Ubiegłoroczne zwycięstwo Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich zmieniło reguły gry na polskiej scenie politycznej. Po krótkotrwałym liberalnym odbiciu punkt ciężkości ponownie przesunął się mocno na prawo. Uprawiający skrajnie konfrontacyjną wobec rządu politykę nowy prezydent prowadzi dzisiaj w rankingach społecznego zaufania, pełniąc rolę swoistego dyktatora nowego prawicowego stylu, z którym muszą się liczyć liderzy wszystkich stronnictw z tej strony sceny.
Sprzyjają zarazem prawicy dominujące nastroje społeczne. Przede wszystkim upadł z wielkim hukiem społeczny konsensus w sprawie wspierania Ukrainy i lawinowo przybywa ostatnio napięć na tle narodowościowym w relacjach z ukraińską diasporą, co prawicowi politycy bardzo intensywnie podsycają. Skutecznym narzędziem politycznej mobilizacji pozostaje również społeczny lęk przed imigracją z odleglejszych kręgów kulturowych oraz kosztami polityki klimatycznej Unii Europejskiej.
Tusk nie chce skojarzeń z Niemcami
Rząd Donalda Tuska dosyć bojaźliwie broni wartości obozu liberalno- demokratycznego, stosując w najbardziej zapalnych kwestiach uniki. Polityka zagraniczna polskiego rządu została podporządkowana logice wewnętrznej. Premier deklaratywnie opowiada się za pogłębianiem integracji, ale w praktyce jest mało aktywny w polityce europejskiej, nie przedstawia własnych inicjatyw i w większości drażliwych kwestii staje po stronie państw zabiegających o spowolnienie priorytetowych unijnych polityk, szczególnie Europejskiego Zielonego Ładu.
W wystąpieniach Tuska UE najczęściej pełni rolę nowego filaru bezpieczeństwa, co go odróżnia od eurosceptycznego Nawrockiego, zorientowanego niemal wyłącznie na relacje z USA i wyraźnie zafascynowanego Donaldem Trumpem. Szczytowym momentem ich sporu była nieudana próba zablokowania przez prezydenta implementacji unijnego instrumentu SAFE, który w przekazach prawicy funkcjonował jako „niemiecka pożyczka”. Rząd znalazł jednak sposób na obejście prezydenckiego weta, które skądinąd nie przysporzyło głowie państwa popularności.
Częściej to jednak gabinet Tuska znajduje się w defensywie. Szczególnie wyraźna jest niechęć premiera do podkreślania znaczenia relacji polsko-niemieckich. Niewątpliwie to skutek trwającej już od 20 lat prawicowej propagandy, w której Tusk z powodu swojego pochodzenia i ogólnej politycznej orientacji utożsamiany jest z niemieckością. I takie skojarzenie funkcjonuje dzisiaj niemalże podprogowo, co szefa rządu niewątpliwie krępuje. O wadze sąsiedzkich relacji wspomina więc incydentalnie, a jeśli już spotyka się z kanclerzem Friedrichem Merzem, obowiązkowo musi pokazać asertywność w sprawie niemieckich reparacji za II wojnę światową, chociaż jest to narzędzie mobilizacji jego politycznych przeciwników. Polskie starania cieszą się mimo wszystko poparciem zdecydowanej większości społeczeństwa, nawet jeśli nie ma ono wielkich oczekiwań wobec ich skuteczności.
Szczególnym przypadkiem mimikry Tuska była jego abdykacja z czerwcowych obchodów 35. rocznicy podpisania Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. Z tej okazji udał się do Berlina minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, z kolei w Warszawie wicepremier i minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz oraz jego niemiecki odpowiednik Boris Pistorius parafowali umowę o współpracy wojskowej. Z kręgów rządowych wyszła wcześniej nieoficjalna informacja, że początkowo miał to być traktat zawierający dwustronne gwarancje bezpieczeństwa. Z czego strona polska miała się jednak wycofać z obawy przed zawetowaniem ratyfikacji przez prezydenta. Biorąc pod uwagę stopień prawicowej fiksacji na punkcie Niemiec byłoby to bardzo prawdopodobne, chociaż do końca nie wiadomo, czy umowa traktatowa faktycznie była negocjowana. Nie można wykluczyć, że premier od samego początku planował obniżenie rangi umowy, do czego potrzebne mu było stosowne alibi.

Tusk zawsze bowiem wolał dostosowywać się do nastrojów społecznych niż starać się je kształtować. Nawet jeśli nie sprzyjają one jego obozowi. Sondaże od dłuższego pokazują nieznaczną, aczkolwiek dosyć stabilną przewagę strony prawicowej nad koalicyjno-rządową. Jeżeli do wyborów parlamentarnych za rok obecna dynamika nie ulegnie zmianie, Tuskowi trudno będzie odbudować większość.
Niemniej może się pocieszać, że prawica również może mieć z tym problem pomimo ogólnie sprzyjającej koniunktury. Po tej stronie sceny zrobiło się bowiem bardzo tłoczno. Tradycyjnie dominujące Prawo i Sprawiedliwość coraz wyraźniej słabnie, co z kolei dodatkowo nakręca mechanizm rywalizacji o schedę. Dzisiaj żaden z rywali nie dominuje nad pozostałymi w sposób znaczący, toteż zbudowanie po wyborach prawicowej koalicji może stanowić ogromne wyzwanie.
Fronda Morawieckiego
Jarosław Kaczyński skończył w tym roku 77 lat, ale raczej jeszcze nie myśli o przejściu na emeryturę. Przed laty stwierdził, że pod względem politycznej długowieczności chciałby dorównać Konradowi Adenauerowi, co by oznaczało, że planuje pozostać w polityce jeszcze co najmniej przez dekadę. Tyle że coraz trudniej jednak przewidywać prezesowi PiS taką perspektywę. Słabnie niemalże w oczach, i to pod każdym względem. Niedomaga fizycznie, a jego publiczne wystąpienia straciły dawny pazur. Wraz z tym kurczy się autorytet Kaczyńskiego i gaśnie legenda wielkiego demiurga prawicy.

Z tej właśnie słabości wziął się właśnie niedawny rozłam w PiS. Jeszcze w czasach sprawowania władzy w obrębie tego obozu rywalizowały ze sobą dwa nurty. Jeden radykalniejszy i bardziej antyeuropejski, dawniej kojarzony z ówczesnym ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobro (dzisiaj politycznym zbiegiem do USA z prokuratorskimi zarzutami na karku) oraz nieco bardziej umiarkowany i pragmatyczny, reprezentowany przez premiera Mateusza Morawieckiego. Kaczyński przez wiele lat dosyć umiejętnie zarządzał tym konfliktem, nie pozwalając za bardzo urosnąć żadnemu ze skrzydeł. Ale do czasu.
Po przegranych wyborach w 2023 r. autorytet Kaczyńskiego wewnątrz PiS poważnie osłabł, chociaż statut nadal gwarantuje mu praktycznie dyktatorską władzę. Narastało jednak w szeregach zwątpienie, czy starzejący się lider prowadzi partię we właściwym kierunku. Poszczególni politycy, dotąd stroniący od sporów frakcyjnych, zaczęli więc orientować się na alternatywnych patronów, zasilając jedno bądź drugie skrzydło. I z czasem rozrosły się one tak bardzo, że w pewnym momencie rywalizacja o dostęp do ucha prezesa stała się de facto wojną o sukcesję.
Kaczyński stracił tym samym kontrolę nad zaostrzającym się konfliktem, który zdominował niemal całe partyjne życie. Jego podwładni urządzali sobie publiczne awantury, a zdegustowani tym widowiskiem wyborcy coraz bardziej się wykruszali. Lider już nie mógł dłużej czekać, musiał wreszcie rozstrzygnąć spór. Wyznaczając antyeuropejskiego narodowca Przemysława Czarnka jako kandydata PiS na premiera postawił na radykałów, z kolei Morawiecki nie zaakceptował tej decyzji i wypowiedział Kaczyńskiemu posłuszeństwo. Po kolejnym przesileniu opuścił latem partię, wyprowadzając 40 posłów oraz sporą grupę działaczy terenowych.
To największy rozłam w dziejach PiS i trudno będzie tę wyrwę wypełnić, gdyż wraz z Morawieckim odeszła spora część partyjnej elity – politycy z doświadczeniem państwowym, uważani za sprawnych i kompetentnych, relatywnie młodzi. Tymczasowo zorganizowali się w stowarzyszeniu Rozwój Plus i zapewne tak będzie nazywać się organizowana nowa partia. W pierwszych sondażach cieszyła się poparciem na poziomie 6-7 proc., chociaż Morawiecki ma dużo większe ambicje.

Odwołując się do dziedzictwa własnego rządu stara się zarazem odróżnić od PiS, co nie jest takie proste, gdyż w najbardziej kierunkowych kwestiach poglądy obu formacji są zbieżne. Różni je co najwyżej hierarchia ważności poszczególnych tematów oraz polityczny styl. Były premier oferuje alternatywę nieco mniej zideologizowaną i skupioną przede wszystkim na gospodarce. O ile zatem Kaczyński rutynowo od lat oskarża Tuska o narodową zdradę i wysługiwanie się Berlinowi, o tyle Morawiecki woli ograniczyć krytykę obecnego rządu do jego braku ambicji i horyzontów w rządzeniu krajem. Nie posiada skądinąd wiecowego temperamentu, jego wygłaszane monotonnym głosem wystąpienia bywają nużące. Ale zachował mimo wszystko oddanych zwolenników w prawicowym elektoracie, którzy pamiętają Morawieckiemu, że jego rząd każdego roku wydawał dziesiątki miliardów złotych na rozmaite świadczenia społeczne, co przyczyniło się do realnego zmniejszyła poziomu nierówności w Polsce.
Jak dotąd nowa formacja przejęła niemal wyłącznie głosy zwolenników PiS, chociaż Morawiecki stara się również docierać do wyborców bliższych centrum, często rozczarowanych obecnymi rządami. Nawet jeśli publicznie deklarował, że w przyszłości chciałby ponownie stanąć na czele rządu, w pierwszej kolejności wydaje się raczej zainteresowany zbudowaniem na tyle znaczącej pozycji, żeby po przewidywanym rychłym odejściu Kaczyńskiego stanąć do rywalizacji o przywództwo na prawicy.
Koniec mitu Zachodu
Opierając się na antyeuropejskich radykałach Kaczyński przypieczętował kierunek ewolucji swojego obozu. Świętująca niedawno ćwierćwiecze partia na samym początku jeszcze określała się mianem centroprawicy. W kolejnych latach konsekwentnie jednak wchłaniała konkurencyjne prawicowe środowiska, zazwyczaj radykalniejsze od siebie. Wraz z ich tożsamościami, co skutkowało przesuwaniem się PiS na coraz skrajniejsze pozycje.
Obszar władztwa prezesa PiS stale się zatem powiększał, co jednak miało swoją cenę. Sam Kaczyński nigdy nie miał usposobienia politycznego radykała. W latach 90. jego inspiracją była CSU z czasów Franza Josefa Straussa. Ale taktycznie flirtując później z rozmaitymi ekstremami podążył w odmiennym kierunku. Dzisiejszy PiS to partia łącząca agresywny nacjonalizm, katolicki tradycjonalizm oraz socjalny populizm.
Metoda Kaczyńskiego przez długi czas pozostawała jednak skuteczna, gdyż polska prawica tworzyła w miarę jednolity ekosystem: miała zazwyczaj solidarnościowe korzenie, przenikające się obiegi medialne, bliskie związki z Kościołem katolickim. Przełomem okazało się dopiero wejście na scenę w 2019 r. Konfederacji, która była już produktem nowej cyfrowej epoki.
Jej młodym liderom Sławomirowi Mentzenowi i Krzysztofowi Bosakowi obojętne były stare prawicowe etosy. Nie zabiegali o popularność w tradycyjnych mediach, bo mieli społecznościowe. Chociaż deklarują przywiązanie do katolicyzmu, wobec kościelnej hierarchii zachowują dystans. Swoją partię od początku kształtowali na kontrze do rządów PiS, kontestując w pierwszej kolejności państwowy interwencjonizm oraz hojne transfery socjalne. W miejsce społecznego solidaryzmu proponują ideę „wolnościową”, co sprowadza się do afirmacji egoizmu. Konfederacja uprawia wolnorynkowy populizm, łącząc to z kulturowym konserwatyzmem oraz eurosceptycyzmem.
Głębszym niż w przypadku PiS, które pomimo pogłębiającej się ideologicznej wrogości do Unii Europejskiej jak dotąd oficjalnie nie podjęło hasła „polexitu”. I zapewne nie jest to przypadek, gdyż dla większości wyborców partii Kaczyńskiego (jak również jego samego) akcesja z UE była w pierwszej kolejności wyborem cywilizacyjnym, potwierdzeniem przynależności do świata zachodniego. Wcześniej całe pokolenia Polaków pielęgnowały w sobie mit Zachodu jako przestrzeni nieskrępowanej wolności i dobrobytu. Marząc o tym, żeby się do niej najpierw jak najbardziej zbliżyć, z czasem dołączyć, a w odległej przyszłości dogonić.

Tyle że przyszłość właściwie już nadeszła i pojawiło się kolejne pokolenie z zupełnie nową perspektywą, dla którego Europa przestała być obiektem westchnień, stając się zwyczajnym elementem pejzażu. Nie dostrzega ono dziejowych korzyści, które Polska zawdzięcza integracji, traktując dynamiczny rozwój i otwarte granice jako coś oczywistego. Jednocześnie państwa starej Europy przestały być wzorem do naśladowania, odkąd różnice w poziomie życia już nie są aż tak odczuwalne. Łatwiej za to dostrzec ich problemy, szczególnie te związane z imigracją, ale też słabnące tempo rozwoju, niską konkurencyjność, biurokratyczną ociężałość, słabości infrastrukturalne. Sztandarowym tego przykładem w polskiej debacie od kilku lat są Niemcy.
I to właśnie Konfederacja stała się główną polityczną przedstawicielką młodego pokolenia. Jej liderzy mają do Europy stosunek czysto transakcyjny. Nie nawołują do opuszczenia wspólnoty, gdyż Polska wciąż jeszcze na niej zarabia. Ale jednoznacznie dają do zrozumienia, że kiedy tylko bilans stanie się niekorzystny, trzeba będzie rozważyć sens dalszego członkostwa. Przynależność do świata zachodniego nie jest przez nich traktowana jako istotna wartość, w przeciwieństwie do idei narodowej suwerenności. Na tym właśnie polega zasadnicza różnica pomiędzy PiS i młodą prawicą. Partia Kaczyńskiego zawsze przynajmniej deklarowała, że chciałaby wpływać na Unię Europejską w duchu gaullistowskiego konstruktu „Europy ojczyzn”, niezależnie od marnych tego efektów. Konfederaci już nie przejawiają takich ambicji, gdyż nie utożsamiają się z europejskim projektem w żadnej postaci.
Koniec hegemonii Kaczyńskiego
Kaczyński na wiele sposobów starał się powtrzymać Konfederację. Początkowo ignorował, później już otwarcie atakował. Przejmował jej radykalne hasła i próbował podkupywać działaczy. Sprawdzone w przeszłości patenty tym razem już jednak nie chciały działać. Jest to bowiem w pierwszej kolejności rywalizacja pokoleniowa, w której uczestniczą dwa zupełnie różne modele polityczności, wskutek czego pomimo ideologicznych podobieństw obu formacji ich elektoraty prawie się nie przenikają. Czas gra jednak na korzyść młodszej konkurentki, gdyż tradycyjny elektorat PiS jest już mocno zaawansowany wiekowo i kurczy się z przyczyn naturalnych. Z kolei dla wchodzących w dorosłość nowych roczników pierwszym wyborem jest obecnie Konfederacja.
A właściwie Konfederacje, gdyż na scenie pojawiła się druga partia o podobnej nazwie. Jej liderem jest ekscentryczny reżyser filmowy i eurodeputowany Grzegorz Braun, który rok temu opuścił środowisko Mentzena i Bosaka, żeby spróbować swoich sił w wyborach prezydenckich. Był największym ekstremistą w całej stawce, którego nieoczekiwanie poparło ponad 6 proc. wyborców (1,2 mln głosów). Na fali sukcesu założył więc partię Konfederacja Korony Polskiej, którą w porywach popiera nawet 10 proc. Polaków.
Braun pozostaje wszakże figurą dosyć zagadkową. To przykład daleko idącej politycznej kreacji, w której niemal wszystko zostało skonstruowane: osobliwy żargon z zapożyczeniami ze starej polszczyzny, pozorowana dystynkcja, nawet wygląd. Polityk specjalizuje się w skandalizujących happeningach, z których najsłynniejsze były zgaszenie na korytarzu sejmowym świec chanukowych przy pomocy gaśnicy.
Wszystkie ideologiczne cechy Konfederacji Braun przeniósł w najwyższe rejestry i odarł z niedopowiedzeń. Odrzucenie nowoczesności jest tutaj absolutne i wyraża się w hasłach przywrócenia monarchii bądź intronizacji Chrystusa. Towarzyszy temu jawny antysemityzm, podkreślony negacją Holocaustu. Ale kategoria wrogów jest znacznie szersza, obejmując cały świat Zachodu, łącznie z trumpowską Ameryką. Braun jako pierwszy polski polityk jeszcze na samym początku wojny zaczął straszyć „ukrainizacją” Polski, nie ukrywając sympatii i powiązań z putinowską Rosją, co w polskiej polityce nikomu innemu do tej pory nie przechodzi przez gardło.
I funkcjonując w tak osobliwy sposób Braun wychował sobie swoisty kościół wpatrzonych w niego fanów, którzy w większości popierają tego polityka nie tyle z powodu głoszonych poglądów, ile ogólnie buntowniczej postawy. To przede wszystkim dawni wyborcy PiS, których Kaczyński pragnie teraz odzyskać i po to właśnie wyeksponował w roli politycznego frontmana Przemysława Czarnka. Dosadny w słowach i radykalny w poglądach były minister edukacji w rządzie Morawieckiego od wielu miesięcy podbija więc stawkę, atakując bez umiaru Unię Europejską, Ukrainę oraz ukraińską diasporę w Polsce.
Ale bez najmniejszych efektów, gdyż Brauna nie da się przelicytować. Coraz lepiej widać, że Kaczyński przecenił możliwości Czarnka i całego swojego obozu. Poszedł na wojnę z Braunem (i pośrednio również właściwą Konfederacją) bez zabezpieczonych tyłów. Jego konkurenci nieustannie mu teraz wypominają wcześniejsze zaangażowanie rządu PiS we wsparcie Ukrainy oraz ustępstwa poczynione wobec Komisji Europejskiej przy negocjacjach w sprawie wykorzystania Funduszu Odbudowy. Jego nominat w ciągu paru miesięcy niemal całkowicie się zresztą zużył i ostatecznie jedynym wymiernym efektem inwestycji w Czarnka okazał się niechciany rozwód z grupą Morawieckiego. W efekcie pojawiła się kolejna siła na prawicy, a notowania PiS zamiast urosnąć zanurkowały w okolice 20 proc.
A to oznacza już tylko kilka punktów przewagi nad Konfederacją i nie można wykluczyć, że postępujący upadek hegemonii Kaczyńskiego dodatkowo pogłębi demobilizację tradycyjnych zwolenników PiS. Minięcie się z Konfederacją jeszcze parę miesięcy temu wydawało się bardzo mało realne. Ale dzisiaj należy taką możliwość brać pod uwagę.
Tajemnica Nawrockiego
Skomplikowane relacje w obrębie prawicowego czworokąta są zarazem dezorientujące dla sporej części wyborców, którzy siłą rzeczy orientują się na prezydenta. Nawrocki z zasady nie ingeruje w partyjną rywalizację. Jego naturalnym zapleczem pozostaje PiS, ale pod wieloma względami – pokoleniowo, ideowo, za sprawą życiowych upodobań – bliżej mu do Konfederacji (tej większej). Ma zresztą świadomość, że to dzięki ich głosom pokonał swojego rywala w drugiej turze wyborów prezydenckich. Kaczyński zdawał się skądinąd długo nie rozumieć fenomenu Nawrockiego, którego zwycięstwo uważał początkowo za swój osobisty sukces. Tylko że było dokładnie na odwrót: młodszy o 34 lata prezydent symbolizuje dzisiaj zmianę warty.

I jeśli ktokolwiek byłby teraz w stanie skleić prawicową koalicję, to jedynie Nawrocki. Taka intencja jest mu zresztą powszechnie przypisywana. Raczej jednak mogłoby do tego dojść dopiero po wyborach, bo wcześniejsza konsolidacja niezbyt funkcjonalnego układu wydaje się mało możliwa. Powołując „prezydencki” gabinet Nawrocki może przy okazji podjąć próbę przekroczenia ograniczeń dualizmu polskiego ustroju, w którym głowa państwa posiada silny mandat, ale nie idą za tym adekwatne uprawnienia konstytucyjne. Sam zresztą sygnalizuje już od jakiegoś czasu ambicje przeprowadzenia głębokich zmian ustrojowych, chociaż dzisiaj droga do tego daleka.
Cieszący się w oczach swoich fanów statusem niemalże popkulturowej gwiazdy Nawrocki ciągle jeszcze stanowi zagadkę. Po pierwszym roku kadencji wciąż trudno ocenić jego realne zdolności, skalę politycznego talentu. Często bywa brutalny w wojnie z rządem Tuska, ale zarazem przewidywalny w tej brutalności. Ale czy potrafi mierzyć siły na zamiary? Wątpliwości wciąż jest sporo i z tego powodu pisanie długofalowych scenariuszy dla polskiej polityki pozostaje obciążone niemałym ryzykiem.