Polska i Niemcy

„Gest humanitarny” jest wykonalny. Wzmocni też odporność Europy

Odchodzą ostatnie polskie ofiary niemieckiej okupacji. Da się im pomóc. I już dawno należało to zrobić. Chodzi nie tylko o sprawiedliwość, lecz także o odporność europejskich demokracji, pisze Peter Oliver Loew.
Bardzo stary mężczyzna w mundurze i o lasce wsiada do samochodu, pomaga mu żołnierz.
Bardzo stary mężczyzna w mundurze i o lasce wsiada do samochodu, pomaga mu żołnierz.
Czy Niemcy zdobędą się na „gest humanitarny” wobec polskich poszkodowanych? Czas ucieka. © IMAGO / NurPhoto

Ileż to razy rozważaliśmy na wszelkie możliwe sposoby, jak przerzucić mosty nad przepaściami historii, dzielącymi Niemcy i Polskę, jak je przeskoczyć, pokonać, zasypać? Próbowały tego całe pokolenia Niemców i Polaków. Lista gestów pojednania, aktów porozumienia, traktatów, uklęknięć i składanych wieńców, uroczystych mszy katolickich i nabożeństw ewangelickich, spotkań młodzieży, partnerstw miast i projektów kulturalnych jest niezwykle długa, bogata i imponująca. Sięga ona aż po prowizoryczny pomnik ku czci polskich ofiar, wzniesiony w 2025 roku w Berlinie, oraz przygotowania do pomnika docelowego, na którego projekt jeszcze w grudniu 2026 roku zostanie rozstrzygnięty konkurs. Za każdym razem osoby zaangażowane przyznawały zgodnie: tym razem na pewno! To ostatni, brakujący krok. Teraz musi się udać!

Potomkowie sprawców pamiętają inaczej niż potomkowie ofiar 

Były też świadczenia finansowe: reparacje w pierwszych latach po II wojnie światowej, odszkodowania dla byłych więźniów obozów koncentracyjnych, zadośćuczynienia dla robotników przymusowych i wszelkich innych ofiar wojny, dla Polaków nieżydowskiego i żydowskiego pochodzenia.

Głaz, przy którym złożono wieńce oraz tablica z inskrypcją.
W centrum Berlina od 2025 roku stoi prowizoryczny pomnik polskich ofiar wojny. © IMAGO / epd

Ostatecznie również uznanie granicy na Odrze i Nysie było aktem nie tylko symbolicznym, lecz zarazem finansowym: państwo niemieckie uroczyście, z podpisem i pieczęcią, zrzekło się bowiem nie tylko roszczeń do części swojego historycznego terytorium, lecz także całego majątku, który do 1945 roku należał do państwa – oraz majątku wszystkich swoich obywatelek i obywateli, dla których tamte ziemie były małą ojczyzną.

Oczywiście, były ku temu dobre powody – niemieckie zbrodnie II wojny światowej, grabieże w okupowanej Europie, długie cienie nazistowskiej przeszłości.

Z tych długich cieni historia wciąż na nowo wychodzi na światło dzienne – w Polsce, w Niemczech i wielu innych krajach. Potomkowie sprawców pamiętają inaczej niż potomkowie ofiar. Tym bardziej że w Polsce pamięć o historycznej niesprawiedliwości należy do fundamentów tożsamości narodowej. Jak inaczej naród odzyskałby w 1918 roku niepodległość po 123 latach niewoli, jeśli nie dzięki nieustannej pamięci o upokorzeniach i klęskach, dzięki walce i oporowi oraz jednoczącym opowieściom o narodzie? Jest więc w pełni zrozumiałe, że także pamięć o wojnie w polskiej sferze publicznej pozostaje niezwykle żywa – a jeszcze bardziej zrozumiałe, że odgrywa rolę polityczną.

Szok 1,3 biliona euro

Ten wstęp był niezbędny, by podjąć aktualną kwestię: czy Niemcy powinny raz jeszcze zapłacić polskim ofiarom wojny? Czy potrzebny jest ów „gest humanitarny”? Propozycja, by ostatni raz zadośćuczynić polskim ofiarom wojny choćby symboliczną zapłatą zrodziła się na fali debaty o reparacjach, która w Polsce tli się w gruncie rzeczy od dziesięcioleci, a gwałtownie nabrała rozpędu zwłaszcza w obu okresach rządów Prawa i Sprawiedliwości (PiS): z jednej strony ze względu na politykę krajową – by w narodowej licytacji zarzucać konkurentom politycznym zbytnią bliskość z liberalnymi Niemcami, z drugiej zaś z myślą o polityce zagranicznej – by zachwiać niemieckim samozadowoleniem i pozornie niewzruszoną dominacją Niemiec w Europie.

Tę politykę wspierają emocje społeczne, bo – jak wykazał Barometr Polska–Niemcy – dla ponad połowy Polek i Polaków kwestia zadośćuczynienia wciąż pozostaje otwarta, podczas gdy tę opinię podziela niespełna 20 procent Niemców.

Dwa egzemplarze raportu w formie książki wystawione na stole.
W czasach rządów Prawa i Sprawiedliwości przygotowano raport na temat polskich strat wojennych © PAP/Tomasz Gzell

W 2022 roku rząd Mateusza Morawieckiego przedstawił w końcu raport opracowany przez sejmowy zespół, zawierający konkretną, ogromną kwotę, na jaką miałyby opiewać straty wojenne wyrządzone Polsce przez Niemcy – w przeliczeniu było to wówczas 1,3 biliona euro.

Choć wizja, że Niemcy kiedykolwiek wypłacą Polsce tę kwotę albo choćby jej dziesiątą część, była i pozostaje iluzoryczna, to żądanie, szeroko komentowane w niemieckich mediach, otworzyło wielu Niemcom oczy: jak to? Czego właściwie Niemcy dopuścili się w Polsce, skoro rachunek jest tak astronomiczny? To w gruncie rzeczy pozytywny skutek uboczny politycznej „zagrywki”, która odbiła się rykoszetem zarówno na stosunkach polsko-niemieckich, jak i na polskiej polityce wewnętrznej.

Pomysł „gestu humanitarnego” 

W celu stworzenia przeciwwagi dla tych przewidywalnie wysokich żądań reparacyjnych, różne osoby zaangażowane w stosunki polsko-niemieckie zaproponowały „gest humanitarny”: Niemcy powinny – jak na przykład postulował w 2020 roku Manuel Sarrazin, ówczesny poseł Zielonych do Bundestagu – utworzyć fundusz, który pokrywałby koszty leczenia sędziwych ofiar II wojny światowej w Polsce i pozwoliłby dotrzeć z pomocą finansową do tych grup poszkodowanych, które dotąd nie otrzymały wystarczającego zadośćuczynienia. Od tamtej pory pomysły te krążą w polsko-niemieckich kręgach eksperckich i w ministerialnych gabinetach, przy czym przeciwnicy podnosili między innymi, że nie sposób przewidzieć, co taki gest przyniesie: czy kogokolwiek w Polsce zadowoli? I czy po jednej wypłacie nie pojawią się zaraz kolejne żądania?

Stracone szanse 

W końcu kanclerz Olaf Scholz przywiózł na polsko-niemieckie konsultacje międzyrządowe w Warszawie w 2024 roku nieformalną ofertę przeznaczenia do 200 milionów euro na „gest humanitarny”. Donald Tusk odrzucił ją bez ogródek – rozdrażniony akurat niemieckim blokowaniem na forum UE wspólnego finansowania obronności, a przy tym obawiając się, że tak niska kwota ściągnie na niego zmasowaną krytykę prawicowej opozycji. Gdyby rząd Tuska postąpił wtedy inaczej, gdyby przyjął wyciągniętą rękę, dobrze wynegocjował resztę, a wynik sprzedał potem własnemu społeczeństwu jako sukces, bylibyśmy dziś w stosunkach polsko-niemieckich pewnie w zupełnie innym miejscu.

Olaf Scholz i Donald Tusk pozują do zdjęcia.
W 2024 roku kanclerz Olaf Scholz miał proponować Warszawie około 200 milionów euro. © IMAGO / Anadolu Agency

Po objęciu urzędu przez kanclerza Merza strona niemiecka wielokrotnie zapewniała, że będzie zabiegać o „gest humanitarny”. Opowiadał się za nim kanclerz, a także jego minister spraw zagranicznych, choć – inaczej niż ich poprzednicy rok wcześniej – na polsko-niemieckie konsultacje międzyrządowe pod koniec 2025 roku nie przywieźli żadnej oferty finansowej. Donald Tusk oświadczył wówczas przekornie, że w razie potrzeby polski rząd sam wyłoży niezbędną kwotę, by wesprzeć finansowo ostatnie żyjące ofiary wojny. Mimo wszystkich niemieckich zapewnień, „gestu humanitarnego” wciąż więc brakuje – w odróżnieniu od gestu symbolicznego, jakim jest „pomnik dla polskich ofiar”, który po latach przepychanek staje się wreszcie rzeczywistością, podczas gdy „gest wiedzy”, czyli Dom Polsko-Niemiecki, wciąż odkładany jest na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Teraz albo nigdy 

Kluczowe pytanie brzmi dziś zatem: czy Niemcy powinny raz jeszcze spróbować zrealizować „gest humanitarny”? Oczywiście, że tak – powinny, a wręcz muszą. Po tych wszystkich latach dyskusji jesteśmy to polskiemu społeczeństwu po prostu winni. Jak to ujęła pod koniec 2025 roku polsko-niemiecka Grupa Kopernika w swoim apelu słowami Władysława Bartoszewskiego: „Warto być przyzwoitym”. Tym bardziej że ta przyzwoitość wcale nie musiałaby dużo kosztować – Fundacja „Polsko-Niemieckie Pojednanie” opracowała już bowiem modele comiesięcznych wypłat, które w pierwszym roku wymagałyby kwoty może nieco przekraczającej 100 mln euro, a w kolejnych latach oznaczałyby szybko malejące wydatki, bo liczba żyjących jeszcze uprawnionych będzie wyraźnie spadać.

Na takie zobowiązanie rząd federalny i Bundestag powinny umieć się zdobyć – nawet w czasach zaciskania pasa. Jeśli ten gest nie nastąpi teraz, nie nastąpi już nigdy, bo Polki i Polacy, poszkodowani i ich bliscy oraz wszyscy przyjaciele relacji polsko-niemieckich z rozpaczą przechodzącą w szyderstwo rzucą decydentom w Berlinie już tylko jedno: „Cynicznie czekaliście, aż żyjących zostanie tak niewielu, że nie będziecie musieli wiele płacić…”.

Stary, zgarbiony mężczyzna w mundurze z naszywką Poland siedzi na wózku inwalidzkim.
Liczba osób, które mogłyby skorzystać z „gestu humanitarnego”, maleje z roku na rok © IMAGO / NurPhoto

Dlatego w sprawie gestu humanitarnego trzeba działać pilnie. Potrzeba kreatywności, odważnych decyzji i determinacji, by mimo wszystko zmieścić go jeszcze w budżecie federalnym na 2027 rok. Jasne, polityka federalna się waha, bo z perspektywy rządu sytuacja wewnętrzna w Niemczech jest wręcz katastrofalna. W obliczu napiętego budżetu populistyczny front AfD i BSW (Sojusz Sahry Wagenknecht), łączący radykalną prawicę z radykalną lewicą, i tak już zarzuca rządowi, że miliardy, które w gruncie rzeczy należą się srodze doświadczonemu niemieckiemu podatnikowi, rozdaje Ukrainie albo w ramach pomocy rozwojowej po całym świecie.

Łatwo sobie wyobrazić, jak wyglądałaby płynąca z tej strony krytyka wypłat dla Polski, dodatkowo podsycana w mediach społecznościowych. Dlatego potrzebna jest przemyślana strategia komunikacyjna, by pozyskać przynajmniej siły rozsądku: przecież chodzi ni mniej, ni więcej, tylko o sprawiedliwość w świecie, w którym jest jej coraz mniej. Chodzi o wzmocnienie rezyliencji demokratycznych, liberalnych społeczeństw. Dlatego „gest humanitarny” wobec Polski jest również wkładem w odporność Europy: wzmacniając poczucie sprawiedliwości polskiego społeczeństwa, wzmacnia on sprawiedliwość międzynarodową i to, co jeszcze zostało z międzynarodowego porządku opartego na wartościach.

Zaufanie jako źródło odporności 

Przesłanie powinno brzmieć następująco: tak jak Niemcy wraz z Europą na ogromną skalę wspierają Ukrainę, by pomóc napadniętemu krajowi w walce o przetrwanie, tak samo wspierają odporność polskiego społeczeństwa, zapewniając jego najsłabszym ogniwom – sędziwym świadkom II wojny światowej – raz jeszcze choćby symboliczne zadośćuczynienie. W ten sposób Niemcy umacniają w Polakach przekonanie, że są wiarygodnym partnerem. Tym samym wzmacniają też państwo polskie, które stoi na pierwszej linii frontu wobec neoimperialnej Rosji i jej wasala, Białorusi, i które – podobnie jak Niemcy – musi się mierzyć z polityczną polaryzacją oraz z podejmowanymi z zewnątrz próbami rozbicia społeczeństwa i demokratycznego konsensusu.

I jeszcze jedno przesłanie: także w czasach chudych budżetów nie poświęcamy współpracy liberalnych demokracji na ołtarzu populistycznych straszaków – nawet jeśli czasem uderza to po kieszeni.

Ławy rządowe w Bundestagu, obok przechodzi liderka opozycji Alice Weidel z AfD.
Rząd Friedricha Merza musi oszczędzać i jest atakowany przez opozycję. © IMAGO / Mauersberger

Oczywiście, ten „gest” nie sprzątnie tematu „reparacji” ze stołu, bo pamięć zbiorowa Polaków i wspomnienie doznanych krzywd sięgają daleko wstecz. Ale to właśnie małe, konkretne kroki budują zaufanie i utrudniają torpedowanie naszej dwustronnej współpracy. Owszem, z łatwych do przewidzenia stron rozlegną się nad Odrą i Nysą głosy, że kwoty te są śmiesznie niskie w porównaniu z poniesionymi stratami. I w tym właśnie momencie powinien wkroczyć polski rząd i powiedzieć: lepszy taki gest niż żadne wsparcie. Lepsza dobra współpraca z naszym niemieckim sąsiadem niż nieustanne przytyki i konfrontacja.

Jedno euro na głowę

Jeśli jednak niemieckiej polityce nie uda się teraz raz jeszcze przeskoczyć cienia historii i umożliwić „gestu humanitarnego”, pozostaje jeszcze społeczeństwo obywatelskie. To zwykli ludzie w latach 80. zdołali wysłać miliony paczek z pomocą do pogrążonej w niedostatku Polski. Gdyby każdy Niemiec dał choćby jedno euro, zebrano by prawie pałną sumę na rok świadczeń dla ostatnich polskich ofiar wojny. Tylko czy berlińska polityka nie wystawiłaby sobie w ten sposób marnego świadectwa?

Bardzo stary mężczyzna w mundurze i o lasce wsiada do samochodu, pomaga mu żołnierz.

„Gest humanitarny” jest wykonalny. Wzmocni też odporność Europy

Odchodzą ostatnie polskie ofiary niemieckiej okupacji. Da się im pomóc. I już dawno należało to zrobić. Chodzi nie tylko o sprawiedliwość, lecz także o odporność europejskich demokracji, pisze Peter Oliver Loew.
Peter Oliver Loew
Autorka Olga Tokarczuk podczas wystąpienia.

„Świata jest za dużo”. Nowa książka Olgi Tokarczuk

W „Świata jest za dużo” Olga Tokarczuk opowiada o przesiedleniach i nowym początku na powojennym, już polskim Dolnym Śląsku. To prawdopodobnie ostatnia duża powieść polskiej noblistki.
Michał Nogaś
Gazeta leży na stole.

Tygodniowy przegląd prasy niemieckiej. 13 października

Umowa Trumpa z Putinem o dostawach diesla jest zdradą Ukrainy i Europy, Gerhard Schröder znowu w Moskwie, a polityk AfD jest przewodniczącym landtagu. O tym pisze niemiecka prasa.
Iwona Weidmann