Kultura

„Świata jest za dużo”. Nowa książka Olgi Tokarczuk

W „Świata jest za dużo” Olga Tokarczuk opowiada o przesiedleniach i nowym początku na powojennym, już polskim Dolnym Śląsku. To prawdopodobnie ostatnia duża powieść polskiej noblistki.
Autorka Olga Tokarczuk podczas wystąpienia.
Autorka Olga Tokarczuk podczas wystąpienia.
Nowa książka Olgi Tokarczuk ma premierę 14 października 2026 © IMAGO / Horst Galuschka

Ta historia zaczyna się od bomby, wyprodukowanej „gdzieś w dalekich fabrykach na wschodzie, wśród chłodu i brzydoty, w halach, gdzie w huku maszyn pracowali wygłodzeni niewolnicy”. W marcu 1945 roku spada ona na jedną z kamienic broniącej się twierdzy – Festung Breslau.

Już w pierwszej scenie książki pojawiają się, jeszcze bezimienni, Niemcy. Ci, dla których właśnie kończy się dotychczasowy świat. W piwnicy, jedynym w miarę pewnym miejscu schronienia, „ktoś (…) zaczął się głośno modlić, a ponieważ ludzie siedzieli tam już kilka dni, niektórzy byli na wpół obłąkani. «Wer im Schutz des Höchsten wohnt und ruht im Schatten des Allmächtigen, der sagt zum Herrn: Du bist für mich Zuflucht und Burg, mein Gott, dem ich vertraue»”.

Modlitwa przyniosła wybawienie od śmierci, tego dnia przeżyli. Ale czy w kolejnych?

Gdy akcja przenosi się do roku 1946, kamienica, naruszona przez bombę, ale nadająca się wciąż do – choćby chwilowego – zamieszkania, staje się miejscem zawiązania akcji „Świata jest za dużo”, najnowszej i od dawna oczekiwanej powieści Olgi Tokarczuk.

Czarno-białe zdjęcie pokazuje samoloty zrzucające bomby na miasto.
Sowieckie bombowce nad Breslau, 1945 © IMAGO / SNA

W pokiereszowanym budynku spotykają się ci, których losy przyjdzie czytelnikom śledzić na blisko siedmiuset stronach. To przesiedleńcy z Kresów, którzy cudem uniknęli rzezi wołyńskiej, i ludzie z centralnej Polski, którzy na właśnie pozyskanych przez ich ojczyznę ziemiach zamierzają szukać szczęścia, zapomnienia i nowych możliwości. To uratowani z Zagłady, w ręce których trafił rękopis ostatniego dzieła pewnego nauczyciela z Drohobycza, i powróceni z Francji, do której wyjechali za chlebem przed wybuchem II wojny. To ukrywający prawdę o sobie i uważający się za zarządcę budynku Polak nazwiskiem Szuber, ale także… „jego Niemiec”, ten który nie zdążył jeszcze wyjechać do okupowanej przez aliantów post-Rzeszy:

„Hej, hej, Alois! – zawołał w stronę pustych okien kamienicy Szuber. Był rumiany, przed chwilą golił się przed lusterkiem powieszonym na ścianie. Wyglądało to tak, jakby tym imieniem nazywał całą tę dziurawą kamienicę.

Nie odpowiedziała.

–  Chodź tu do nas, pokaż się, ty niemiecka psiajucho.

Niemiec Szubera był bardzo szczupły, średniego wzrostu, sylwetkę miał, można powiedzieć, chłopięcą – ruchy niepewne, nieśmiałe, a zupełnie rude włosy nadawały jego drobnej postaci niepokojącej, jakby gatunkowej inności. Gdy się zbliżał, widać było, skąd się bierze jego rozchwianie – utykał na jedną nogę”.

Jest jeszcze u Tokarczuk chłopiec cudem ocalały z wojny domowej w Grecji i kilkoro innych bohaterów – a wszyscy oni, wraz z wymienionymi wcześniej, tworzą swoisty konglomerat, mieszankę etni, która zaludniła ziemie „pozyskane” (bo przecież nie „odzyskane”). Ta przestrzeń, mocą teherańskich i jałtańskich postanowień, stać się miała swoistym laboratorium, dowodem na to, że wykreowanie nowego świata – na gruzach starego, skompromitowanego, przeżartego złem –jest możliwe.

Poczucie obowiązku 

Do napisania powieści o dziejach najbliższego jej terytorium, miejsca, z którego sama pochodzi, Olga Tokarczuk przygotowywała się od lat. Proces, o czym sama wspominała niejednokrotnie, przerwały wydarzenia z 2019 roku – przyznanie jej przez Akademię Szwedzką literackiego Nobla za „wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia”. Musiała odłożyć pracę nad książką, której stworzenie uznała za swój obowiązek.

Scena podczas festiwalu, na niej ogromna książka i uczestnicy dyskusji.
Olga Tokarczuk z gigantycznym egzemplarzem książki „Świata jest za dużo” podczas Festiwalu „Góry Literatury” © PAP/Maciej Kulczyński

Jak przyznaje, od dawna wiedziała, że musi zapisać i zostawić w literaturze dzieje tych, wśród których wzrastała, których historii słuchała jako dziecko, opowiedzieć ich życie, losy przemielone przez XX-wieczną historię. „To był osobny świat” – mówiła niedawno w wywiadzie udzielonym Programowi 3 Polskiego Radia.

Wydaje się, że Akademia Szwedzka bardzo trafnie nazwała przed laty to, co także obecnie czyni pisarka w „Świata jest za dużo” – oto epicka opowieść o przekraczaniu granic (także tych w sobie), oto zapis encyklopedycznej wręcz pasji odtwarzania realiów, w których na pozyskanych przez Polskę terenach tworzył się nowy ład, oto jeszcze jeden dowód na niesamowitą wyobraźnię i umiejętność snucia – często zaskakującej – narracji.

Bez oceniania

Tokarczuk umiejętnie i rzetelnie, choć rzecz jasna, posiłkując się fikcją, odbudowuje świat przełomu lat 40. i 50. ubiegłego wieku, pokazując złożoność losów swoich bohaterów. Daje czytelnikowi szansę na zrozumienie – sama nie oceniając – wyborów dokonanych przez wykreowane przez nią postacie.

Czy można mieć pretensje do polskiej Żydówki, która w czasie wojny straciła wszystkich i wszystko, że nie chce już mieszkać na ziemiach skażonych złem w jego najczystszej postaci i że te „nowe” także nie dają nadziei na spokojne przetrwanie? Czy należy potępiać dziewczynę, która poniżana i wykorzystywana w czasie wojny, bierze odwet na próbującym skrzywdzić ją mężczyźnie? Czy trudno zrozumieć tęsknotę za domem, z którego zostało się wysiedlonym, i brak chęci do życia w nowych realiach?

Czy dziwi fakt, że ktoś fałszuje swoją tożsamość, przedstawia nowo poznanym ludziom inną wersję siebie i na dodatek próbuje wprowadzać zasady oparte o rządy twardej ręki oraz nienawiść do dawnych mieszkańców ziem leżących nad Odrą? Czy – w końcu – wypada dziwić się przerażeniu Niemców, którzy przetrwali kataklizm i stali się zakładnikami nowej rzeczywistości?

Das Schwarz-Weiß-Foto zeigt Menschen mit Handwagen auf den Straßen einer Stadt.
Rodzina wypędzona z byłych niemieckich terenów wschodnich dociera do Berlina w 1947 roku. © IMAGO / United Archives

W „Świata jest za dużo”, co godne zauważenia, Tokarczuk przykłada wagę do opowiedzenia o wszystkich bohaterach na tych samych zasadach. Przygląda się ich działaniom i motywacjom – nie inaczej jest z Niemcami, którzy pojawiają się na kartach powieści. To ci bezimienni, ofiary Festung Breslau, to ci, których wygnano, i ci, których nowe komunistyczne państwo zmusiło do pozostania na posterunkach – przecież bez ich wiedzy i umiejętności większości zakładów, od piekarni po huty czy kopalnie, nie udałoby się na nowo uruchomić.

To także, wspominany na początku, Alois, ten „Niemiec Szubera” (a raczej „niemiec”, w tych czasach słowo to pisano – ze względów całkowicie zrozumiałych – małą literą), który próbuje odnaleźć się w nowych realiach, działając na dwa fronty, będąc posłańcem i jednocześnie prowadząc niejasne interesy. I stale szukający matki, którą zostawił w jednej z piwnic w czasie oblężenia, stale mający nadzieję, że gdzieś odnajdzie ją żywą. Ale, co przykuwa uwagę, to także byli żołnierze – naziści, którzy zdecydowali się na podziemną walkę do końca, do ostatniej kropli krwi, wierzący nadal w sens dawnego świata, który zakończył szturm na Berlin i samobójstwo Hitlera. Co sprawiło, że kilka lat „po wszystkim” nadal trwali przy skompromitowanej, zabójczej ideologii? Czy taki opór miał jakikolwiek sens?

Dla polskiego czytelnika nowa książka noblistki będzie – w zależności od pokolenia, które ów czytelnik reprezentuje – dopełnieniem opowieści o zachodnich terenach dzisiejszej Polski, o złożoności losów jej mieszkańców, o nowej tkance, którą udało się tam wytworzyć. Lub – to dla tych młodszych – wyprawą do świata cudów, gdzie zło wymieszało się z dobrem, gdzie wszystko było możliwe, a rany jednak się zabliźniły.

A czym okaże się dla czytelnika niemieckiego, gdy już doczeka się przekładu? Być może będzie jeszcze jednym wyjaśnieniem tego, co okazało się nieuniknione, a o czym tak wspaniale pisał także w swoich powieściach Walter Kempowski? Osiemdziesiąt lat temu dla przodków wielu dzisiejszych Niemców bezpowrotnie skończył się świat, w który uwierzyli – wiary w nadczłowieka, świat przemocy, pogardy, nihilizmu, szerzenia zła w imię rzekomo szczytnych idei. Tokarczuk pisze w „Świata jest za dużo”, odwzorowując wrocławskie realia roku 1946 i opowiadając o jednej z bohaterek, która nad Odrę dotarła wagonem z Kresów:

„Szła dalej przez bazar i przyglądała się z zaciekawieniem handlującym Niemkom albo starszym niemieckim mężczyznom. Niektórzy posuwali się nawet do żebrania, licząc na chrześcijańskie współczucie. Sołomija mijała ich i było jej naprawdę żal tych ludzi, ponieważ sama niczego złego od nich nie doświadczyła. Niemcy przegrali. Wszyscy widzieli ich małość i słabość. Doigrali się. Teraz wysokie niemieckie frauy sprzedawały halki za kromkę chleba, strojne kapelusze za jabłko. Łatwo byłoby tych Niemców skrzywdzić w odwecie za ich dawne grzechy, wyrwać im towar z ręki i odejść. Któż się za nimi wstawi?”.

Być może ta książka pozwoli też zrozumieć historyczne procesy, których nie udało się uniknąć? Tych, którzy zawierzyli Hitlerowi i w 1933 roku oddali mu władzę, uznano za współwinnych, bo nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzył jednak w formułkę: „Ja tylko wykonywałem rozkazy”.

Dzieje świata pełne są opowieści o zbiorowej odpowiedzialności, o grzechach jednostek, za które przyszło zapłacić ogółowi. A być może, dzięki empatii autorki, stanie się jasne, że skomplikowane, tragiczne losy obu narodów, wymieszanie się dziejów i historii, stały się szansą na przyszłość? Że z bolesnej lekcji da się wyciągnąć wnioski? I że niektórzy robią wiele, by tę szansę zaprzepaścić?

Das Foto zeigt eine Stadt im Nebel und eine Brücke, über die ein Mann geht.
Most Tumski we Wrocławiu jesienią 2026 roku. © IMAGO / NurPhoto

Świat ze „Świata jest za dużo” jest gęsty, wieloznaczny. Skrzy się od nieoczywistych zdarzeń i postaci. Zaskakuje, nadaje rzeczom oczywistym nowe znaczenia… Najnowsza książka Tokarczuk to uniwersalna opowieść o wędrowaniu, byciu w drodze, o niestabilności granic, porządków, reżimów i praw, które rządzą naszym istnieniem.

To także historia o wielkiej potrzebie zapomnienia o tym, co bolesne, choć – jak pokazuje pisarka – traum nie da się pokonać na zawołanie, wymaga to świadomej, wieloletniej pracy. Jest to też powieść o nadziei na stworzenie rzeczywistości lepszej, bardziej sprawiedliwej, w której głos każdej i każdego może być słyszany. To również, oparty na faktach, zapis koegzystencji ludzi z wielu stron, którym udało się odnaleźć własny język, stworzyć nowy sposób na współistnienie w miejscu, które wybrali lub które im narzucono.

Ale, uwaga, może to też być rzecz o… „wielkim dolnośląskim pisarzu”, jak – co podkreśla Tokarczuk – mówiło się nad Odrą (a może nadal się mówi?) o Brunonie Schulzu. Nie sposób bowiem nie odczytywać „Świata jest za dużo” również jako hołdu dla autora „Sklepów cynamonowych”, pisarza wybitnego, którego życie przerwała kula wystrzelona przez nazistę na skrzyżowaniu ulic Czackiego i Mickiewicza w drohobyckim getcie, a który przecież – gdyby los pozwolił mu przeżyć Zagładę – z pewnością trafiłby do Wrocławia czy Wałbrzycha, miast-bohaterów powieści? Ilu czytelników, tyle możliwości interpretacji – to właśnie jest przecież w literaturze najważniejsze.

Książka „Świata jest za dużo” Olgi Tokarczuk ukazała się 14 października br. nakładem Wydawnictwa Literackiego. Przekład na język niemiecki jest już w przygotowaniu, książka ma ukazać się wiosną przyszłego roku w wydawnictwie Kampa. 

Bardzo stary mężczyzna w mundurze i o lasce wsiada do samochodu, pomaga mu żołnierz.

„Gest humanitarny” jest wykonalny. Wzmocni też odporność Europy

Odchodzą ostatnie polskie ofiary niemieckiej okupacji. Da się im pomóc. I już dawno należało to zrobić. Chodzi nie tylko o sprawiedliwość, lecz także o odporność europejskich demokracji, pisze Peter Oliver Loew.
Peter Oliver Loew
Autorka Olga Tokarczuk podczas wystąpienia.

„Świata jest za dużo”. Nowa książka Olgi Tokarczuk

W „Świata jest za dużo” Olga Tokarczuk opowiada o przesiedleniach i nowym początku na powojennym, już polskim Dolnym Śląsku. To prawdopodobnie ostatnia duża powieść polskiej noblistki.
Michał Nogaś
Gazeta leży na stole.

Tygodniowy przegląd prasy niemieckiej. 13 października

Umowa Trumpa z Putinem o dostawach diesla jest zdradą Ukrainy i Europy, Gerhard Schröder znowu w Moskwie, a polityk AfD jest przewodniczącym landtagu. O tym pisze niemiecka prasa.
Iwona Weidmann