Są wakacje, miasto wyludnione, korków być nie powinno, można więc bez wyrzutów sumienia wsiąść do samochodu i wybrać się na większe zakupy, takie, których rowerem przewieźć się nie da. Jadę, tyle że już za pierwszym skrzyżowaniem budowa, ulica zamknięta. Stoję w korku i czytam: wielka tablica informuje, że prace potrwają do 2031 roku. Ale czy świat w ogóle jeszcze będzie istniał w 2031 roku? Odbijam w lewo, zadowolona, że znam wszystkie możliwe skróty.
Niestety, ze skrótów nici. Tu też remonty; nie ma nawet informacji, czy kiedykolwiek dobiegną końca. Mijam koparki, niekończące się rozkopy i przenośne toalety. Kiedy oni zdążyli to wszystko postawić? Jeszcze wczoraj ulica była przejezdna. Przed chwilą skończyłam pisać książkę o zaginionych artefaktach, zatem wszystko wokół pachnie mi archeologią. Podświadomie szukam tabliczki: „Trzecia warstwa asfaltu, wczesny okres Merkel, około 2006 roku”.
Humor mi dopisuje aż do momentu, kiedy wpadam w pierwszą dziurę. Potem już bezpowrotnie mija: spędzam pół dnia w pięciokilometrowym korku, podczas gdy zakupy powoli topnieją w nagrzanym do czterdziestu stopni bagażniku. W głowie zaczyna krążyć niepokojąca myśl: co się właściwie stało z tym państwem?
Skutki wieloletnich zaniedbań
Berlin ma około 5350 kilometrów dróg. Do tego dochodzą mosty, rury, kanały, kable, tory i setki innych podziemnych tajemnic. Z berlińskiego planu remontów mostów do 2040 roku wynika, że wiele z nich ma ponad sześćdziesiąt lat, niektóre ponad sto. Aż 175 trzeba zastąpić nowymi konstrukcjami, przy kolejnych 125 konieczne są prace naprawcze i utrzymaniowe. Nie jest to więc seria przypadkowych awarii, lecz moment, w którym skutki wieloletnich zaniedbań stają się widoczne naraz. Naprawy, które odkładano jedną po drugiej, dziś trzeba prowadzić jednocześnie. W efekcie Berlin przypomina mieszkanie podczas generalnego remontu: niby wiadomo, że po wszystkim będzie lepiej, ale na razie nie wiadomo, kiedy to będzie.

Powstaje pytanie, dlaczego tak wiele koniecznych napraw zbiegło się w tym samym czasie? Otóż odpowiada za to polityka, konkretnie politycy, cały szereg polityków. Utrzymanie infrastruktury w dobrym stanie ma z punktu widzenia polityków jedną zasadniczą wadę: kosztuje od razu, ale przypomina o sobie dopiero, gdy zostanie zaniedbane. Jeśli most stoi, a kanalizacja działa, nikt nie ogłasza sukcesu. Nowy most można za to otworzyć z orkiestrą i przeciąć na nim wstęgę; przy wymianie starej rury trudno urządzić bankiet. Politycznie i wizerunkowo bardziej opłacało się więc budować coś nowego albo nie budować nic i nie wydawać pieniędzy, niż dbać o to, co już istniało. Konieczne remonty przesuwano o rok, potem o następny, dopóki cegły z nieremontowanych dachów nie zaczęły spadać ludziom na głowę.
Zaległości inwestycyjne: 231,2 miliarda euro
Skala zaniedbań wykracza daleko poza berlińskie ulice. Według państwowego banku KfW niemieckie samorządy szacują swoje zaległości inwestycyjne na 231,2 miliarda euro; 53,7 miliarda przypada na drogi i infrastrukturę transportową. „Zaległość inwestycyjna” brzmi niewinnie. W praktyce oznacza pęknięty asfalt, zamknięty most, przeciekające dachy w szkołach i urzędach i autobus, który znowu się spóźnił, bo musiał objeżdżać remontowane ulice, albo w ogóle nie przyjechał, bo brakuje kierowców.
Pieniądze są jednak tylko częścią problemu. Drugą jest sposób zarządzania i organizacji, sposób, który każdą prostą czynność potrafi skomplikować, opóźnić, a niekiedy uczynić niemal niewykonalną. Za budowę na jednej ulicy odpowiadają nieraz dzielnica, miejski Senat, wodociągi, energetyka, telekomunikacja, urząd ruchu drogowego i firma budowlana. Każdy ma własny plan, przetarg, termin i komplet zgód albo właśnie na którąś z nich czeka. Rzeczą jasną wydaje się, że żeby nie rozkopywać tego samego miejsca pięć razy, wszyscy powinni wcześniej skoordynować kolejność i zakres prac. Tymczasem w praktyce jedni czekają na drugich, drudzy nie wiedzą o pierwszych, a kiedy wreszcie zjawiają się na budowie, okazuje się, że nie mogą pracować równocześnie. Wykop stoi więc pusty tygodniami, po czym zostaje zasypany tylko po to, by za chwilę rozkopała go następna ekipa. Tak powstają przestoje i absurdalne opóźnienia.

Dopiero teraz, żeby nad tym zapanować, Berlin uruchomił pilotaż wspólnej grupy kontrolującej budowy i tworzy cyfrowy system monitorowania robót, który ma rejestrować ich rzeczywisty stan na bieżąco. Sam fakt, że dzieje się to dopiero teraz, jednocześnie zdumiewa i denerwuje: stolica jednej z największych gospodarek świata musi najpierw ustalić, gdzie właściwie prowadzi budowy, czy ktokolwiek na nich pracuje i kto w ogóle za nie odpowiada.
I tu powstaje paradoks. Teraz napiszę coś, co pozornie zaprzeczy temu, o czym pisałam wcześniej. Otóż mnóstwo budów świadczy nie tylko o zaniedbaniach, lecz także o tym, że państwo wreszcie zaczyna się naprawiać. Niemcy uruchomiły federalny fundusz na infrastrukturę i neutralność klimatyczną: 500 miliardów euro na dwanaście lat, z czego 100 miliardów ma trafić do krajów związkowych i samorządów.
Tyle że mieszkaniec nie zna rządowych planów i, szczerze mówiąc, nie ma obowiązku ich znać. Tym bardziej że rządzący od lat nie wypracowali sensownego sposobu komunikowania się z obywatelami. Tym samym zwykły mieszkaniec widzi rozkopaną ulicę, odwołany pociąg, niesprawny urząd i wizję oddalającego się mieszkania, którego najprawdopodobniej znów nie dostanie. Jedno rozczarowanie i jedną awarię może uznać za przypadek. Kiedy zawodzą kolejne sprawy, mnożące się niepowodzenia zaczynają wyglądać jak reguła. Państwo sprawia więc wrażenie najmniej sprawnego dokładnie wtedy, gdy próbuje odzyskać sprawność. Równolegle do tego procesu obywatele tracą zaufanie do państwa, najzwyczajniej w nic już rządzącym nie wierzą. Na tej frustracji żerują skrajne ugrupowania. Każdą dziurę w jezdni, spóźniony pociąg, kryzys migracyjny i nieporadny urząd przedstawiają jako dowód, że cały system zawiódł, po czym podsuwają jedną, pozornie prostą odpowiedź: oddajcie nam władzę, a zaprowadzimy porządek.
Tymczasem, choć trudno w to uwierzyć, Niemcy nie są państwem upadłym, nadal pozostają trzecią co do wielkości gospodarką świata pod względem nominalnego PKB. Płacą jednak za opieszałość i niezdecydowanie poprzednich rządów, za ich nieporadność, za brak decyzyjności. I tak teraźniejszość płaci za przeszłość, każda berlińska dziura jest więc dziś czymś więcej niż dziurą. Jest kolejnym małym referendum w sprawie państwa.