Ukraina

Edzio naszych czasów, czyli solidarność z Ukrainą

Wojna powróciła na nasz kontynent. Po dziesięcioleciach pokoju ponownie zbliża się do nas wojna na terytorium państw NATO. Atak Rosji na Ukrainę i ataki hybrydowe na kraje UE sprawiają, że zagrożenie staje się namacalne i realne.
Stara pocztówka z Drohobycza
Stara pocztówka z Drohobycza, archiwum

Z początkiem listopada, gdy z okazji Wszystkich Świętych i Zaduszek odwiedzam groby moich bliskich albo choćby tylko myślami jestem z nimi, powraca do mnie wspomnienie mojego gliwickiego dziadka. Tak się złożyło, że spoczywa w ziemi, która go nie zrodziła, ale z którą się zżył i zbratał, bo tu w czerwcu 1945 roku rzucił go powojenny los i to tu spotkał ludzi, z którymi łączyły go przedwojenne polskie obywatelstwo i niemieckie korzenie. Wiosną tego roku minęło sto lat, kiedy przyszedł na świat w pewnym zakurzonym i sennym kresowym miasteczku, jakich wiele było w tej zabużańskiej części Galicji, którą w okresie II Rzeczypospolitej nazwano Małopolską Wschodnią. Dziś to zachodnia Ukraina. Pradziadkowie wraz z dwoma chłopcami, moim dziadkiem i jego bratem, mieszkali nieopodal drohobyckiego Rynku, przy ówczesnej ul. Berka Joselewicza 5. Dziś to ul. Ковальська/ Kowalska (w nawiązaniu do nazwy z czasów austriackich: Schmiedgasse). Dom nadal tu stoi.

Początki rodzinnego miasta mojego dziadka, które dziś zwie się Дрогобич, sięgają końca XI wieku, kiedy to ówczesną Rusią Kijowską, w skład której wchodziła Ruś Halicka, rządziła dynastia wywodzących się ze Skandynawii Rurykowiczów. W XIV wieku ziemie Księstwa halicko-wołyńskiego weszły w skład Korony. Drohobycz długo był prowincjonalną polsko-żydowską mieściną, gdzie swoje miejsce na ziemi znaleźli także tutejsi Ukraińcy, Huculowie czy Łemkowie, a już w średniowieczu przybyli tu także Niemcy, Ślązacy, Ormianie i Austriacy. Pod koniec XIX wieku, gdy Galicja już od ponad stu lat była częścią monarchii Habsburgów, w okolicach Drohobycza oraz w sąsiednim Borysławiu kwitł galicyjski przemysł naftowy. Na horyzoncie rozciągały się pola usiane szybami wiertniczymi o tak obiecujących nazwach jak „Columbus”, „Rockefeller” czy „Bavaria”. Z ich pomocą na powierzchnię ziemi wydobywano galicyjskie „czarne złoto” – ropę. W 1858 roku Drohobycz trafił na pierwsze strony europejskich gazet, bo to właśnie dzięki ropie (przerabianej w tutejszych rafineriach na naftę) wiedeński Dworzec Północny, zwany Franz-Josefs-Bahnhof, stał się w Austro-Węgrzech pierwszym budynkiem użyteczności publicznej wyposażonym w oświetlenie. W rezultacie do Drohobycza, tego powiatowego galicyjskiego miasteczka, przybyło wielu przedsiębiorców, ale także podejrzanych awanturników i pozbawionych wszelkich skrupułów spekulantów, mających nadzieję na milionowe zyski. Miasto przeobraziło się w jedno z najbardziej wydajnych pól naftowych w C.K. Monarchii i zyskało niechlubną, ale i kuszącą reputację „austriackiego Teksasu”.

W każdym razie jako chłopak myślałem, że fajnie byłoby się urodzić w takim galicyjskim miasteczku, bo tam coś ciekawego się jednak działo. Oprócz dziadka i jego opowieści o Drohobyczu, których głębszy sens zrozumiałem jednak dopiero wiele lat później, z tym wyobrażonym galicyjskim krajobrazem wiązało mnie przynajmniej to, że i na Górnym Śląsku mieliśmy nasze własne „czarne złoto” – węgiel – oraz nasze własne szyby, choćby i tylko kopalniane. Niestety, Drohobycz był wówczas niedostępny, bo jeszcze do końca lat 80. XX wieku odgradzała go od nas szczelna sowiecka granica. Pamiętam, jak dziadek po raz któryś tam pokazywał mi swój PRL-owski dowód osobisty, a w nim zapisane miejsce i kraj urodzenia. „Patrz, co oni tu wpisali! Drohobycz, ZSRR! Jakie ZSRR???!!! Ja, stary galicyjski Niemiec, urodziłem się w Polsce. W Polsce!!!”.

Ale – jak się pewnego dnia okazało – nie o tym miałem w pierwszej kolejności pamiętać.

Pamiętaj o Edziu

„Pamiętaj o Edziu”. To krótkie zdanie, jakie pewnego razu skierował do mnie dziadek, od lat do mnie powraca i nie daje spokoju. Nie wiem już nawet, w jakich okolicznościach ono padło. Ale było czymś w rodzaju pouczenia powiązanego z pewną dozą nagany. Kim był ów Edzio, równie tajemnicza postać, co niedostępny wówczas Drohobycz? Żeby się tego dowiedzieć, miałem przeczytać kilkustronicowe opowiadanie drohobyckiego nauczyciela mojego dziadka, zawarte w książce o równie intrygującym tytule: „Sanatorium pod Klepsydrą”.

Już od pierwszych zdań opowiadanie to przykuło moją uwagę: „Na tym samym, co my, piętrze domu, w wąskim i długim skrzydle od podwórza mieszka Edzio ze swoją rodziną. Edzio nie jest już dawno małym chłopcem, Edzio jest dorosłym mężczyzną o głosie tubalnym i męskim, którym czasem śpiewa arie operowe. Edzio ma skłonność do korpulencji, jednakowoż nie do tej gąbczastej i miękkiej formy, ale raczej do atletycznej i muskularnej odmiany. Jest on silny w ramionach jak niedźwiedź, cóż z tego, kiedy nogi jego, całkiem zwyrodniałe i bezkształtne, są niezdatne do użytku”.

Z każdym kolejnym zdaniem tego opowiadania moje zdumienie, a przede wszystkim współczucie z poszkodowanym przez zły los chłopakiem, stawało się coraz większe. Te uczucia towarzyszą mi także dziś, gdy czytam choćby ten fragment: „Nie wiadomo właściwie, gdy się patrzy na nogi Edzia, na czym polega to dziwne kalectwo. Wygląda to tak, jakby miały one za wiele przegubów, między kolanem a kostką, co najmniej o dwa stawy więcej niż normalne nogi. Nic dziwnego, że w tych nadliczbowych stawach załamują się żałośnie i to nie tylko na boki, ale i ku przodowi, i we wszystkich kierunkach”.

Dziadek uczęszczał do Państwowego Gimnazjum im. Króla Władysława Jagiełły w Drohobyczu i był uczniem jednej z klas, w których robót ręcznych nauczał autor tego przedziwnego opowiadania, najsławniejszy syn tego miasta – pisarz i rysownik Bruno Schulz. Był on jednocześnie cichym, niepozornym nauczycielem o „czarnych płonących oczach”, z którym „nikt się poważnie nie liczył, ten od pogardzanych rysunków i robót ręcznych” (jak zapamiętał to inny jego uczeń, poeta i pisarz Andrzej Chciuk); człowiek, o którym mówiono, że ma w sobie coś dziwnego, jakby nie z tego świata. Dziadek również wspominał jego oczy – zamyślone, jakby patrzyły w głąb innego wymiaru. Wyobrażam sobie to tak, że dziadek był wówczas chłopcem równie wrażliwym, zafascynowanym książkami i zapachem farb, które rozlewały się w małym warsztacie stolarskim drohobyckiej szkoły. I pewnie zasłuchiwał się w przedziwnych bajkach i opowieściach, jakimi Schulz raczył swoich uczniów. A ci słuchali ich, jak zahipnotyzowani. Kto wie, być może jedna z tych opowieści ujęła ich wówczas szczególnie, bo opowiadała o losie kalekiego Edzia?

Tymczasem kilkadziesiąt lat później, sam będąc w wieku schulzowskich uczniów, nie rozumiałem, co dziadek tak naprawdę miał na myśli, sięgając po to tajemniczo brzmiące upomnienie: „Pamiętaj o Edziu”. Dopiero z czasem odkryłem, że to było jego przesłanie – echo schulzowskiej lekcji człowieczeństwa, a zarazem ostrzeżenie wypowiadane przez kogoś, kto doświadczył krwawych dramatów XX wieku i wiedział, że świat zawsze toczy się po tych samych torach, że raz pokonane zło nigdy nie znika na zawsze, tylko zmienia maski. Nienawiść, wojna, przemoc – zawsze powracają, czekając na swój czas, by wykluć się w nowych wcieleniach. Czy może więc dziwić, że dziś, patrząc na trwającą już ponad cztery lata pełnoskalową wojnę Rosji przeciwko Ukrainie, na której zachodnich rubieżach leży Drohobycz, słowa dziadka nie dają mi spokoju? Dziś, śledząc walkę Ukrainy o zachowanie prawa nie tylko do wyboru własnej ścieżki rozwoju w rodzinnej Europie, lecz przede wszystkim o zachowanie państwowego bytu, słowa dziadka rozumiem inaczej. „Pamiętaj o Edziu” – to znaczy: pamiętaj o godności, która nie ginie nawet wśród ruin. Pamiętaj o potrzebie solidarności i wolności, których sens i wartość łatwo zatracić, szczególnie gdy nie wydają się one zagrożone.

Tymczasem nic już nie jest niezagrożone, bo wojna powróciła na nasz kontynent. Armie europejskie, a przede wszystkim Bundeswehra, stoją przed ogromnymi wyzwaniami. Po dziesięcioleciach pokoju ponownie zbliża się do nas coś, co wydawało się nie do pomyślenia: wojna na terytorium państw NATO nie jest już tylko abstrakcją. Rosyjski atak na Ukrainę i nasilające się ataki hybrydowe na kraje UE sprawiają, że zagrożenie staje się namacalne i realne.

Przywołując obraz krwawiącej na naszych oczach Ukrainy, która (podobnie jak Schulzowski Edzio) w sposób niezawiniony i niczym niesprowokowany stała się wskutek imperialnych ambicji Rosji ofiarą kolejnej odsłony okrutnego europejskiego losu, tym bardziej trzeba pamiętać o opowiadaniu Schulza. Ono mówi także o potrzebie zachowania godności wobec największych nawet przeciwności losu: „Ale znalazłszy się na płaszczyźnie, Edzio zmienia się niespodziewanie. Wyprostowuje się, tors jego wzdyma się okazale, a ciało bierze rozmach. Wspierając się na szczudłach jak na poręczach, wyrzuca daleko przed siebie nogi, które uderzają z nierównym tupotem w ziemię, potem przenosi szczudła z miejsca i z nowego rozmachu znów wyrzuca się z mocą naprzód. Takimi rzutami ciała zdobywa on przestrzeń”.

W ubiegłym roku na ulicach Drohobycza i Lwowa widziałem wielu młodych żołnierzy po amputacji kończyn, poruszających się na szczudłach czy też o własnych siłach, ale w sposób, jaki opisał w swym opowiadaniu Bruno Schulz: „Edzio porusza się tedy przy pomocy dwóch szczudeł […]. O tych szczudłach schodzi codziennie na dół kupować gazetę i to jest jedyny jego spacer i jedyne urozmaicenie. Przykro jest patrzeć na jego przeprawę przez schody. Jego nogi wyboczają się nieregularnie to w bok, to ku tyłowi, załamują się w niespodzianych miejscach, a stopy, jak kopyta końskie, krótkie i wysokie, stukocą jak kłody po deskach”. Widok ukraińskich żołnierzy przypomniał mi opowiadanie drohobyckiego pisarza i pomyślałem, że ten nasz czas to czas Schulzowskiego Edzia – chłopaka z Drohobycza, który pozostaje zwierciadłem ludzkiej kondycji przepełnionej fizycznym bólem, samotnością, ale i wolą walki oraz nieodpartą potrzebą samostanowienia. To cena, by zachować choćby resztki ludzkiej godności. I dziś cenę tę płaci przede wszystkim Ukraina, która mieszka przecież „[na] tym samym, co my, piętrze domu, w wąskim i długim skrzydle od podwórza […].”

Czas Edzia, czas Europy  

W swym parabolicznym opowiadaniu przypominającym biblijne przypowieści Bruno Schulz szkicuje świat duszny, rozkładający się, pełen bólu i absurdalnego wręcz trwania. Bohater opowiadania, Edzio – kaleka z Drohobycza – tkwi w świecie, który rozpadł się na fragmenty. Tkwi wśród spraw i przedmiotów, które żyją własnym życiem, i wśród ludzi, którzy stracili kontury moralne. Nawet rodzice, z którymi za sprawą swojego kalectwa zmuszony jest mieszkać, wdają się z nim w częste i gwałtowne spory. „Trudno jest z tego domyślić się, co zarzucają Edziowi, ale z tonu jego reakcji wnosić można, że jest on do żywego dotknięty, doprowadzony niemal do ostateczności. Słowa jego są gwałtowne i nierozważne, podyktowane nadmiernym wzburzeniem. […] I tak ciągnie się to całe kwadranse, urozmaicone tylko wybuchami żalu i oburzenia Edzia, który bije się w głowę i wyrywa sobie włosy z bezradnej wściekłości. Ale czasami – i to jest właściwą pointą tych scen, która zaprawia je specyficznym dreszczykiem – następuje to, na co z zapartym oddechem czekaliśmy. W głębi mieszkania zdaje się coś walić, jakieś drzwi otwierają się z trzaskiem, jakieś meble przewracają się z hukiem, potem rozlega się rozdzierający pisk Edzia. Słuchamy tego wstrząśnięci i pełni wstydu […].”

W tym zimnym i brutalnym świecie moralnego rozkładu Edzio podejmuje próbę zachowania własnego „ja” – jakby jego ciało i dusza były ostatnim miejscem, gdzie można jeszcze obronić sens. Jego walka nie jest widowiskowa. To walka o to, by nie przestać czuć, by nie dać się ogłuszyć nicości. W ten sposób Schulz – artysta z prowincjonalnego galicyjskiego miasteczka, Żyd czujący i piszący po polsku i po niemiecku – stworzył metaforę, która po dziesięcioleciach brzmi z nową mocą. W tym samym regionie Europy, w którym na świat przyszedł i dorastał Edzio, toczy się dziś inna walka o sens – wojna Ukrainy z kolejną imperialną odsłoną Rosji. To bój nie tylko o zachowanie czy odzyskanie zagrabionego przemocą terytorium, gdzie codziennie dochodzi do przerażających aktów zbrodni, lecz o godność człowieka i jego niezbywalne prawo do wolności. Europa, patrząc na tę wojnę z przerażeniem, z solidarnością, ale i z przejawami coraz większej obojętności, patrzy w swoje własne odbicie – w lustrze, które Schulz postawił przed nami już niemal sto lat temu.

Pluskwy dezinformacji  

Literacki świat Schulza, zrodzony z krajobrazu galicyjskiego miasteczka i obserwacji niezmiennych mechanizmów kondycji ludzkiej, to mikrokosmos Europy Środkowo-Wschodniej: kruchy, rozbity, pełen napięć między duchowością a cielesnością, pamięcią a zapomnieniem, mitem a codziennością. Edzio z Drohobycza jest jednym z wielu „dzieci pogranicza” – tak samo jak Ukraińcy, Polacy czy Litwini uwikłani są w dramatyczną historię, żyjąc na pograniczu, na którym ścierają się imperialne ambicje.

U Schulza rzeczywistość nieustannie drży – jakby wszystko mogło za chwilę runąć. Ten stan niestabilności trzeba dziś odczytać jako metaforę Europy, która po hekatombie II wojny światowej i po przezwyciężeniu ideologicznych podziałów, jakie cechowały powojenny świat okresu zimnej wojny, w ostatnich trzech dekadach (poprzedzających pełnoskalowy atak Rosji na Ukrainę) próbowała zapomnieć o naukach płynących z przeszłości. Stworzyła, co prawda, podwaliny wspólnego domu, ale jego mieszkańcy okazali się sobie obcy, nawet historyczne więzy rodzinne nie uchroniły ich od grzechu pychy i obojętności. U Schulza czytamy: „We wszystkich łóżkach leżą ludzie z podciągniętymi kolanami, z twarzą gwałtownie w bok odrzuconą, głęboko skupioną, zanurzoną w sen i bez granic mu oddaną. Jak któryś dorwał się snu, tak go trzyma kurczowo z żarliwą i bezprzytomną twarzą”.

To kulejąca niczym Edzio Europa, która próbowała zbudować nowy porządek głównie na fundamencie ekonomii, a nie wspólnej pamięci, wzajemnej o sobie wiedzy, dialogu i wyobraźni. Dlatego tak łatwo oblazły ją na pozór niewidzialne pluskwy rosyjskiej propagandy. Oby tylko Europa nie przypominała nam Adeli z opowiadania Schulza – jedynej osoby, z którą Edzio może podzielić się ciężarem swego losu, a która jednak „nie może nic poradzić, że przez ciało jej wędrują pluskwy, szeregi i kolumny pluskiew. Te lekkie i cienkie listki-kadłuby biegną przez nią tak delikatnie, że nie czuje najmniejszego muśnięcia”. Niestety, nasza ignorancja, pół-wiedza i niewiedza była – i niestety wciąż jest – świetną pożywką dla rosyjskich narracji siejących zamęt, chaos i zwątpienie w sens żmudnych, demokratycznych zasad współżycia.

Tymczasem strażniczką wspólnej pamięci, jak pisał Czesław Miłosz, jest również literatura i poezja. Co z tego, jeśli nawet tych najwybitniejszych dzieł, choćby i we fragmentach, nie czyta i nie dyskutuje się dziś w europejskich szkołach czy na uniwersytetach. Co prawda, ta pamięć z konieczności i powoli jest przywoływana, bo wojna w Ukrainie uświadamia nam, że pewne lekcje naszej wspólnej historii nie zostały odrobione, że pod powierzchnią nowoczesności wciąż tli się ogień prostactwa, ignorancji i zwykłej niewiedzy. Tym bardziej boli i daje do myślenia, że elity polityczne w Niemczech i Polsce, które jeszcze 15 lat temu potrafiły zdobyć się na wspólną wizję i dały impuls do stworzenia pierwszego polsko-niemieckiego podręcznika „Europa. Nasza historia”, od kilku lat trwonią kapitał związany z tą ogromną pracą. W milczeniu przyglądają się, jak nasze społeczeństwa stają się sobie coraz bardziej obojętne, a struktury trwałego dialogu, który w innych rejonach świata mógł uchodzić za przykład dalekowzroczności, powoli się wykruszają. Najlepszym tego dowodem jest fakt, iż niniejszy tekst ukazuje się w ostatnim (sic!) drukowanym numerze zasłużonego periodyku, jakim jest Magazyn Polsko-Niemiecki DIALOG.

Tak więc także Polska i Niemcy przypominają dziś Edzia – człowieka uwięzionego między snem a jawą, między chorobą a pragnieniem życia, wystawionego na doświadczenia graniczne. Ukraina, napadnięta w 2022 roku, znalazła się w jeszcze bardziej dramatycznej przestrzeni granicznej: między przetrwaniem a unicestwieniem, między wiernością wartościom a koniecznością stosowania przemocy w obliczu zbrodni dokonywanych przez agresora. I podobnie jak Edzio, nie ma dokąd uciec – musi trwać i walczyć. W tym trwaniu kryje się jednak siła. Bo właśnie z bólu rodzi się świadomość i w bólu wykuwa się ciągłość pamięci – tak jednostkowej, jak i zbiorowej.

Lekcja z Drohobycza  

Schulz nie był moralistą. Jego język, nasycony metaforą, unikał jednoznaczności. A jednak w centrum jego prozy jest pytanie o odpowiedzialność: jak żyć w świecie, który rozpadł się na części? Jak ocalić siebie, gdy nic już nie jest pewne? To jest pytanie, które mogliby zadać sobie także twórcy i czytelnicy ostatniego papierowego wydania DIALOGU. Walka Ukrainy, której jesteśmy świadkami, to odpowiedź na to pytanie, bo ta walka jest próbą utrzymania sensu wobec chaosu – sensu zachowania państwa, wspólnoty, języka. Sensu zachowania sprawczości. Poczucia sensu każdego wysiłku na rzecz budowania trwałości w świecie, w którym coraz więcej dronów, min i pocisków.

Ale walka Ukrainy to też próba utrzymania sensu i ładu moralnego – przekonania, że zło nie może pozostać bezkarne. Gdy Ukraina stawia opór, stawia go nie tylko Rosji, lecz samej logice rozpadu – tej samej, którą w swych opowiadaniach opisywał Schulz. Jego Drohobycz był miejscem, gdzie codzienność nabierała znaczenia mitologicznego. Dziś Drohobycz znów jest miejscem symbolicznym – miastem leżącym w europejskiej przestrzeni naznaczonej wojną, gdzie historia wciąż przemawia do nas głosem ofiar. Bruno Schulz w listopadzie 1942 roku tam właśnie został zastrzelony przez niemieckiego zbrodniarza. Teraz jego rodzinne miasto staje się świadkiem kolejnego cierpienia.

Edzio cierpiał w milczeniu. Ukraina natomiast krzyczy – krwią, ruinami, rozdartymi rodzinami, których tak wiele znalazło w polskim czy niemieckim domu tymczasowe schronienie. W obu przypadkach to cierpienie jest formą świadectwa.

Siła świadectwa  

W świecie, w którym Bóg i rozum milczą, a człowiek traci orientację moralną, pozostaje świadectwo – ostatnia forma prawdy. Edzio, milczący i bezradny wobec cierpienia, swoją postawą pełną godności zaświadcza o swoim istnieniu, swoim trwaniu, swojej niezgodzie na unicestwienie. W tym miejscu spotykają się Bruno Schulz i inna wielka postać historycznej Galicji, człowiek dialogu i pojednania – ks. Józef Tischner. W wydanym już pośmiertnie „Krótkim przewodniku po życiu” ks. Tischner pisał: „Każdy człowiek, a szczególnie człowiek chory, daje innym ludziom jakieś świadectwo. Nie jest to łatwe świadectwo, ale dlatego właśnie jest to świadectwo cenne, niezastąpione. Niejednokrotnie bardziej niż czegokolwiek innego drugi człowiek potrzebuje do życia świadectwa chorych”.

To zdanie otwiera niezwykłą, choć bardzo trudną perspektywę etyczną: cierpienie nie jest bezużyteczne, jeśli staje się komunikatem, wezwaniem, znakiem dobra. Człowiek chory, słaby, zraniony – taki jak Edzio – nie przestaje być nauczycielem, jeśli jego cierpienie zostaje przyjęte i zrozumiane przez innych. Ukraina jest dziś takim nauczycielem Europy. Jej świadectwo – świadectwo bólu i odwagi – staje się lustrem, w którym nasz kontynent może zobaczyć własną twarz. Paradoksalnie, ten kraj – choć tak okrutnie poraniony – jest dziś moralnie silniejszy. Bo z pozycji bólu i słabości wypływa czasem siła, która potrafi przemienić innych.

W tym sensie myśl ks. Tischnera o „świadectwie chorych” przekracza wymiar indywidualny i odnosi się do całych narodów i wspólnot. Ukraina – niczym chory, zataczający się z bólu człowiek – przechodzi bolesną drogę cierpienia, ale przemienia je w mowę sumienia. To trudne świadectwo przypomina Europie, że wolność nie jest dana raz na zawsze, że wymaga czujności, współczucia i odwagi.

Solidarność jako forma walki  

Schulzowska wizja świata była głęboko samotnicza – jego bohaterowie żyją w odrębnych sferach, często odizolowani od innych. Ale Tischner wprowadza do tej samotności korektę: cierpienie, jeśli jest świadectwem, zakłada istnienie dla drugiego człowieka. Kto cierpi, mówi do kogoś. A kto słucha, staje się współuczestnikiem.

Wydaje mi się, że Europa potrzebuje dziś takiej formy słuchania. Solidarność z Ukrainą to nie tylko kwestia politycznej i strategicznej dalekowzroczności wobec coraz bardziej imperialnych zakusów Rosji. To kwestia egzystencjalna. To także próba usłyszenia wołania i przesłania, które płynie z Ukrainy. Tischner pisał, że człowiek staje się sobą dopiero w relacji – „ja” nie istnieje bez „ty”. Dlatego obojętność jest formą intelektualnej zapaści, a nawet postępującej duchowej śmierci. Niepokojące w tym kontekście są oznaki skrajnej antyukraińskości, którą możemy zaobserwować zarówno w Niemczech, jak i w Polsce. Od lutego 2022 roku stosunek wobec Ukraińców w obu krajach przeszedł zauważalną ewolucję – od entuzjastycznej, oddolnej solidarności, po bardziej złożone, ambiwalentne postawy, z czasem pełne obojętności, niechęci, odrzucenia. W pierwszych miesiącach wojny dominowały współczucie, poczucie wspólnoty losu i historycznej ciągłości – szczególnie w Polsce, gdzie setki tysięcy ludzi spontanicznie otworzyły domy i serca dla dotkniętych wojną uchodźców. Z czasem jednak pojawiło się zmęczenie, a także napięcia związane z konkurencją na rynku pracy, wysiłkiem integracyjnym, rozmiarem transferów socjalnych itd. Jednak źródłem tych napięć czy wręcz antyukraińskich nastrojów są pełne trucizny narracje, z których lwia część jest jawnie inspirowana przez Rosję. W Niemczech początkowy gest gościnności ustąpił miejsca chłodniejszej kalkulacji i pytaniom o granice solidarności. W obu krajach proces ten ujawnia mechanizmy społecznej empatii i jej erozji pod wpływem kryzysów. Wiele też mówi na temat sposobu, w jaki polityka i media – przede wszystkim te tzw. społecznościowe – kształtują zbiorowe emocje wobec „innych”, w tym szczególnie tych, którzy jeszcze niedawno symbolizowali moralny obowiązek wsparcia. Wciąż łatwiej nam dostrzec źdźbło w oku bliźniego niż belkę w swoim własnym.

W tym sensie solidarność z Ukrainą jest tak naprawdę walką o samego siebie. Nie można być świadomym Europejczykiem, ignorując cierpienie sąsiada. Schulzowski Drohobycz, z jego dusznym powietrzem i rozpadem świata, jest zatem przestrogą: jeśli nie nauczymy się współodczuwać, nasz kontynent stanie się duchowym sanatorium pod klepsydrą – miejscem, w którym czas się zatrzymał, a życie uległo skostnieniu.

Solidarność to nie akt współczucia z dystansu, ale forma walki. To decyzja, by nie być biernym. W tym sensie każdy gest pomocy Ukrainie – przyjęcie uchodźcy, zbiórka pieniędzy, protest przeciwko kłamstwu – jest także aktem metafizycznym: potwierdzeniem, że człowiek może opowiedzieć się po stronie dobra i przeciwko złu.

Edzio w okopach XXI wieku  

Patrząc na zdjęcia młodych ukraińskich żołnierzy, studentów, kobiet, dzieci, starców, widzimy współczesne wizerunki drohobyckiego Edzia. Ich twarze są zmęczone nieustanną wojną – bombardowaniem miast, szpitali, szkół, przedszkoli, bibliotek, a nawet niewielkich ludzkich osad, niszczeniem wszelkich przejawów życia i oporu. Ale w oczach tych zmęczonych ludzi tli się coś, co powinno nas inspirować – heroizm cichej wytrwałości. Także Edzio walczył o sens w świecie, który go odrzucał. Ukraińcy walczą o sens w świecie, który przez lata nie chciał ich słuchać, nie chciał dać wiary ich przestrogom i ich świadectwu. Ich niezmordowany opór jest także oporem w imieniu nas wszystkich, o ile nadal wierzymy, że człowiek powołany jest do wolności i ma prawo do kształtowania własnego losu.

Bruno Schulz uczył – także mojego dziadka – że świat można ocalić poprzez akt tworzenia. Dziś Ukraina tworzy sens tego przesłania na nowo. W ruinach rodzi się nowa wspólnota, nowy język solidarności. Między dźwiękiem alarmu bombowego a śpiewaniem hymnu rozgrywa się codzienna liturgia trwania. To tam, w tej liturgii, powraca duch Brunona Schulza – jego cicha wiara w wartość każdego gestu, każdego słowa, każdego trwania mimo wszystko.

A Europa? Europa musi słuchać, ale i uczyć się – pokory, odwagi, empatii. Bo jeśli zapomni, że wolność wymaga zaangażowania (a niestety także gotowości do złożenia ofiary), stanie się tym, czym okazał się świat Schulza: martwym snem.

Co kuleje, idzie  

Historia Edzia kończy się niedopowiedzeniem – jakby Schulz zostawił nam miejsce na dopisanie zakończenia. Dziś zakończenie historii Edzia dopisuje Ukraina. Od tego, jak odpowiemy na jej świadectwo, zależy, czy przetrwamy jako wspólnota.

Czas Edzia trwa nadal. To czas bólu, ale i nadziei. To czas, w którym sumienia są wystawione na bardzo trudną próbę. Bo ta wojna stawia niestety bardzo konkretne pytania o naszą definicję człowieczeństwa. Jak długo Europa, zmęczona lękiem o zachowanie własnego dobrobytu, jest jeszcze gotowa do udzielania Ukrainie niezbędnego gospodarczego i militarnego wsparcia? Czy potrafi dostrzec w jej dramatycznym położeniu nie tylko nieszczęście, lecz także wezwanie do odnowienia europejskiej wspólnoty? Powtórzmy zatem: walka Ukrainy jest walką Edzia – walką o sens, o kształt świata, który jeszcze się nie rozpadł, ale który doświadcza geopolitycznego trzęsienia ziemi. Nadchodzą – a właściwie już nadeszły – czasy, które wymagają nowej ery solidarności, kształtowania sumień, jasności widzenia i woli działania.

W krótkiej ciszy po wybuchach, w świetle świec w zrujnowanych miastach przyfrontowych Donbasu, w oczach Edzia i w oczach Ukraińców – tam wciąż tli się nadzieja, która nie pozwala naszemu światu obrócić się w proch. Chciałbym tę nadzieję dostrzec także w obliczu polsko-niemieckiego sąsiedztwa, bez którego potencjału, gospodarczej siły i strategicznej dalekowzroczności ten nikły płomień może zdmuchnąć zimny, listopadowy wiatr. Pocieszam się jednak genialną myślą Stanisława Jerzego Leca, innego pisarza tej części świata, z której pochodził mój dziadek: „Co kuleje, idzie”.

Niech więc i o tym przesłaniu przypomina nam kulejący Edzio – chłopak z opowiadania Brunona Schulza, który chyba na długo z nami pozostanie.

Powyższy tekst ukazał się w DIALOGU nr 152 (2025-2026). 

Kolaż pokazuje twarze Mateusza Morawieckiego, Karola Nawrockiego i Jarosława Kaczyńskiego

Kaczyński słabnie. Polska prawica układa się na nowo

Jarosław Kaczyński przez lata rządził prawą stroną polskiej sceny politycznej. Teraz słabnie, a na prawicy zaczyna się walka. Czy patronem całego obozu może zostać prezydent Karol Nawrocki?
Rafał Kalukin
Kolaż przedstawia kobietę otoczoną motywami kojarzonymi z polskością

Polonio – kim jesteś? W poszukiwaniu poczucia przynależności do Polski

Termin „Polonia” zdaje się być jednoznaczny. Lecz im bardziej autorka się do niego zbliża, tym bardziej niejasne staje się, kto do „Polonii” należy – i dlaczego ona sama się w tej definicji nie odnajduje.
Oliwia Hälterlein
Zwiedzający w pomieszczeniu wystawy.

Przeszłość obecna do dziś. Ostgebiete – Ziemie Zachodnie

Wystawa „Ostgebiete / Ziemie Zachodnie” opowiada w sposób spokojny i osobisty historię relacji polsko-niemieckich bez kiczu pojednania.
Felix Ackermann