Niewielu zagranicznych szefów rządów cieszy się w Ukrainie taką popularnością jak kanclerz Niemiec Friedrich Merz, który w minioną niedzielę (4.10.2026) przebywał w Kijowie. Według sierpniowego sondażu renomowanego instytutu Rating Group pozytywnie ocenia go 64 procent Ukraińców. To o siedem punktów procentowych więcej niż w przypadku jego poprzednika Olafa Scholza. Lepiej wypada jedynie prezydent Francji Emmanuel Macron z wynikiem 79 procent. Prezydenta USA Donalda Trumpa dobrze ocenia natomiast zaledwie 16 procent badanych, a źle aż 77 procent.
Liczby te pokazują, jak bardzo zmieniło się wsparcie dla Ukrainy od początku drugiej kadencji Trumpa. Do 2025 roku to Stany Zjednoczone były najważniejszym dostawcą pomocy wojskowej dla Kijowa. Waszyngton wprawdzie nadal sprzedaje Ukrainie broń i amunicję za pośrednictwem państw europejskich i przekazuje jej kluczowe dane wywiadowcze, w tym roku rolę najważniejszego partnera przejęły jednak Niemcy.
Obecnie już tylko 54 procent Ukraińców uważa USA za kraj przyjazny. Wynik Niemiec rośnie natomiast od lat i wynosi dziś 77 procent – tyle samo co Litwy, która od pierwszego dnia pełnoskalowej rosyjskiej inwazji zdecydowanie wspiera Ukrainę. Nieco lepiej wypadają jedynie Wielka Brytania (80 procent) i Francja (81 procent).

Badanie ma jednak swoje mankamenty. Nie uwzględniono w nim pozostałych krajów bałtyckich – Łotwy i Estonii – ani krajów skandynawskich, choć i one należą do najważniejszych sojuszników Ukrainy. Z ostrożnością należy też traktować niewielką przewagę Francji nad Niemcami, która nie odzwierciedla rzeczywistej skali pomocy. Wynika ona zapewne przede wszystkim z tego, że Macron lepiej pasuje do silnie spersonalizowanej kultury politycznej Ukrainy, która i tak przypomina model francuski.
Mimo to, sondaż dobrze oddaje aktualne nastroje. Wymowne jest na przykład to, że na tle polsko-ukraińskiego sporu o historię i powracających konfliktów gospodarczych zaledwie 50 procent Ukraińców postrzega Polskę jako kraj przyjazny. Premiera Donalda Tuska pozytywnie ocenia 45 procent badanych, prezydenta Karola Nawrockiego tylko 20 procent. Jego poprzednik Andrzej Duda w podobnych rankingach zajmował niegdyś pierwsze miejsce.
Wszystkie oczy zwrócone na Berlin
W obliczu przyszłorocznych wyborów prezydenckich we Francji i parlamentarnych we Włoszech, które mogą przynieść Ukrainie przykre niespodzianki, Kijów spogląda przede wszystkim na Niemcy. Mimo sporu o Nord Stream 2 i niezręcznej komunikacji na początku pełnoskalowej rosyjskiej inwazji, stosunki niemiecko-ukraińskie osiągnęły historyczny szczyt już za rządów ostatniej koalicji z Scholzem na czele. Gabinet Merza zasadniczo kontynuuje ten kurs.
Niemiecko-ukraińskie projekty zbrojeniowe
Bliższe relacje za Merza nie wynikają jednak wyłącznie z jego bezpośredniej retoryki, którą różni się od swego poprzednika. W Kijowie szczególnie ceni się większe zaangażowanie Niemiec we wspólne projekty zbrojeniowe. Zadowolenie wywołuje też fakt, że rząd federalny znacznie rzadziej ujawnia wcześniej szczegóły współpracy wojskowej. Kwestia pocisków Taurus wprawdzie wciąż wraca, straciła jednak na ostrości, ponieważ Ukraina – przy wsparciu Niemiec – rozwija własne pociski manewrujące i rakiety balistyczne.

Tym większą wagę miała wizyta Merza w Kijowie przed tegoroczną zimą, która z powodu codziennych rosyjskich ataków zapowiada się ciężko – z przerwami w dostawach prądu i ogrzewania. W podróży kanclerzowi towarzyszyli przedstawiciele wielu niemieckich firm zbrojeniowych, przede wszystkim z branży produkcji dronów oraz obrony przeciwlotniczej. W obliczu światowego niedoboru pocisków przechwytujących do systemów Patriot Ukraina musi opracować własne systemy obrony przed rakietami balistycznymi, a zarazem własne rakiety, by móc razić także wyrzutnie na terytorium Rosji.
Szuka też taniego sposobu obrony przed nowymi rosyjskimi dronami odrzutowymi Gierań-4 i Gierań-5, których produkcję Rosji udało się wbrew oczekiwaniom poważnie zwiększyć. Potrzebne do tego drony przechwytujące nie są wprawdzie technologicznym arcydziełem. Ponieważ jednak wymagają napędu odrzutowego i systemu naprowadzania, ich produkcja na dużą skalę jest kosztowna.
W obu dziedzinach kluczowa jest niemiecko-ukraińska współpraca z takimi firmami, jak Diehl Defence i Quantum Systems. Dlatego w Kijowie bardzo uważnie śledzi się sytuację polityczną w Niemczech po wyborach do parlamentów krajowych we wschodnich landach. Chodzi przy tym nie tylko o wyniki partii przychylnych Rosji, takich jak AfD i BSW, lecz przede wszystkim o stabilność rządu federalnego.
Merz i minister gospodarki Katherina Reiche mieli za kulisami zapewnić stronę ukraińską, że koalicja przetrwa pozostałe dwa i pół roku do kolejnych wyborów do Bundestagu. Z ukraińskiej perspektywy kluczową rolę odgrywa ponadto sam Merz, który kreuje się na „kanclerza polityki zagranicznej”, a na czele BND postawił Martina Jägera, byłego ambasadora Niemiec w Ukrainie. Wątpliwe, czy jego ewentualni następcy angażowaliby się na rzecz Ukrainy w podobnym stopniu.
Problemy finansowe Ukrainy
Nietrudno zrozumieć, dlaczego ta kwestia tak bardzo zaprząta Kijów. Prowadząca w sondażach kandydatka na urząd prezydenta Francji Marine Le Pen zapowiada politykę wobec Ukrainy wzorowaną na administracji Trumpa, która zakłada co najmniej wstrzymanie pomocy finansowej. Skomplikowana koalicja rządząca we Włoszech już dziś podchodzi z rezerwą do pomocy wojskowej. Dlatego wkład Niemiec – przy całym wsparciu ze strony Wielkiej Brytanii czy Finlandii – ma szczególne znaczenie.

Jak ważne jest wsparcie dla Ukrainy, pokazuje bardzo trudna sytuacja finansowa broniącego się kraju. Rosyjskie ataki systematycznie osłabiają gospodarkę, a w wyniku trwającej mobilizacji wciąż ubywa podatników. W budżecie niemilitarnym, finansowanym niemal w całości z pomocy zagranicznej, do końca roku brakuje ponad 26 miliardów dolarów. Tę lukę Kijów jest w stanie zamknąć sam, ponieważ w dużej mierze środki są powiązane z reformami. Trudniej jest z budżetem obronnym, który rośnie wraz z rozwojem technologicznym wojny. Tu brakuje około 27 miliardów dolarów.
Według ukraińskiego ministerstwa finansów, państwo może samodzielnie zebrać siedem miliardów, a w przypadku dwunastu miliardów liczy na rozwiązania wypracowane z partnerami. Reszta pozostaje jednak bez pokrycia i nic nie wskazuje na to, by Unia Europejska bezpośrednio ją przejęła. Każde ograniczenie roli Niemiec byłoby więc fatalne w skutkach, tym bardziej że perspektywy na przyszły rok są jeszcze bardziej ponure.
Ukraiński rząd daje to do zrozumienia także drobnymi gestami. Na przyjęcie wydane przez ambasadę Niemiec w Ukrainie z okazji Dnia Jedności Niemiec przyszedł również minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha. A przecież takie przyjęcia w kalendarzach szefów dyplomacji zwykle nie zajmują priorytetowego miejsca.
Polsko-ukraiński spór o historię
W przypadku Polski, zdecydowanie najważniejszego kraju tranzytowego dla dostaw sprzętu wojskowego, w Kijowie długo liczono na to, że Ukraina nie stanie się tematem kampanii wyborczej, tak jak wiosną na Węgrzech. Wiele wskazuje na to, że w odniesieniu do kraju sąsiedzkiego, w którym w przyszłym roku odbędą się wybory parlamentarne, ta nadzieja się nie spełniła. Przyczyny sięgają jednego z najciemniejszych rozdziałów w historii relacji polsko-ukraińskich.
W maju prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski jednej z jednostek specjalnych ukraińskich Sił Zbrojnych nadał imię „Bohaterów UPA”, Ukraińskiej Powstańczej Armii, zbrojnego ramienia Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Formacja ta odegrała decydującą rolę w rzezi wołyńskiej, której ofiarą, według szacunków, w latach 1942–1945 padło nawet 100 tysięcy osób, w większości Polaków.

Decyzja ta wywołała oburzenie w Polsce, gdzie zbrodnię uznaje się za ludobójstwo. W odpowiedzi prezydent Karol Nawrocki odebrał Zełenskiemu Order Orła Białego, najwyższe polskie odznaczenie. Jego przyznanie przez poprzednika Nawrockiego, Andrzeja Dudę, odczytywano przede wszystkim jako hołd dla broniącego się narodu ukraińskiego. Następnie Zełenski odesłał order kurierem do Warszawy. Dziś stosunki polsko-ukraińskie są tak napięte, jak dawno nie były. W Ukrainie przybywa wprawdzie głosów krytykujących nadanie jednostce tego imienia. Skala polskiego oburzenia była tam jednak zaskoczeniem, ponieważ na zachodzie Ukrainy od lat wiele ulic i pomników upamiętnia UPA.
Wielu Ukraińcom brakuje wiedzy historycznej na temat UPA
W Ukrainie historia UPA postrzegana jest nieco inaczej, przy czym podkreśla się tam, że nie ma to na celu relatywizowania rzezi. Do kontekstu zalicza się tu bowiem także represje wobec ukraińskich chłopów i cerkwi w przedwojennej Polsce oraz akcje odwetowe polskich oddziałów, których ofiarą padło do 15 tysięcy osób.
Również stosunek Ukraińców do OUN i UPA jest skomplikowany. Przed wybuchem konfliktu rosyjsko-ukraińskiego obie organizacje krytycznie oceniała niemal połowa społeczeństwa. W ubiegłym roku, według Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii (KMIS), było to już tylko osiem procent. Połowa respondentów nie potrafiła jednak wyrobić sobie zdania, bo zwyczajnie brakuje im podstawowej wiedzy historycznej. Osoby te często postrzegają OUN wyłącznie jako przeciwwagę dla rosyjskiej propagandy, która od dziesięcioleci demonizuje ukraińskich nacjonalistów.

Według badania KMIS z końca czerwca 2026 roku, zaledwie jeden procent Ukraińców uważa, że Kijów powinien w pełni przyjąć polską perspektywę na wspólną historię. Z kolei tylko cztery procent sądzi, że to Polska powinna przyjąć perspektywę ukraińską. Zdaniem 57 procent, każdy naród ma prawo do własnych bohaterów bez ingerencji innych. Kolejne 33 procent chciałoby wspólnej wizji historii, wypracowanej przez komisje historyków, a nie przez polityków.
Około 90 procent społeczeństwa opowiada się zatem za konstruktywnym rozwiązaniem. W Kijowie nikt nie ma jednak złudzeń: to, że Polska – niezależnie od tego, kto rządzi – w razie akcesji Ukrainy do UE będzie ją postrzegać jako głównego konkurenta gospodarczego, jeszcze długo będzie rzutować na wzajemne relacje. Na pierwszym planie mają jednak pozostać wspólne interesy w dziedzinie bezpieczeństwa.
Sporne są także inne kwestie
Właśnie w tej sferze w ukraińskiej polityce panuje jednak – także z powodu odmiennych interpretacji – brak zrozumienia dla Warszawy. Dotyczy to również samego Zełenskiego, którego trudno zaliczyć do wielbicieli OUN i UPA. Kijów jest Polsce wdzięczny za wsparcie i przyjęcie ukraińskich uchodźców. Zarazem uważa się tam, że już samo odparcie pierwszej fazy rosyjskiej inwazji było dużym, a po części decydującym wkładem w bezpieczeństwo Polski.
Ponadto w oczach Kijowa polska gospodarka korzysta na obecności ukraińskich uchodźców oraz na tranzycie broni do Ukrainy. Przekazanie ukraińskiej armii sprzętu postsowieckiego należy też widzieć w kontekście modernizacji polskiego wojska przy udziale partnerów z NATO, takich jak USA. W kręgach eksperckich krytykuje się jednak, że Zełenski nie przyjechał na konferencję w sprawie odbudowy Ukrainy w Polsce i w podróżach zagranicznych coraz częściej wybiera tranzyt przez Mołdawię zamiast przez Polskę.
Z punktu widzenia Polski, sprowadzenie do Ukrainy szczątków tak kontrowersyjnych postaci, jak Andrij Melnyk i Jewhen Konowalec, oraz budowa własnego „panteonu bohaterów” uchodzą jednak przede wszystkim za projekt Kyryła Budanowa. Były szef wywiadu wojskowego HUR od stycznia jest szefem Kancelarii Prezydenta Ukrainy i najwyraźniej chce w ten sposób dotrzeć do części armii.
Spór z Polską nie może w każdym razie eskalować tak jak relacje z Węgrami, które nawet po wyborczej porażce Viktora Orbána pozostają niezwykle trudne, bo wzajemna zależność jest tu nieporównanie większa. Dla Kijowa i ukraińskiego społeczeństwa partnerzy pozostają kluczowi w długiej wojnie na wyniszczenie. Rosja liczy na to, że z czasem wsparcie dla Ukrainy osłabnie, co pozwoli jej przeforsować swoje cele siłą.
W Kijowie wiedzą też, że swoją wojną powietrzną Moskwa wyrządza Ukrainie większe szkody niż Ukraina Rosji. Ponieważ jednak Rosja sama finansuje swoją napastniczą wojnę, pomoc międzynarodowa, a zwłaszcza europejska, może przechylić szalę zwycięstwa na korzyść Ukrainy.