Kultura

Nasze, nie nasze

Rozmowa DIALOGU z Karoliną Ćwiek-Rogalską, autorką książki o „Ziemiach Odzyskanych”.
Eine Frau mit Rosa Haar vor einer wei+en Wand ląchelt
Karolina Ćwiek-Rogalska, © Mikołaj Starzyński, mit Einverständnis des Verlags RN

Churchill, Roosevelt i Stalin, pozując 1 grudnia 1943 roku do zdjęcia kończącego konferencję w ambasadzie radzieckiej w Teheranie, wykorzystanego przez Panią w książce „Ziemie. Historie odzyskiwania i utraty”, siedzą na krzesłach nie od kompletu. Dziwne ono robi wrażenie: trzej mężczyźni z władzą tak potężną, że mogą projektować nawet na wieki powojenny świat, m.in. przesuwając Polskę ze wschodu na zachód i opierając jej granicę z Niemcami o Odrę – a krzesła przygotowane do wykonania historycznego zdjęcia są niczym pojedyncze sztuki przypadkowo zachowanych egzemplarzy. Jakie znaczenia kryje ten lekki bałagan w kadrze, wypatrzony przez Panią na fotografiach z archiwum armii amerykańskiej?

Pisząc o „Ziemiach Odzyskanych”, których historia nie zaczęła się wcale podczas obrad Wielkiej Trójki w Teheranie, nie chciałam skupiać się na powszechnie znanych fotografiach tego wydarzenia. Szukałam innych, bo interesowało mnie, co działo się poza kadrem, na czym kto siedzi, jak jest ubrany. Zakładając – sama głęboko w to wierzę – że zza materialności przebija warstwa symboliczna, rozgardiasz towarzyszący aranżowaniu zdjęcia pokazuje bardziej ludzką stronę zdarzenia, które znamy wyłącznie jako polityczne. W fotografiach zwrócił moją uwagę jeszcze jeden detal: najczęściej tylko Stalin patrzy w obiektyw, jakby tylko on czuł się tam swobodnie. Potwierdzają to oczekiwania przywódców opisane we wspomnieniach oraz dokumenty, które w pełni tłumaczą pogodny spokój Stalina. Zadekretowano przecież podział powojennych Niemiec na strefy okupacyjne, jedną z nich przydzielając ZSRR. Ponieważ miała ona przylegać do Polski, jej powstanie ułatwiało Stalinowi objęcie wpływem i naszego kraju.

Rozgardiasz z Teheranu przeniósł się do uzdrowiska Jałta na Krymie, gdzie w lutym 1945 roku Wielka Trójka spotkała się ponownie. Cytuje Pani Churchilla, który przyznał w pamiętnikach, że początkowo ustalano nowe granice bez map, więc nie orientował się, gdzie płyną te różne Nysy, w tym Kłodzka i Łużycka, mimo że od tego zależał los milionów ludzi. To identycznie, jak u pierwszych osadników, którzy w tym samym czasie pojawili się na „Ziemiach Odzyskanych”, nie bardzo wiedząc, gdzie się znajdują.

Tyle, że politycy, w przeciwieństwie do osadników, nie musieli po tych terenach podróżować.

Mapy podczas obrad ostatecznie się pojawiły, ale łatwo pomyśleć, że skoro panował taki nieporządek, granica zachodnia mogła wyglądać zupełnie inaczej. Zwłaszcza, że pomysły na jej modyfikację istniały w Polsce już przed wojną, kiedy dyskutowano ideę ziem postulowanych, położonych nad Odrą i Bałtykiem. Ich przyłączenie do Polski było trzonem tzw. myśli zachodniej, jak określano konglomerat idei, których sednem było włączenie do Polski ziem położonych na wschód od Odry.

Brano też pod uwagę oparcie tej granicy na przebiegu rzek, więc pomysł Wielkiej Trójki nie był rzucony ad hoc i miał prawo wydawać się trafny. Wszyscy pamiętali przecież historię sprzed 1939 roku, kiedy sąsiedzi państw wielonarodowych usiłowali rozbijać je podsycaniem tendencji nacjonalistycznych. Twierdzono wręcz, że pokój w Europie wymaga stworzenia państw w miarę możliwości monoetnicznych. Istniała już zresztą inżynieria społeczna, zdolna zrealizować takie pomysły, przetestowana w Związku Radzieckim, gdzie przesiedlono m.in. Tatarów krymskich czy Niemców nadwołżańskich. W parlamencie brytyjskim odzywali się co prawda krytycy konieczności przesiedlania dużej liczby ludzi, ale premier Churchill odpowiadał wprost: Niemcy muszą zapłacić innym narodom rachunek za wyrządzone krzywdy. Za wymordowanie tysięcy ludzi, wykorzystywanie ich w systemie pracy przymusowej, za terror i grabież.

Z terenów przyznanych Polsce wysiedlono 3,5 mln Niemców. W latach 19451950 ich miejsce zajęli mieszkańcy dawnych ziem wschodnich II RP, skąd wyjechało 2,5 mln ludzi oraz 3 mln osób z „Ziem Dawnych”, jak nazywa Pani te tereny, które należały do Polski przed 1939 i pozostały nimi po wojnie.

A są to dane, które dotyczą tylko tzw. zorganizowanej fazy wysiedleń. Uderzyło mnie, że Churchill, gdy odpowiadał na pytania w Izbie Gmin, odgrywał rolę twardego gracza, któremu przesiedlenie miliona ludzi w tę czy tamtą stronę nie robi różnicy. W pamiętnikach, kiedy liczy się z opinią publiczną, pisze o procesie przesiedleń z większą empatią. Przyznaje więc, że rozważał wytyczenie granicy na Nysie Kłodzkiej, ponieważ wtedy przesiedlono by ponad milion ludzi mniej. Niezależnie od jego wahań, granicę wytyczono wzdłuż Odry i Nysy Łużyckiej, ale nie stała się ona przez to bardziej oczywista. Podzieliła przecież miasta (Frankfurt nad Odrą, Gubin, Zgorzelec) czy jeziora, jakby wytyczono ją na zasadzie: „gdzieś musi być, więc pociągnijmy ją tak” – bez brania pod uwagę choćby możliwości gospodarczych regionu.

Trzej mężczyźni siedzą na krzesłach.
(od lewej) Stalin, Roosevelt i Churchill na konferencji w Teheranie, 1943 © Wikimedia; zdjęcie przetworzone przez AI

Pierwsi osadnicy nie wiedzieli jednak, gdzie są – czy to jeszcze Polska, czy już Niemcy? – tym bardziej, że nie mieli map. Te znajdowały się u radzieckich komendantów wojskowych, instalowanych na tych terenach. Konieczność pojawienia się polskich osadników u radzieckiego komendanta dla zorientowania się w terenie znakomicie zresztą pokazuje, że to ci drudzy mieli tam wówczas władzę. Osadnicy korzystali też z map niemieckich, na które z czasem nanosili ołówkiem polskie nazwy. Nie od razu, bo obawiali się zagubienia w nowym świecie, gdzie nazewnictwo polskie było często nierozpoznawalne. Wiele z „poniemieckich” map będzie zresztą używanych jeszcze wiele lat po wojnie w szkołach, gdzie brakowało polskich pomocy naukowych. Chaos i tymczasowość utrzymywały się długo, skoro w 1958 roku polski attaché kulturalny w Kabulu zwracał uwagę afgańskiemu ministrowi edukacji, że ziemie niemieckie wcielone do Polski nie tyle znajdują się pod jej „tymczasową administracją”, jak zaznaczono w tamtejszych atlasach geograficznych przeznaczonych dla szkół, ile po prostu do niej należą.

„(…) dzwonki pozwoliły odgadnąć sekret pociągu. Naładowany był zegarami” – pisze Bohdan Korzeniewski, teatrolog i reżyser, w reportażu „Książki”. Na stacji w Görbitsch, czyli dzisiejszym Garbiczu na ziemi lubuskiej, gdzie czeka na możliwość wywiezienia ukrytych przez Niemców w miejscowym pałacu książek zrabowanych w warszawskiej bibliotece uniwersyteckiej, spotyka wielowagonowy pociąg wypełniony cykaniem, dzyndzoleniem, biciem gongów i kukułek. Zegary szafkowe z jadalni poniemieckich mieszkań, budziki, nawet zegary zdjęte z wież ratuszowych, jadące do ZSRR, to kolejny przykład puszczenia w ruch na „Ziemiach Odzyskanych” nie tylko ludzi, ale i przedmiotów, o czym sporo Pani pisze w swojej książce. Dlaczego ważne jest opisanie krążenia rzeczy, których właściciele i miejsca pobytu zmieniły się za sprawą nowych granic?

Ponieważ nową rzeczywistość tych terenów kształtowali nie tylko ludzie. Celem prowadzonych przeze mnie badań etnograficznych jest sprawdzenie, jaki wpływ na powstanie po 1945 roku nowych społeczności na terenach dotkniętych przesiedleniami miały rzeczy. Ludzie przyjeżdżali z dobytkiem, z reguły niewielkim, bo na przykład mieszkańcy Wileńszczyzny nie mogli zabrać ze sobą mebli, a uciekinierzy z Wołynia nie mieli czasu się spakować. Osoby z centralnej Polski, jeżeli miały taką możliwość, zabierały wyposażenie domu, choćby pierzyny, ale jeśli były pogorzelcami z Warszawy, pojawiały się z niczym. Czasami mieszkano z niemieckimi właścicielami, którzy czekali na wysiedlenie, używając ich rzeczy i przejmując je po ich wyjeździe. Bywało, że poprzednich właścicieli już nie było, zastawano jedynie ich dobytek. A czasami wchodzono w pustkę – do domów i mieszkań tak wyszabrowanych, że życie na nowym miejscu trzeba było rozpocząć od obejścia bliższej i dalszej okolicy dla znalezienia mebli, bielizny, a czasami nawet okien i drzwi.

Rzeczy były potrzebne dla urządzenia się w nowej rzeczywistości, ale też podwyższenia statusu społecznego, jeżeli to bieda wyganiała ludzi na „Ziemie Odzyskane”. Rzeczy mogły stać się obiektem zemsty, gdy oznakowane były swastyką albo wizerunkiem Hitlera. Rzeczy wyszabrowane można było sprzedać z dużym zyskiem, odkuwając się za lata okupacyjnego niedostatku. Te właściwości przenikały się: nie każda patera ze swastyką bywała tłuczona. Za sprawą szabru rzeczy stały się również łącznikiem między „Ziemiami Odzyskanymi” a „Dawnymi”, mimo rozpaczliwych zarządzeń kolejnych urzędników usiłujących położyć kres ich krążeniu. Prowadząc z kolei badania w gminie na pograniczu czesko-niemieckim, pytałam o powszechne tam hrázděnky, czyli budynki z muru pruskiego – to także rzeczy pozostałe po dawnej historii. Nazwałam je nawet roboczo „niezamierzonymi pomnikami” niemieckiej kultury, bo są dzisiaj starannie odnawiane. Nie mogę powiedzieć „poniemieckiej”, gdyż taki przymiotnik w języku czeskim nie istnieje.

To w jaki sposób Czesi nazywają dziedzictwo przejęte po kilku milionach przesiedlonych Niemców?

Rozmówcy nie zaprzeczają, że pewne rzeczy do 1945 roku miały innych właścicieli, ale mówią o nich opisowo: „tę willę wybudowali Niemcy”, „te narty, które znaleźliśmy na strychu, należały do Niemców”. Nadal mnie zastanawia, dlaczego tylko polszczyzna w tej części Europy okazała się tak giętka, że potrafi zaznaczyć nieobecność poprzedniego właściciela.

Badania prowadzone przeze mnie w Polsce, Czechach i Słowacji pokazały mi nie raz, jak wielką katastrofą były przesiedlenia. Traktuję więc ten region jak środkowoeuropejskie laboratorium, w którym zaszły procesy znane z każdego innego miejsca, gdzie doszło do przesunięcia granic i rozbicia wspólnot etnicznych; gdzie zostały rzeczy po ludziach – ślady po innej kulturze, wrastające w nowe otoczenie i nowo powstałe społeczności.

 

Rzeczy są przepustką do świata, w którym, jak pisze Elizabeth Cullen Dunn, antropolożka cytowana przez Panią w książce, występują „Doppelgänger”.

Tłumaczę je za Michałem Jakuszewskim jako miastowtóry, dając do zrozumienia, że chodzi mi o dwa miasta zajmujące tę samą przestrzeń. Łatwo też przy takim przekładzie się przejęzyczyć, mówiąc miastotwór, kładąc przez to nacisk na tworzenie, powstawanie.

Bo też chodzi o dwie miejscowości złożone z tych samych ulic, budynków i parków, których „mieszkańcy są starannie szkoleni, aby się wzajemnie ‘nie widzieć’”. Osadnicy sami chcieli tego wymazywania poprzedniej tożsamości miejsca, ponieważ dla jego oswojenia potrzebowali nieświadomości, w czyim zasypiają łóżku? A może to był wynik odgórnej narracji, przedstawiającej wielowiekową obecność mieszkańców Breslau, Deutsch Krone czy Köslin, jako intruzów na ziemiach „odwiecznie piastowskich”?

Jak to w miastowtórze, nie wszystko było świadomą praktyką, a centrala nie musiała też regulować wszystkiego. Jeśli już wydała jakieś zarządzenie, to biorąc pod uwagę liczbę administracyjnych szczebli, mogło ono nie doczekać się realizacji. A nawet jeśli docierało do adresata, ten, pochłonięty sprawami, które uznawał za pilniejsze – na przykład zapewnienie znośnego bytu rodzinie, co przez lata pochłaniało gros sił osadników – mógł nie znaleźć czasu, żeby choćby wejść na drabinę dla zamalowania niemieckiego napisu. Albo dochodził do wniosku, że wystarczy trochę zaczekać, a ślady niemieckiej obecności same się zatrą lub rozsypią w proch.

Gdy w siedmiu wybranych powiatach Pomorza Środkowego zbierałam ze współpracownikami informacje o miejscach poświęconych pamięci żołnierzy poległych podczas Wielkiej Wojny, których tysiące znalazło się w Polsce po zmianie zachodniej granicy, poznałam jeszcze inną praktykę miastowtórzenia. Większości pomników pamięci nie zniszczono, tylko przekształcono w kapliczki, najczęściej poświęcone Matce Bożej. Sprzyjała temu często przykościelna lokalizacja i znajdujące się na pomnikach krzyże, choć były to krzyże żelazne, nie związane z religią. Czasami skuwano nazwiska poległych, ale bywało, że pozostawiano je w spokoju. Niczego więc nie wymazywano, tym bardziej intencjonalnie, tylko ponownie wykorzystywano. Dopiero w latach 60., kiedy planowano obchody tysiąclecia państwa polskiego, zabrano się za bardziej metodyczne usuwanie niemieckiej historii z „Ziem Odzyskanych”.

(…) czy naprawdę musieli powyrywać wszystkie niemieckie nagrobki?” – żali się Manfred, wujek Christiane Hoffmann, której książkę „Czego nie pamiętamy” czytałam jednocześnie z Pani pracą. W Rosenthalu, dzisiejszej Różynie na Dolnym Śląsku, pojawiła się z ojcem i wujem w 1978 roku jako 11-latka: „Złościł się, że Polacy leżą w naszych grobach, bo nie mógł się złościć na to, że mieszkają w naszych domach”. Churchill miał rację, przekonując Izbę Gmin, że Niemcy utratą ziem i przesiedleniami płacą rachunek za rozpętaną przez siebie wojnę. Do czego jednak było komu potrzebne wymazywanie pamięci o zmarłych?

Oni wypełniali dziurę między czasami piastowskimi a 1945 rokiem, świadcząc o długiej i bogatej historii tych ziem, o której nie chciano pamiętać, ponieważ nie tworzyli jej wyłącznie Polacy. Przepisy o cmentarzach i chowaniu zmarłych, nowelizowane na przełomie lat 50. i 60., które umożliwiły likwidację cmentarzy, faktycznie prowadziły do zacierania śladów „niemczyzny” na „Ziemiach Odzyskanych”. Ale to nie ideologia była tu najważniejsza. W archiwum znalazłam sprawę weteranów z ostatniej wojny, którzy chcieli wybudować na Powązkach kwaterę ku czci poległych towarzyszy. Czarny granit szwedzki sprowadzili ze Słupska, bo usłyszeli, że łatwo jest go tam dostać. Skąd pochodził? Oczywiście z tamtejszych cmentarzy. Władze zdawały sobie sprawę, że poniemieckie miejsca pochówku są rezerwuarem marmuru, granitu czy piaskowca i trwa obrót tymi materiałami, nad którym władza – ani centralna, ani lokalna – nie ma kontroli. Legalizując proceder, zlikwidowano jednak wiele cmentarzy, przede wszystkim ewangelickich. Przy okazji usunięto z oczu ich rażące zaniedbanie. Katolickie były z reguły w dalszym ciągu użytkowane przez dochowywanie do niemieckich zmarłych, przekształcając się w pierwsze miejsca spotkań dwu społeczności: mieszkańców sprzed i po 1945. Za symboliczne uważam odwracanie tablic z napisanymi gotykiem niemieckimi nazwiskami, by umieścić na nich polskie.

Niedawno wybrałam się zobaczyć, jak w jednej z miejscowości niedaleko Wałcza, czyli dawnego Deutsch Krone, wygląda grobowiec pewnej rodziny niemieckiej. Wyposażona w kilka wskazówek ruszyłam do dawnego parku dworskiego, gdzie miała znajdować się kwatera, ale podczas poszukiwań sprawdziła się stara zasada: należy podążać za śmieciami. Tutaj moją uwagę zwrócił porzucony odkurzacz. To on doprowadził mnie do grobowca. I to jest kolejny problem z „poniemieckimi cmentarzami”, który trwa do dziś: ich zaniedbanie. Potłuczone pomniki, nieogrodzony teren, walające się śmieci. Widać, że żywi niewiele wiedzą o tych zmarłych i nie czują z nimi więzi, mimo że chodzą wytyczonymi przez nich drogami, mieszkają w ich domach, używają ich rzeczy.

A jeśli jeszcze, jak w Zielonej Górze, Grünkreuzkirchhof idealnie nadawał się na park ze względu na wielkość, tarasowe położenie i piękny starodrzew…

Albo jeśli cmentarz znajdował się w atrakcyjnym miejscu, na dodatek nie ujętym w planach zagospodarowania przestrzennego, otwierało się pole pod nowe „inwestycje”. Tylko w 2024 roku na Pomorzu Środkowym zlikwidowano lub naruszono dwa takie cmentarze (o tylu przynajmniej wiem). Jeden zaczęto przekopywać dla poprowadzenia linii wysokiego napięcia. „Zagospodarowywaniem” innego, położonego w centrum wsi, zainteresowano się dopiero po nagłośnieniu sprawy przez lokalne media. Nieco upraszczając sprawę, można powiedzieć, że jeżeli na „Ziemiach Odzyskanych” dostrzegamy boisko czy plac zabaw w jakimś nieoczywistym miejscu, prawdopodobnie utworzono je na miejscu dawnego cmentarza. Jego część podziemna wciąż istnieje, bo z reguły nie dokonywano ekshumacji.

Mały cmentarz.
Stary cmentarz ewangelicki w Krobielewku © Wikimedia, Mos810

Niedołężna jest nasza publicystyczna mowa” – przyznaje Franciszek Gil, jeden z cytowanych przez Panią osadników. Jest zły i zawstydzony, że, jego zdaniem, nie potrafi opowiedzieć o swoim życiu w Szczecinie (gdzie wcale nie zamierzał zostać „na stałe”) tak, jakby należało. Pani książka przypomina gawędę: zaprasza Pani czytelnika do swojego świata, jak na wycieczkę, podczas której spotykamy tych samych ludzi w różnych okolicznościach, odwiedzamy miejsca w różnym czasie. Czasami pisze Pani wprost: „Przewróćcie stronę, musimy ustawić się w kolejce w dworcowej poczekalni i posłuchać, co się w niej mówi”. No więc, co usłyszeliśmy?

Moich bohaterów w ruchu – stanie charakterystycznym dla „Ziem Odzyskanych”. Skupiając się na małych wycinkach krajobrazu, chciałam pokazać, jak wychodzą naprzeciw siebie, pojawiają się w tej samej przestrzeni i mijają, nic o sobie nie wiedząc. Jak siedem postaci na obrazie Andrzeja Wróblewskiego „Dworzec na Ziemiach Odzyskanych”, który przypomina mi dworzec w Pile.

Za pamiętnikiem czy dokumentem urzędowym zawsze stoi człowiek, na przykład Tadeusz Skoczeń, sekretarz PPR i członek jednej z grup operacyjnych wysłanych na „Ziemie Odzyskane”, który porusza się po nowym terenie bez map, więc pierwotnie jest przekonany, że siedziba powiatu jest w miejscowości Jastrow (dziś Jastrowie). Ale spostrzega swój błąd i rusza do właściwej stolicy, do Deutsch Krone. Z kolei Leonard Borkowicz, jeden z pełnomocników obwodowych Pomorza Zachodniego, z tego samego miasteczka chce zrobić tymczasową siedzibę województwa, gdyby w potwornie zniszczonej Schneidemühl, czyli Pile, otwarcie urzędu wojewódzkiego było niemożliwe.

Komedia omyłek.

Właśnie, bo jest ruch! Masa dokumentów źródłowych pozostałych po ludziach, którzy przyjechali na „Ziemie Odzyskane”, pozwoliła mi zajrzeć pod podszewkę obiegowych opinii. Uważano przecież, że na przyłączonych terenach osiedlali się przede wszystkim Kresowiacy, a nowi mieszkańcy mieli czuć się tam tak tymczasowo, że nikt do 1989 roku nie wbił gwoździa w ścianę, obawiając się powrotu Niemców. Założyłam, że ta historia – 80 lat od przesunięcia granic Polski na zachód – ma szansę poruszyć, o ile opowiem ją inaczej niż dotychczas.

A wracając do problemów językowych: warto zwrócić uwagę, że wciąż toczymy spory, jak adekwatnie nazwać tereny, które weszły w granice tej przesuniętej Polski. Nie mamy jednej nazwy. Podobnie, jak nie mamy jednego określenia na powstałą tam społeczność, którą stworzyli „repatrianci”, „przesiedleńcy”, „reemigranci”, „autochtoni”.

Dlaczego ta historia wciąż powinna nas poruszać? Świadomość, że dziadkowie wielu z nas musieli opuścić rodzinne strony, uczyni nas bardziej wrażliwymi na migrantów dzisiaj?

Pytania o przeszłość są za każdym razem pytaniem o nas samych – o tożsamość, która wytwarza się w miejscu, którego historię tworzyła do 1945 inna społeczność. Za kluczowe uważam samo ich pojawianie się, nawet gdybyśmy nie znajdowali na nie odpowiedzi. Pytania, rozszczelniając rzeczywistość, wprowadzają niepokój, który zaburza jej wygładzoną powierzchnię i pozwala pojawić się nowym znaczeniom. Co powiedziawszy zaznaczę, że można spokojnie żyć na „Ziemiach Odzyskanych”, nie zwracając uwagi na przykład na oczywistą na tych terenach podwójność miejsc i rzeczy. Spokój kończy się w momencie, kiedy po raz pierwszy zastanowi nas chociażby charakterystyczna odmienność napotkanego budynku. „Czy to był Gasthaus?” – zaczynamy pytać miejscowych. „Nie, szkoła” – odpowiadają. „Jaka szkoła?” – polemizują inni, bo pamiętają, że dzieci zaczęły się uczyć w tym budynku dopiero po wojnie, a co było za niemieckich czasów, trzeba sprawdzić w archiwum.

Zauważona podwójność miejsc i rzeczy zmienia patrzenie, gdyż uświadamiamy sobie, że nie byliśmy tu pierwsi. Ktoś mieszkał tu przed nami – ktoś konkretny, namacalny. Działa się jakaś historia, a nasi dziadkowie, którzy pojawili się na tych ziemiach osiem dekad temu, są jej ciągiem dalszym.

Pani dziadek, Kazimierz Ćwiek, który przyjechał dobrowolnie w okolice Wałcza spod ubogich Pionek na Radomszczyźnie, podobnie jak babcia Christiane Hoffmann, Olga, brutalnie wysiedlona z Rosenthalu, nie mówili jednak nic. Skąd się wzięło milczenie pierwszego pokolenia?

Zakładamy, że dopiero trzecie pokolenie, czyli wnuków, chce wiedzieć, co się stało. Pierwsze uczestniczy w wydarzeniach i bieżące wyzwania nie dają czasu na snucie opowieści. Druga generacja coś już wie, ale często nie dopytuje. Dopiero wnuki mają czas i przestrzeń na dociekliwość. Nie bez powodu wywiady podczas badań terenowych rozpoczynam od pytania: „Skąd pan/pani przyjechał/a?”. Albo ich rodzina. Czasami pada nazwa miejscowości, ale bywa, że rozpoczynają opowieść o tym, co wydarzyło się wcześniej, na przykład podczas wojny, decydując o ich osiedleniu się na „Ziemiach Odzyskanych”. Ludzie wyjeżdżali tam przecież także po to, by zatrzeć za sobą ślady ze względu na działalność konspiracyjną czy pochodzenie społeczne. Również pamiętniki, które powstawały podczas licznie ogłaszanych konkursów, miały zbliżone motywacje. Nawet jeśli niektórzy ich autorzy mieli problem z pisaniem, podejmowali ten wysiłek przekonani, że ich historia warta jest ocalenia i przekazania innym. Wynika z tego zresztą, że nie wszyscy w pierwszym pokoleniu wybierali milczenie.

Podobnie wyglądają wspomnienia niemieckich przesiedleńców przedstawione na przykład przez Christiane Hoffmann na przykładzie własnej rodziny. Podczas samotnej pieszej wędrówki przez ponad 500 kilometrów, które kilka dekad wcześniej musiał przejść jej ojciec jako 10-latek, pamięcią cofa się do tego, co było przed przesiedleniem. Wspomina wuja Manfreda, zagorzałego nazistę, który służył w Hitlerjugend i pod koniec wojny zgłosił się do SS. Z wojny wyszedł jednak – jako jedyny z rodziny – bez szwanku i znakomicie urządził się w RFN. Historia tej rodziny nie rozpoczyna się więc zimą 1945, kiedy pod Rosenthal podchodzi Armia Czerwona. Hoffmann przypomina, jakie postawy w m.in. jej rodzinie doprowadziły do kataklizmu. Opisuje też, w jaki sposób jego skutki wpływały na jej ojca, na jej życie, a nawet na życie jej córek. Początek i koniec historii ludzi, którzy albo musieli wyjechać, albo chcieli się na opuszczonych terenach osiedlić, jest ważny. Pokazuje bowiem szersze tło: sięga do przyczyn, pokazuje skutki.

Tematem Pani książki są historie bardzo tragiczne, ale jeśli ktoś myśli, że podczas jej lektury jest tylko strasznie – srodze się myli, bo czasami jest po prostu śmiesznie. Niedowiarkom polecam podrozdział „Wysunięta z grobu rączka”, zaopatrzona w pepeszę, do której kluczem jest baśń braci Grimm.

Chyba nie bylibyśmy w stanie odebrać takiego nagromadzenia okrucieństw, do których doszło w okresie przesiedleń i migracji, gdyby skupić się w opisie tamtego czasu tylko na nich. Byłby to zresztą opis nieprawdziwy, bo ignorowałby codzienne życie, w którym zdarzały się także lepsze dni i zabawne zdarzenia. Taki był przecież mój zamiar: opisać codzienność czasów, kiedy dochodziło do „odzyskiwania i utraty” miejsc, które są moimi stronami rodzinnymi.

Etnografia w domu” – tak Pani to nazywa.

Czyli prowadzona w miejscu pochodzenia, a ja od zawsze chciałam pokazać historię Pomorza Środkowego, które jako odwieczne pogranicze i peryferie często umyka zainteresowaniu. Na dodatek zamierzałam prowadzić opowieść przez pryzmat wsi i miasteczek „Ziem Odzyskanych”, a nie tylko dużych miast.

Uważa się, że etnograf to badacz, który zawsze przychodzi za późno. Ja pojawiłam się za wcześnie, bo kiedy żyli moi dziadkowie, byłam za mało doświadczoną badaczką, by umieć wypytać ich o wszystko, co istotne. Potrzebowałam więc historii innych ludzi, by zmierzyć się z mitem „odzyskiwania”. Czy wciąż istnieje? A jeśli tak, to gdzie? Wciąż zresztą o to pytam i notuję.

Z Karoliną Ćwiek-Rogalską rozmawiała Anna Mateja.  

Karolina Ćwiek-Rogalska jest bohemistką i etnolożką, pracowniczką Instytutu Slawistyki PAN. W badaniach skupia się na antropologii krajobrazu i kulturze terenów poprzesiedleniowych słowiańskiej części Europy Środkowej, w tym kontekście prowadząc studia nad pamięcią i nad rzeczami. Autorka książek „Zapamiętane w krajobrazie” (Warszawa 2018) i „Ziemie. Historie odzyskiwania i utraty” (Warszawa 2024).

Powyższy wywiad ukazał się w DIALOGU nr 151 (2025).

Kolaż pokazuje twarze Mateusza Morawieckiego, Karola Nawrockiego i Jarosława Kaczyńskiego

Kaczyński słabnie. Polska prawica układa się na nowo

Jarosław Kaczyński przez lata rządził prawą stroną polskiej sceny politycznej. Teraz słabnie, a na prawicy zaczyna się walka. Czy patronem całego obozu może zostać prezydent Karol Nawrocki?
Rafał Kalukin
Kolaż przedstawia kobietę otoczoną motywami kojarzonymi z polskością

Polonio – kim jesteś? W poszukiwaniu poczucia przynależności do Polski

Termin „Polonia” zdaje się być jednoznaczny. Lecz im bardziej autorka się do niego zbliża, tym bardziej niejasne staje się, kto do „Polonii” należy – i dlaczego ona sama się w tej definicji nie odnajduje.
Oliwia Hälterlein
Zwiedzający w pomieszczeniu wystawy.

Przeszłość obecna do dziś. Ostgebiete – Ziemie Zachodnie

Wystawa „Ostgebiete / Ziemie Zachodnie” opowiada w sposób spokojny i osobisty historię relacji polsko-niemieckich bez kiczu pojednania.
Felix Ackermann