W wielu sklepach sprzedawane są zupy w puszkach z NVA (Nationale Volksarmee, siły zbrojne NRD) i koszulki z napisami w stylu „Z urodzenia Ossi i z tego dumny”. Do tego dochodzą ostatnie debaty wokół wyborów do parlamentów krajowych w Saksonii-Anhalt i Meklemburgii-Pomorzu Przednim. Można odnieść wrażenie, że w 36. roku jedności Niemiec rodzi się nowy konflikt wschód – zachód. Czy to złudzenie?
Mam przynajmniej wrażenie, że jest to nowa oś, wzdłuż której polaryzuje się społeczeństwo, i to po obu stronach. Na wschodzie tożsamość wschodnioniemiecka jest dziś eksploatowana w nowy sposób, m.in. przez AfD, ale nie tylko. Na zachodzie natomiast widać, że spojrzenie na Niemcy Wschodnie staje się coraz bardziej krytyczne, czasem mniej wielkoduszne: co oni tam właściwie wyprawiają? Kilka tygodni temu w „FAZ” ukazał się szeroko komentowany artykuł, którego przesłanie brzmiało: „Biada, gdy skończy się cierpliwość Zachodu”. Była to mało dyplomatycznie opakowana groźba, że można też zakręcić kurek z pieniędzmi.
Czym właściwie jest wschodnioniemiecka tożsamość?
Nie istnieje homogenna wschodnioniemiecka tożsamość. Przypomina to kamieniołom, z którego czerpią bardzo różni ludzie. W latach 90. była to przede wszystkim nostalgia za NRD, rodzaj bólu fantomowego starszego pokolenia. Dziś jest to często tożsamość tych, którzy urodzili się już po zjednoczeniu i NRD w ogóle nie doświadczyli. Występuje ona po prawej stronie, w kręgach bliskich AfD, które celebrują NRD, bo w kraju panował porządek, bo był on mało zróżnicowany i dostarczał wizję narodowej wspólnoty ludu. Ta tożsamość występuje jednak też wśród młodszych lewicowych intelektualistów, którzy rozwijają nową wschodnią dumę i wskazują na nierówne szanse życiowe. Wreszcie, występuje w formie konfrontacji ze spuścizną totalitarnego reżimu NRD.

Pojawia się jednak zarzut, że nowe podejście do wschodnioniemieckiej tożsamości utrudnia krytyczne rozliczenie z NRD.
Mamy obie tendencje. Z jednej strony mamy „bycie wschodnim Niemcem” jako kontrnarrację wobec oficjalnej historiografii, w której chodzi o państwo bezprawia, strażników strzelających na murze i Stasi. Przeciwstawia się jej tezę, że nie wszystko było złe, że istniała zwyczajna codzienność, przedstawiając przy tym NRD w różowych kolorach. Z drugiej strony istnieje bardziej rygorystyczne podejście, które krytykuje upiększanie autorytarnych struktur, domaga się głębszego rozliczenia i uznania długofalowych skutków socjalizacji w dyktaturze. W debatach o tożsamości może chodzić również o tę spuściznę.
Jaką rolę odgrywa obecnie NRD we wschodnich Niemczech?
W debacie publicznej istnieją równolegle dwie interpretacje. Pierwsza widzi problemy z demokracją na wschodzie i wzrost siły AfD jako długofalowy skutek życia w NRD. Druga upatruje tu szkód po transformacji lat 90. XX wieku i pierwszej dekady XXI wieku. Obie są dla mnie zbyt jednostronne. NRD oczywiście rzuca długi cień, ale ważną rolę odgrywają też lata 90. Trzeba myśleć o jednym i drugim łącznie. Dlatego sam mówię o „wschodnioniemieckich pęknięciach”: wschodnie Niemcy to społeczeństwo wielokrotnie złamane. Nie tylko przez socjalizm, ale też przez ogromne obciążenia transformacji, od demografii, przez załamania biografii, po masowe doświadczenie deklasacji.
Dlaczego tożsamość wschodnią odkrywają dla siebie akurat osoby, które urodziły się po przełomie?
Nasze badania pokazują, że na zachodzie obowiązuje teza socjalizacyjna: im ludzie starsi, tym chętniej dostrzegają różnice między wschodem a zachodem. Na wschodzie Niemiec w równym stopniu mówią to ludzie młodzi i starzy. Młodzi zgłaszają więc pretensje do własnej, odrębnej świadomości – ale tylko na wschodzie, nie na zachodzie. Nazywamy to „negowaniem odmienności”. Wschodni Niemcy twierdzą, że istnieje różnica, a zachodni mówią: my jej w ogóle nie widzimy, przecież jesteście tacy jak my. To niezwykle trudna sytuacja komunikacyjna. Przyczyny tego zjawiska tłumaczy się różnie. Jedno z wyjaśnień to paradoks Tocqueville’a, według którego w społeczeństwach o mniejszych nierównościach pozostałe różnice są silniej upolityczniane. Być może wschodni Niemcy dopiero teraz potrafią nazwać różnice w szansach życiowych, czego nie potrafili w latach 90. Inne wyjaśnienie dostrzega analogię do imigrantów, u których w drugim i trzecim pokoleniu często widać rekulturalizację. Pierwsze pokolenie, do którego należę ja czy Angela Merkel, dostosowało się bezszelestnie. Największym pasowaniem na rycerza było zdanie: „W ogóle nie zauważyłem, że jesteś wschodnim Niemcem”. Urodzeni później mają suwerenne poczucie przynależności i mogą śmielej poruszać temat pochodzenia czy rzeczywistych różnic. Ta wschodnia świadomość nie jest zresztą sama w sobie problematyczna. Często jest po prostu tożsamością regionalną, odnoszącą się do określonej przestrzeni doświadczenia. Wschodnie Niemcy rzeczywiście są inne niż Bawaria czy Badenia-Wirtembergia. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta tożsamość zostaje upolityczniona.
Tak jak to robi AfD. Jaki obraz wschodnich Niemców lansuje ta partia?
Wschodnioniemiecka tożsamość w pewnym stopniu została zagarnięta przez AfD i skonstruowana jako kontr-tożsamość. Upolityczniona jest nawet konsumpcja: produkty z NRD, enerdowski Simson na wydarzeniach AfD, na które tysiące osób przyjeżdża właśnie na takich motorowerach. Ma to coś z folkloru, a jest wysoce polityczne. AfD zrobiła tu coś bardzo sprytnego. Grupie ludności, której 60 procent społeczeństwa mówi, że są obywatelami drugiej kategorii – więc nikt ich nie słucha i nie reprezentuje – dała do zrozumienia, że to oni właściwie stanowią awangardę Niemiec, że to oni są lepszymi Niemcami. Odwrócono tu hierarchię wartości społecznych. Zaszło to tak daleko, że turyński szef AfD Björn Höcke, w rzeczywistości nauczyciel liceum i urzędnik z Hesji, mówi, że niczego nie pragnie goręcej niż być wschodnim Niemcem, co z kolei poniża zachodnich Niemców. To odwrócenie hierarchii prestiżu jest zapewne częścią atrakcyjności tej partii – obok wszystkich stanowisk nacjonalistycznych i rasistowskich, wrogich imigrantom. Ludziom, którzy czuli się niezauważeni i zdeklasowani, AfD przywróciła pozytywne poczucie własnej wartości.

Obraz, który promuje AfD, zawiera jednak wiele sprzeczności. Według wypowiedzi niektórych polityków AfD, w NRD nie wszystko było złe; jednocześnie dziś żyjemy podobno niemal jak w NRD, bo nie ma już rzekomo wolności słowa.
Tak, obie wypowiedzi istnieją równolegle i są oczywiście ze sobą sprzeczne. Z jednej strony, NRD jest idealizowane jako swojskie, związane organicznie społeczeństwo. Wynika to zapewne także z tego, że w szeregach AfD są ludzie, którzy pracowali w Stasi lub byli blisko struktur partyjnych. Z drugiej strony, NRD służy jako straszak teraźniejszości, bo rzekomo teraz wraca. Od lat partia ta powołuje się też na spuściznę rewolucji 1989 roku: „Dokończ przełom” czy „Przełom 2.0” to tylko niektóre z haseł wyborczych AfD. Powstaje z tego bardzo niespójny obraz świata, ale jest to próba pozyskania zupełnie różnych ludzi. Centralnym elementem wyniesionym z NRD jest jednak nacjonalizm. NRD postrzegała się jako pierwsze socjalistyczne państwo na niemieckiej ziemi. W latach 80. można tam było prawdopodobnie swobodniej być Niemcem niż w dawnej Republice Federalnej, gdzie mówiono o patriotyzmie konstytucyjnym czy tożsamości postnarodowej. A zjednoczenie ukształtowało się wokół wspólnoty narodowej. Wschodnim Niemcom dano do zrozumienia: przychodzicie jako rodacy, jako bracia i siostry do naszego domu. To jest wasz bilet wstępu. Wielu Niemców ze wschodu potraktowało to bardzo poważnie.
Ale przecież NRD uważało się za państwo antyfaszystowskie.
Był to antyfaszyzm narzucony odgórnie, który nie przeniknął całego społeczeństwa, choć coś z niego zostało. Trzeba jednak dodać, że także w dawnej Republice Federalnej rozliczanie się z nazistowską przeszłością wcale nie było doskonałe. Jeszcze do niedawna istniały koszary noszące nazwiska generałów Wehrmachtu. Istniały zastrzeżenia wobec uznania granicy na Odrze i Nysie, także w CDU w 1990 roku, oraz opór przeciwko uhonorowaniu dezerterów z Wehrmachtu. A NRD ze swojej strony po cichu włączyło elementy z czasów nazistowskich. Narodowo-Demokratyczna Partia Niemiec (NDPD), partia blokowa, została założona właśnie po to, by wchłonąć dawnych oficerów Wehrmachtu i członków NSDAP.
Kolejną sprzecznością, która rzuca się w oczy w odniesieniu do AfD i wschodnich Niemiec, jest pochodzenie polityków tej partii. Wielu z nich pochodzi z zachodnich Niemiec, tymczasem na wschodzie narzeka się, że czołowe stanowiska w polityce, mediach i gospodarce zajmują zachodni Niemcy. Jak wyjaśnić tę ambiwalencję?
Ci zachodnioniemieccy przedstawiciele AfD przymilają się wschodnioniemieckim mentalnościom i stają się ich rzecznikami. Funkcja tego zabiegu jest inna, ale de facto pasuje on do zarzutu, że im ważniejsze stanowisko, tym większe prawdopodobieństwo, że obsadzą je zachodni Niemcy. Najwyraźniej ludzie na wschodzie chętnie dają sobą kierować z zewnątrz. Wielu z tych działaczy już w latach 90. pochodziło ze środowisk, które na zachodzie nie mogły odnieść sukcesu. Wschód stał się laboratorium doświadczalnym dla nowych skrajnie prawicowych sieci, a wschodni Niemcy w pewnej mierze narzędziem w ich rękach. Tam to lepiej działało, bo społeczeństwo obywatelskie było mniej odporne.
Dlaczego społeczeństwo obywatelskie we wschodnich Niemczech jest tak słabe?
Społeczeństwu obywatelskiemu brakuje pieniędzy i ludzi. A ugruntowane partie, zwłaszcza CDU w Saksonii i Turyngii, długo wierzyły, że będą niepodzielnie kształtować rzeczywistość. Były kolosami na glinianych nogach. Dzięki przejęciu blokowej CDU w 1990 roku CDU miała nagle 130 tysięcy członków na wschodzie, a dziś zostało ich 30 tysięcy. FDP miała 70 tysięcy, dziś – 6 tysięcy członków. Mimo sukcesów wyborczych zakorzenienie dawnych tzw. partii ludowych w gminach nigdy nie udało się tak jak na zachodzie, bo brakuje środowisk związanych z partiami: kręgów kościelnych dla CDU i związków zawodowych dla SPD. Poza tym przywiązanie wyborców jest słabe, a wyborcy zmienni nie przechodzą do sąsiednich partii, lecz opuszczają całe obozy ideologiczne. Wschodni Niemcy częściej głosują też na osoby. Z silnym premierem landu można jeszcze ludzi związać. Teraz to wszystko opada jak suflet. CDU w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, która miała tam przejściowo ponad 30 procent, wylatuje z landtagu z wynikiem 4,8 procent.
Czy to był błąd, że ugruntowane partie pozostawiły tożsamość wschodnioniemiecką najpierw PDS, a teraz AfD?
Socjolog Wolf Lepenies napisał, że na początku lat 90. partie zdecydowały się przeciwko polityce mentalności. Uważam to za błąd, choć jest on zrozumiały: myślano, że wzmacniając wschodnią socjokulturę, przedłuży się jej żywotność. Wierzono, że temat sam się załatwi wraz z kolejnymi zmianami pokoleń. Dziś widzimy, że ten wymiar kulturowy ma silną wagę własną. Lepiej by było, gdyby partie silniej włączyły go do swoich programów.
Jakie błędy popełniono przy zjednoczeniu?
To szeroki temat. Naiwne było przekonanie, że na wschodzie wszystko musi się zmienić, a na zachodzie nic nie może, i że wschód upodobni się do zachodu. Lubię mówić o ossyfikacji [w j. niem. jest to gra słów: termin Ossifakation zawiera słowo Ossi, oznaczające Niemca ze wschodu; przyp. red.], czyli kostnieniu: tworzeniu się tkanki kostnej po złamaniu. Po historycznych pęknięciach coś zostaje. Wschodnie Niemcy pod względem struktury społecznej, demografii, gospodarki i majątku wciąż są bardzo inne, a dynamiki prowadzącej do wyrównania nie widać. Należało więcej inwestować w głowy niż w drogi i fasady domów. Należało też inaczej zorganizować transfer elit. W Polsce na przykład po odejściu dawnych elit pojawiło się wielu młodych karierowiczów, którzy szybko zajęli wpływowe stanowiska. We wschodnich Niemczech kluczowe pozycje w gospodarce, mediach, kulturze i polityce objęły dziesiątki tysięcy ludzi z zachodu, głównie mężczyzn. Społeczeństwo bez własnych elit jest podatne na populistyczną krytykę elit w ogóle, na zasadzie: ci na górze, my tutaj na dole.

A w przypadku transformacji gospodarczej?
Druga wielka różnica w porównaniu z Polską czy Czechami to prywatyzacja przez Urząd Powierniczy (Treuhandanstalt). 95 procent sprywatyzowanego majątku produkcyjnego trafiło do zachodnich Niemców i innych zagranicznych inwestorów. Wschodni Niemcy zostali uczestnikami rynku, ale nie jego udziałowcami. Nie było kapitalizmu kuponowego z szeroko dystrybuowanymi udziałami. W ciągu czterech i pół roku sprzedano ponad osiem tysięcy zakładów za niewielkie pieniądze, tylko nieliczne zmodernizowano, a większość miejsc pracy przepadła. Wschodnie Niemcy to do dziś kraj małych ludzi. Dopiero teraz mają pierwszego miliardera, tymczasem w Polsce i Czechach jest ich po jedenaście.
W Polsce często się mówi, że to głównie postkomuniści.
Oczywiście, dawne układy mają znaczenie. Mimo to, Polska otrzymała zaledwie ułamek transferów, które popłynęły do wschodnich Niemiec, a jest niezwykle dynamiczną gospodarką ze wzrostem powyżej trzech procent, szeroką kulturą przedsiębiorczości i dużą inicjatywą własną – także dlatego, że ludzie mają dostęp do kapitału. O czymś takim wschodnie Niemcy mogą tylko marzyć. Żadna spółka z indeksu DAX nie ma tam siedziby głównej. Są ośrodki technologiczne koło Drezna, Carl Zeiss w Jenie, części przemysłu chemicznego, ale to za mało na własną dynamikę wzrostu. Wschodnie Niemcy pozostają podwykonawcami.
Odnosi się wrażenie, że w przypadku Polski i Czech brak „brata” na zachodzie okazał się zaletą.
Krótkoterminowo zjednoczenie przyniosło ogromne korzyści, ale w długofalowej perspektywie także straty w sferze psychologii zbiorowej. Jürgen Habermas powiedział, że wschodnim Niemcom – inaczej niż mieszkańcom Europy Środkowej i Wschodniej – odebrano możliwość popełniania własnych błędów i uczenia się na nich. To prawda. NRD uchodziło za państwo sprawujące kuratelę, a taką relację „opiekuńczą” kontynuowano w procesie zjednoczenia. Rolę opiekuna przejęli zachodni Niemcy. Wytwarza to stałe poczucie bycia niedostatecznie dobrym. W ten sposób ekonomiczne korzyści zostały zniwelowane przez zbiorowe straty psychologiczne.

Czy wielu wschodnich Niemców w latach 1989/90 nie miało też błędnych wyobrażeń? Pochodzący z NRD pisarz Ingo Schulze w swojej powieści pt. „Neue Leben” (2005; Nowe życia) poruszającej tematykę przełomu pisał o marzeniach o szklanych stacjach benzynowych i ogrzewanych ulicach.
W pewnym sensie, tak. Z telewizji dobrze znali Republikę Federalną, ale tylko fragmentarycznie. Marzenie odzwierciedla te elementy rzeczywistości, które się pragnie, jak osiedle domków szeregowych z wieczornych seriali. Trafiło się jednak także do kebabowej Republiki Federalnej, naznaczonej migracją, niebezpiecznymi dzielnicami, bezrobociem i osiedlami z ludźmi z nizin społecznych.
Typowym tematem wschód – zachód jest stosunek obywateli do Rosji. Wielu mieszkańców NRD z rezerwą patrzyło na sowieckich żołnierzy i było szczęśliwych z powodu ich odejścia. Skąd bierze się dzisiejsza prorosyjska postawa?
Istnieje pewna idealizacja wielonarodowego państwa, jakim był Związek Radziecki. Pokojowe wycofanie 500 tysięcy żołnierzy wraz z rodzinami mogło sprawić wrażenie, że to imperium wcale nie jest tak groźne. Wielu ludzi nie zauważyło, jak bardzo zmieniła się Rosja, zwłaszcza pod rządami Putina od początku XXI wieku, jak silnie działają postsowieckie traumy i imperialne zapędy. Trzymają się obrazu Rosji z wczesnych lat 90. Wschodnie Niemcy nie są jednak wyjątkiem. Także w Czechach czy Bułgarii społeczeństwa są podzielone w kwestii Rosji i poparcia dla Ukrainy.
Czego życzyłby Pan sobie od zachodnich Niemców?
Nie wierzę w to, że wszyscy zachodni Niemcy powinni teraz pojechać na wschód, odbyć terapię rozmową i wtedy wszystko będzie dobrze. Na zachodzie istnieje obecnie tendencja, którą określa się mianem „Critical Westdeutschness” [Critical Westness, tłum. „krytyczna zachodnioniemieckość”, to pojęcie z zakresu socjologii i publicystyki politycznej w Niemczech, które oznacza postawę krytycznego analizowania i kwestionowania zachodnioniemieckiej perspektywy jako jedynej „normy” dla całego kraju; przyp. red.]: nie podchodzić do wschodnich Niemców paternalistycznie, nie krytykować ich zbyt mocno ze strachu przed reakcjami „na złość”. Uważam, że potrzebujemy zachodnioniemieckich stanowisk, a także ostrej krytyki zjawisk politycznych, ale bez uogólnień i krytyki zbiorowej. Trzeba uznać, że wschodnie Niemcy są głęboko podzielone, ze słabym centrum i silnymi skrajnościami. Są bardzo różne wschodnie Niemcy, zależnie od pokolenia, regionu i orientacji politycznej. Wschód istnieje tylko w liczbie mnogiej. Kto to zaakceptuje, jest już o krok dalej.

Jakie są Pana osobiste doświadczenia? Czy jako wschodnioniemiecki profesor postrzega się Pan jako wyjątek?
Tak, jestem wyjątkiem. Także moja widoczność ma związek z tym, że jestem wschodnim Niemcem i jednym z niewielu, którzy publicznie o tym mówią. Jesteśmy garstką ludzi, którzy znają się i cenią, choć mamy różne stanowiska. Proszę spojrzeć na skład Uniwersytetu Humboldtów. Wśród profesorów byłoby może trzy procent wschodnich Niemców, w sekretariatach i działach technicznych około 70 procent. A około 70 procent osób sprzątających to imigranci. Tak wygląda hierarchia Uniwersytetu Humboldtów.
Czy musiał Pan ukrywać swoje pochodzenie, by zrobić karierę akademicką?
Nie. Istnieją różne struktury i różne szanse czy okazje. Kto pochodzi z domu rodzinnego z wykształceniem wyższym, ten ma wyraźnie lepsze szanse. We wschodnich Niemczech mówi się o „pokoleniu ludzi pozbawionych rad”. Ludzie tacy jak ja, którzy w latach 90. mieli po dwadzieścia kilka lat, nie mogli liczyć na wiele wsparcia ze strony rodziców przy wchodzeniu do systemu, bo ci go po prostu nie znali. Liczyły się okazje i protektorzy, a wokół nich powstawały sieci kontaktów. Ja nie widzę, żeby wschodni Niemiec jako taki był dyskryminowany, ale może w pojedynczych przypadkach się to zdarza. Nie da się tego porównać z rasizmem.
Czy zjednoczenie jest sukcesem?
Ogólnie rzecz biorąc i z perspektywy historycznej: tak. Trzeba uświadomić sobie skalę tego procesu: nie połączyły się po prostu dwa kraje rozdzielone granicą, lecz dwa systemy społeczne, wrogie, antypodyczne społeczeństwa, które pokojowo zlały się w jedno. Nie powinno dziwić, że dochodzi przy tym do tarć i późnych reakcji odrzucenia. Nie umniejsza to jednak osiągnięcia, jakim jest jedność Niemiec.
Dziękuję za rozmowę.
Ze Steffenem Mauem rozmawiał Thomas Dudek.
Steffen Mau urodził się w 1968 r. w Rostocku. Dzień upadku muru berlińskiego przeżył jako żołnierz NVA, armii NRD. Po zjednoczeniu Niemiec studiował socjologię i politologię na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie. Jego książka „Lütten Klein. Leben in der Transformationsgesellschaft” (Lütten Klein. Życie w społeczeństwie transformacji) z 2019 r. stała się bestsellerem. Kolejne, szeroko komentowane prace o jedności Niemiec to „Triggerpunkte” (Punkty zapalne) z 2023 r. oraz „Ungleich vereint. Warum der Osten anders bleibt” (Zjednoczeni nierówno. Dlaczego wschód pozostaje inny) z 2024 r. Mau jest profesorem makrosocjologii na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie, a od października 2025 r. dyrektorem działu „Nierówność, Transformacja i Konflikt” w Instytucie im. Maxa Plancka Badań nad Polityką i Społeczeństwem (Max-Planck-Institut für Politik- und Sozialwissenschaft). W 2021 r. otrzymał Nagrodę Leibniza, najwyżej dotowane wyróżnienie naukowe w Niemczech.