkowi Polski za granicą, ale nie podważyła współpracy polsko-niemieckiej z minionych dekad. Było to możliwe, ponieważ nie opierała się ona na „kiczu pojednania” – by odwołać się znowu do tego poręcznego chwytu publicystycznego – lecz na trwałym fundamencie. Stworzyli go ludzie z obu stron granicy, którzy się znają i współpracują. Takiego fundamentu nie rozsadzą pokrzykiwania tych czy innych polityków. Podtrzymanie dobrych relacji i wspieranie inicjatyw służących porozumieniu to w dzisiejszym świecie, w którym co rusz mówi się o wojnie, właściwie obywatelskie zobowiązanie.
Co powinniśmy usłyszeć dzisiaj – 80 lat po zakończeniu wojny – żeby jej groza pozostała wiarygodna?
Znawcy mówią, że trzeba sięgać po środki komunikacji współczesnej młodzieży.
Po rolki na TikToku na przykład?
Dlaczego nie? Gdy zapytałam moją wnuczkę Tosię, czemu wciąż patrzy w telefon, odpowiedziała: „Bo tam mam wszystko”. To jest źródło wiedzy o świecie jej pokolenia i niewiele na to poradzimy. Środki audiowizualne na pewno mają szansę zdobyć większe audytorium niż choćby debaty społeczne, które w Polsce, inaczej w Niemczech, nigdy nie zdobyły takiego uznania jak powinny. Mimo, że tylko one potrafią pokazać problem z wielu stron. Ponieważ jest ich za mało, źródłem wiedzy o wojnie są wspomnienia rodzinne, filmy wojenne, szkolne lekcje. Każde z nich na swój sposób ten obraz zniekształca. Świetnie pokazują to wyniki badań, opublikowane w 2002 roku przez Sabine Moller, Karoline Tschuggnall i Haralda Welzera na temat pamięci rodzinnej o narodowym socjalizmie i Holokauście. Nieprzypadkowo zatytułowali pracę: „Opa war kein Nazi” (Mój dziadek nie był nazistą). O tym, że dopiero wnuki zaczęły pytać, co dziadkowie robili podczas wojny, już wiemy. Badania pokazały jednak, że dziadkowie niekoniecznie potrafili czy chcieli o tym opowiedzieć. Zasłaniali się „rozkazem, który trzeba było wykonać”, albo „wojennymi realiami”. Można ich zrozumieć. Kto chciałby, na przykład przy torcie urodzinowym, opowiadać wnukom, jak rozstrzeliwał dzieci w Polsce?
Pamięć jest zawodna, a każda generacja uwikłana w dyktaturę z reguły nie czuje potrzeby bicia się w piersi. Dla Niemców zło zaczęło się więc nie w 1933 roku, ale 12 lat później, kiedy zmuszono ich do bezwarunkowej kapitulacji, kraj podzielono na cztery strefy, z których powstały dwa państwa niemieckie z pilnie strzeżoną pomiędzy nimi granicą. Doszło do masowych gwałtów, kilkanaście milionów ludzi zmuszono do opuszczenia na zawsze rodzinnych stron. Czytając wymienioną książkę, pomyślałam, że człowiek w pewnym sensie się nie zmienia: potrzeba bycia ofiarą zawsze będzie w nim silniejsza od odwagi brania odpowiedzialności za swoje czyny.
W Niemczech dyskutowano także o Wehrmachcie jako organizacji zbrodniczej, o „zwyczajnych Niemcach”, którzy bez oporów zaangażowali się w Holokaust, o konieczności dziedziczenia poczucia winy, o pomnikach ofiar Zagłady i wojennego terroru, o centrum migracji i wypędzeń… Dyskutuje się wiele lat, powstają książki. W Polsce toczy się właściwie jedna znacząca debata: o skali współudziału Polaków w Zagładzie Żydów. Mam jednak wrażenie, że zarówno ta, jak i pomniejsze – poza tym, że przynoszą wiele nieznanych faktów – przede wszystkim dzielą ludzi. Skąd ten brak umiejętności rozmowy, a może po prostu strach przed koniecznością zmiany zdania?
Przygotowaną w Hamburgu wystawę o zbrodniach Wehrmachtu obejrzało 18 mln ludzi. To pokazuje skalę zainteresowania rozmową o przemilczanych faktach. Na pytanie odpowiem, odwołując się do własnych doświadczeń: lubię dyskutować, ale nie bardzo jest z kim. Żyjemy w bańkach i wydaje nam się, że tak jest najlepiej, najbezpieczniej. Siebie nie wyłączam spod tego zarzutu, bo przecież od lat obracam się w środowisku ludzi myślących podobnie. Nie mam też pojęcia, co się dzieje w mediach społecznościowych, gdzie ponoć toczą się zażarte dyskusje. Tyle że one również bardziej dzielą ludzi niż objaśniają świat. Może ludziom szkoda czasu na rozmowę?
Dyskusjom nie sprzyja mur różnic politycznych, który wyrasta za sprawą wojny polsko-polskiej. Polityką jest bowiem posługiwanie się na przykład takim wyrażeniem jak „pedagogika wstydu” na określenie krytycznego dyskursu o historii II wojny światowej. Z kolei ci naprawiający relacje polsko-niemieckie okazali się – jak to ujął Jarosław Kaczyński – „pożytecznymi idiotami o żebraczym usposobieniu”, którzy „zapamiętali się w pojednaniu za niemieckie srebrniki”. Słowo „Niemiec”, jak czasami nazywany jest premier Tusk, jest wciąż w ustach zwolenników partii prezesa Kaczyńskiego obelgą.
Na wypadek jakichkolwiek podejrzeń od razu dopytam: gdzie jest Pani ojczyzna?
Zacytuję mojego męża, któremu też takie pytanie zadano. Zaznaczę, że jeszcze przed ślubem oświadczył, że on przeprowadza się do Polski, czym wzbudził wielkie zdziwienie w swojej rodzinie i wśród znajomych. Eberhard odpowiedział: „Moją ojczyzną jest Ania, moja żona”. Bardzo mnie to ujęło, więc odpowiem podobnie: moją ojczyzną jest miejsce, gdzie żyję, i ludzie, którzy chcą ze mną być. To przestrzeń, gdzie czuję się u siebie, wśród swoich.
Dawniej myślałam, że najgorsze w historii ludzkości były wojny religijne. Wywoływały przecież taką nienawiść, że wyznawcy religii prześladowanej osiedlali się w nowych miejscach, bo życie po sąsiedzku nie wchodziło w grę.
Dzisiaj polityka jest jak religia.
I to dla każdej bańki światopoglądowo-medialnej. Życzyłam sobie, żeby podczas kampanii parlamentarnej w 2023 roku strona opozycyjna nie posługiwała się obelgami. Nie udało się. Nieraz oddawano ciosy w taki sam sposób, jak partia rządząca. Po co? To droga donikąd, bo spiralę przemocy, także werbalnej, można tylko nakręcać. Bez końca.
Papież Paweł VI, formułując warunki prowadzenia dialogu, zwrócił uwagę, że strony zaczną ze sobą rozmawiać, jeśli będą miały minimum wiedzy o sobie. To podstawa tak w naszych relacjach z innymi krajami, jak i w zwarciach polsko-polskich. Gdy nic nie wiemy o drugiej stronie, łatwo dać posłuch propagandzie, dopuszczając do głosu uprzedzenia czy złudzenia. Wracając do pytania o młodych, którym chcemy przekazać, jaką potwornością była wojna sprzed ośmiu dekad i przeprowadzane wówczas masowe uśmiercanie ludzi: niemałej części z nich brakuje wiedzy. Elementarnej. Nie wiedzą, kto mordował, ani dlaczego, ani kogo. Obozy koncentracyjne w Niemczech i na ziemiach polskich miały powstać już w XIX wieku… Są więc idealnymi słuchaczami dla różnej maści populistów. Dlatego trzeba poszerzać wiedzę i wciąż edukować, nie tylko młodych, bo lenistwo intelektualne może dopaść każdego, niezależnie od wieku. Trzeba prostować kłamstwa i polemizować, biorąc w obronę pomówionych. Obrońcy potrzebni są zawsze. Krucha demokracja Republiki Weimarskiej nie przetrwała tylko dlatego, że nie znalazło się dziesięciu sprawiedliwych, którzy by jej bronili. Wszyscy uważali to nowo powstałe państwo za nie swoje, dzięki czemu naziści tak szybko znaleźli poparcie.
Niemcy byli obecni w Pani życiu od początku. Najpierw Panią wykorzenili, przez co szczątkowe informacje o dwóch pierwszych latach Pani życia zajmują cztery linijki na skrawku papieru wielkości wizytówki, a potem…
A potem Niemcy, co prawda inni, mnie zakorzenili, na równi z moimi adopcyjnymi rodzicami i polskimi przyjaciółmi. Nie ma co rozpamiętywać. Chciałabym znać biologiczną rodzinę, ale wraz z tym, jak przybywa mi lat, zdaję sobie sprawę, że skupianie się na krzywdach nie ma sensu. Liczy się tylko ludzka dobroć – to jest najważniejsze w życiu. Co równie ważne, udało mi się w życiu pracować dla dobrej sprawy, bo za taką uznaję zaangażowanie w proces normalizacji polskich relacji z Niemcami. To prawda, że czasami pojawiają się między nami różnice. Z reguły potrafimy jednak rozmawiać całkiem dorzecznie. Bywa, że mamy pretensje. Na szczęście umiemy też pracować nad rozwiązaniem wspólnych problemów. Jesteśmy więc ze sobą na dobre i na złe – to jest właśnie miara partnerstwa. I przejaw sąsiedzkiej normalności, nielukrowanej ani reżyserowanej, która w dzisiejszej sytuacji geopolitycznej jest na wagę złota.
Przed momentem powiedziała Pani, że ludziom – być może – szkoda czasu na rozmowę. Na co na pewno zawsze warto tracić czas?
Na wyciąganie ręki do swojego antagonisty.
Siedemdziesiąt siedem razy, jak czytamy w Ewangelii Mateuszowej?
Tak, bez końca. Bo miłość jest silniejsza niż nienawiść.
Poznań, 25 listopada 2024 r.
Prof. Anna Wolff-Powęska jest historyczką idei, specjalistką w zakresie geopolityki oraz relacji polsko-niemieckich. Absolwentka historii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od 1969 r. związana z Instytutem Zachodnim, funkcjonującym wówczas jako jednostka badawczo-rozwojowa na prawach stowarzyszenia przy Polskiej Akademii Nauk, gdzie uzyskiwała kolejne tytuły naukowe. W latach 1990–2004 została dyrektorką tej instytucji, doprowadzając do jej usamodzielnienia i przekształcając ją w placówkę istotną w procesie normalizacji relacji polsko-niemieckich oraz ich rozwoju. Po przejściu na emeryturę została wykładowczynią na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM. Autorka wielu książek, m.in. „Polacy wobec Niemców. Z dziejów kultury politycznej Polski, 1945–1989” (1993), „A bliźniego swego… Kościoły w Niemczech wobec ‘problemu żydowskiego’” (2003), „Pamięć – brzemię i uwolnienie. Niemcy wobec nazistowskiej przeszłości, 1945–2010” (2011), „Bezcenną wartością jest prawda. Eseje” (2024).
Powyższy wywiad ukazał się w DIALOGU nr 149 (2025).