Polska i Niemcy

Z perspektywy Szczecina Niemcy muszą leżeć bardzo daleko

Od lat nie toczy się żadna poważna dyskusja o tym, jak wykorzystać transgraniczny potencjał Pomorza. W Szczecinie nie widać autentycznego zainteresowania współpracą z Niemcami. To poważny błąd – pisze Marcin Przybysz.
Oznakowanie graniczne między Polską a Niemcami
Oznakowanie graniczne między Polską a Niemcami
Tak blisko, a jednak tak daleko. Decydenci na polskim Pomorzu Zachodnim nie mają koncepcji współpracy z niemieckimi partnerami © IMAGO / Future Image

Na początku września w Löcknitz, tuż przy granicy z Polską, 25 km od centrum Szczecina, odbyło się niemiecko-polskie forum obywatelskie z udziałem Knuta Abrahama – pełnomocnika rządu Niemiec ds. współpracy z Polską, a zarazem posła do Bundestagu z ramienia partii CDU.

Spotkanie odbyło się w szczycie landowej kampanii wyborczej w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, ale nie wzbudziło zainteresowania żadnego z kandydatów do landtagu w Schwerinie.

Nie zainteresował się nim też żaden z ośrodków decyzyjnych pobliskiej metropolii szczecińskiej. Najwyraźniej to, co dzieje się na zachód od położonego zaledwie 15 km od centrum miasta przejścia granicznego Lubieszyn/Linken, średnio interesuje marszałka, wojewodę czy prezydenta Szczecina.

Codzienne problemy pogranicza

Uczestniczący w spotkaniu społecznicy z polsko-niemieckiego obszaru metropolitalnego mieli poczucie déjà vu. Lista problemów, z którymi dzień w dzień mierzą się mieszkańcy pogranicza i które przedstawiają kolejnym oficjelom, od lat jest taka sama.

To ciągłe problemy komunikacyjne na linii Szczecin–Pasewalk–Lubeka, brak systemowych ulg biletowych dla ludzi mieszkających i pracujących po obu stronach granicy, trudności z uznawaniem dyplomów i kwalifikacji zawodowych, a przede wszystkim brak jednego, wspólnego ośrodka administracyjnego, który zbierałby sprawy utrudniające życie mieszkańcom pogranicza i przekazywał je właściwym adresatom i decydentom, aby uzyskać realne wsparcie.

Czerwony pociąg regionalny kolei Deutsche Bahn na stacji Szczecin Gumieńce
Pociag ze Szczecina w kierunku Löcknitz w grudniu 2026 r. zostanie wyłączony z ruchu na co najmniej rok © materiały prasowe PKP PLK

Dzieje się tak mimo tego, że Szczecin zawsze, historycznie i geograficznie, oddychał dwoma płucami – niemieckim Pomorzem Przednim i – polskim od 1945 roku Pomorzem „Tylnym” (Zachodnim). Dzisiaj miasto funkcjonuje, owszem, nienajgorzej, ale z jednym płucem, co najmniej „przytkanym”.

Nie istnieje zresztą żaden regionalny albo miejski dokument, który realnie przedstawiałby problemy, ale i potencjał miasta leżącego w środku między osiami Stralsund-Greifswald–Gorzów i Eberswalde-Schwedt–Goleniów-Kołobrzeg. Poza planistami zajmującymi się obszarami powiązań na całym niemieckim pograniczu nie spotkałem się od lat z żadną poważną dyskusją na ten temat w samym Szczecinie.

A przecież nie chodzi o romantyczną wizję Europy bez granic. Chodzi o bardzo konkretną przestrzeń gospodarczą, społeczną i komunikacyjną, w której dziesiątki tysięcy ludzi żyje, pracuje, uczy się, robi zakupy i spędza wolny czas po obu stronach granicy. Szczecin jest jej naturalnym centrum. Tyle że jego ośrodki decyzyjne od lat zachowują się tak, jakby tego faktu nie zauważały. Procesy integracyjne dzieją się niejako same i wychodzi na to, że wola polityczna jest taka, że mają się właśnie tak dziać, „przy okazji”. „Laissez-faire”!

Współpraca, która zamiera

Wybory w 2023 roku budziły nadzieje wielu polskich i niemieckich Europejczyków na pograniczu. Miało w końcu być „normalnie” – miała wrócić intensywna współpraca między Schwerinem, Poczdamem a Szczecinem, wspierana przez demokratyczne rządy w Warszawie i Berlinie. Niepokojące sytuacje, których byliśmy świadkami podczas pandemii czy katastrofy ekologicznej na Odrze – gdy decyzje dotyczące pogranicza podejmowano arbitralnie bez konsultacji i słuchania mieszkańców i ekspertów z obu stron granicy – miały się już nie powtórzyć.

Ani śladu normalizacji

Przez prawie trzy lata rządów w Polsce Koalicji 15 października współpraca transgraniczna nie stała się priorytetem polityki regionalnej. Latem ubiegłego roku pogranicze przez długi czas było dodatkowo absorbowane ewidentnie prorosyjskimi działaniami hybrydowymi i napięciami wokół granicy. Antyniemiecka, ksenofobiczna aktywność i narracja samozwańczych „obrońców granic” były realizowane przy niemal całkowitej bierności służb, szczególnie w obszarze polsko-niemieckiej komunikacji.

Ludzie w letnich ubraniach i kamizelkach odblaskowych pilnują po polskiej stronie przejścia granicznego Lubieszyn/Linken
Samozwańczy „obrońcy granic” przy przejściu granicznym Lubieszyn/Linken, 2025 r. © IMAGO / Andy Bünning

Jak na ironię, mniej więcej w tym samym czasie polski MSZ zlikwidował stanowisko polskiego koordynatora ds. polsko-niemieckiej współpracy transgranicznej i żaden polityk pogranicza nie podniósł alarmu. Pewnie dlatego, że nikt z nich wcześniej współpracy z koordynatorem tak naprawdę nie podjął.

Asymetria między obiema stronami jest uderzająca

Demokratyczne władze Meklemburgii-Pomorza Przedniego już dziesięć lat temu jednoznacznie opowiedziały się za rozwijaniem współpracy w ramach metropolii szczecińskiej: Landtag podjął stosowne uchwały, a specjalnie powołany sekretarz stanu ds. wschodniej części landu otworzył swoje biuro w Anklam (blisko granicy z Polską), by być m.in. partnerem Meklemburgii oraz Brandenburgii dla polskiej strony.

Rzadko się o tym wspomina, ale Szczecin w ostatnich latach był wielokrotnie miejscem narad programowych landowych frakcji SPD czy CDU, które wybierały sobie stolicę województwa zachodniopomorskiego jako lokalizację wewnętrznych konsultacji. Marszałek województwa, prezydent miasta i wojewoda przyjmują oficjalnie te kurtuazyjne wizyty niemieckich polityków, czasem sami jeżdżą na spotkania po niemieckiej stronie, ale pomysłu na to, jak Szczecin miałby średnio- i długofalowo rozwijać współpracę z sąsiadami, brak.

Priorytety Współpracy Zagranicznej Województwa Zachodniopomorskiego nie były dyskutowane ani nowelizowane od dziesięciu lat, a w nowej strategii rozwoju miasta z 2026 roku w ogóle nie ma mowy o transgranicznej metropolii szczecińskiej, budowanej w porozumieniu z landami przygranicznymi oraz powiatami Vorpommern-Greifswald i Uckermark.

Były czasy, gdy Szczecin, mając realny interes w organizacji pierwszych regat „Tall Ships Races” w 2007 roku, mocno pielęgnował partnerstwo z hanzeatyckim Rostockiem. Ale gdy już nauczył się zarządzać takimi projektami, to przestał dbać o tę przyjaźń. W przyszłym roku teoretycznie można by świętować 70 lat od powstania pierwszego powojennego polsko-niemieckiego partnerstwa miast. Może być jednak tak, że nie za bardzo będzie tego świętowania na czym oprzeć.

Łodzie, statki i widzowie w szczecińskim porcie podczas regat The Tall Ships Races
Tall Ship Races w Szczecinie: kiedyś współpraca z Niemcami była dużo intensywniejsza. © IMAGO / Depositphotos

Podobnie potoczyła się współpraca muzeów: po roszadach personalnych w Muzeum Narodowym w Szczecinie wyraźnie osłabła, jeśli nie zamarła, współpraca z Pomorskim Muzeum Krajowym w Greifswaldzie. Jest to o tyle istotne, że ta nowoczesna placówka muzealna, pokazująca kompleksowo historię całego Pomorza, w swojej stałej ekspozycji we wspaniały sposób przedstawia również polską powojenną perspektywę.

Zawdzięczamy to szczecińskim historykom oraz zaangażowanym, niemieckojęzycznym pracownikom szczecińskiego Muzeum Narodowego, z którymi władze województwa nie kontynuują jednak współpracy. Jeśli polskie władze nie są zainteresowane kontynuowaniem rozmowy na temat historii i tym, by polska narracja była obecna w najważniejszych placówkach kulturalnych i muzealnych niemieckiego pogranicza, musi to budzić niezrozumienie i sprzeciw. To samo dotyczy współpracy zachodniopomorskich placówek kulturalnych z ośrodkami w Neubrandenburgu, Stralsundzie, nie mówiąc o mniejszych ośrodkach, współpracą z którymi nikt po polskiej stronie się nie interesuje.

Zainteresowanie środkami z UE

Kooperacja z Niemcami i w ogóle „integracja europejska” jest dobra, jeśli dotyczy „wyciskania Brukselki” – gdy płyną duże, najlepiej „infrastrukturalne” pieniądze. Nota bene, rzadko wspomina się o tym, że w dużej mierze są to pieniądze niemieckich podatników.

Problem w tym, że europejska współpraca transgraniczna nie może być tylko mechanizmem pozyskiwania pieniędzy na nawet najlepsze własne projekty. Nie może zaczynać się wraz z kolejnym naborem i kończyć wraz z rozliczeniem dotacji. Jeśli ma być efektywną polityką, musi realnie i długoterminowo „łączyć ludzi”, środowiska i instytucje, być szczegółowo planowana, konsekwentnie realizowana i rok po roku ewaluowana. Także wtedy, gdy nie ma konkursu na środki zewnętrzne ani okazji do zrobienia wspólnego zdjęcia.

Po niemieckiej stronie powiaty leżą daleko od dużych ośrodków i są w dużej mierze kulturalnie pozostawione same sobie – dotyczy to zarówno wielu osiadłych tam Polaków, jak i rodzimych mieszkańców, którzy często goszczą w Szczecinie, ale wciąż trudno im się odnaleźć w koncepcji bycia „mieszkańcem metropolii szczecińskiej”. Nikt zresztą takiej koncepcji nie sformułował i nikt nie wydaje się też być szczególnie zainteresowany tym, by ją rozwijać.

Ludzie na placu przed Pomorskim Muzeum Krajowym w Greifswaldzie
Auch die Zusammenarbeit zwischen dem Pommerschen Landesmuseum in Greifswald und dem Nationalmuseum in Stettin ist schwächer geworden © IMAGO / Andre Gschweng

Trudno się dziwić, skoro żaden z trzech kluczowych graczy politycznych w mieście – ani marszałek, ani wojewoda, ani prezydent – nie ma w swoim otoczeniu ludzi, dla których polsko-niemiecka współpraca była rzeczywistym obszarem kompetencji, a nie okazjonalnym elementem kalendarza. Żaden z trzech decydentów nie jeździ na ważne spotkania dotyczące np. Euroregionu Pomerania – na okrągły jubileusz tej wyjątkowej struktury w Stralsundzie w 2025 roku nie pojechał z nich nikt. Włodarze zachodniopomorskiego – w odróżnieniu od swoich aktywnych lubuskich kolegów – nie uczestniczą w posiedzeniach Polsko-Niemieckiej Komisji Międzyrządowej, nawet tych odbywających się w Szczecinie (2024).

Zamiast wizji – sama obecność

Jeśli gdzieś już jadą, jak na Partnerstwo Odry, to raczej dlatego, że muszą. Prezydent bywa na spotkaniach inicjowanych przez mniejsze ośrodki po niemieckiej stronie, ale zamiast nadawać ton, zdaje się być jednym z równorzędnych, a może podrzędnych graczy obok dużo mniejszych miast jak Schwedt czy Eberswalde. Trudno to zrozumieć uwzględniając, że Szczecin jest największą metropolią i portem między Hamburgiem a Gdańskiem i jedynym polskim miastem tej wielkości, mającym tak duże możliwości i potencjał.

Brakuje konsekwentnej wizji oraz obecności tam, gdzie przez lata buduje się relacje, rozwiązuje problemy i tworzy projekty, i o nadawanie tym spotkaniom tonu. Chodzi również o to, by decydenci mieli odpowiednie fachowe zaplecze.

Klomb kwiatowy, samochody, autobus i rowerzystka przed Urzędem Miasta w Szczecinie
Pod względem geograficznym Szczecin jest naturalnym centrum regionu przygranicznego po obu stronach Odry © IMAGO / Panthermedia

Chodzi o osoby, które znają instytucje i konkretnych decydentów po drugiej stronie i potrafią zadzwonić do nich nie wtedy, gdy trzeba przygotować konferencję prasową, ale wtedy, gdy pojawia się realny problem wymagający rozwiązania tu i teraz. Bądź też o gotowość do skorzystania z ekspertyzy ludzi spoza partyjnych układów, którzy znają język, ludzi i w szerokiej przestrzeni pogranicza poruszają się swobodnie od lat. Bez takich ludzi żadna strategia transgraniczna nie będzie niczym więcej niż dokumentem, który co parę lat trzeba napisać, zawiesić na stronie internetowej i szybko o niej zapomnieć.

Nie jest łatwo wskazać innych zachodniopomorskich polityków, posłów czy radnych Sejmiku, którzy tematy polsko-niemieckie wpisali do agendy własnej działalności. Paweł Bartnik i Krzysztof Soska wydają się na tym polu od lat jedynymi orędownikami tych spraw. Nadzieją, jeśli chodzi o młode pokolenie polityków, jest Bartosz Brożyński. Ale i on nie jest w stanie samotnie dokonać zauważalnej zmiany w transgranicznej współpracy.

To nie jest tylko problem Szczecina

Oczywiście to, co dzieje się na pograniczu, nie jest wyłącznie kwestią lokalną czy regionalną. Jest także ważnym sygnałem dla Warszawy.

Brak zainteresowania regionalnych przygranicznych struktur wpływa bezpośrednio na zaniechania bądź nieodpowiednią politykę państwa z poziomu centralnego. Jeśli bowiem pogranicze nie sygnalizuje swoich potrzeb ani zainteresowania rozwojem intensywnych kontaktów z Niemcami, to tym bardziej nie będzie tego robić Warszawa albo będzie robić to w sposób niewłaściwy bądź błędny, wynikający z braku wiedzy na ten temat.

Trudno przecież oczekiwać od centrum, że będzie dostrzegało potencjał, którego nie dostrzegają ci, którzy żyją i funkcjonują bezpośrednio przy granicy. Ale ta zależność działa również w drugą stronę. Jeżeli Berlin czy Schwerin nie otrzymują ze Szczecina wyraźnego sygnału, że po polskiej stronie istnieje polityczna wola budowania znacznie głębszej współpracy, również niemiecka strona może pozostać przy wygodnym status quo.

Dlatego brak zainteresowania po obu stronach granicy jest tak niebezpieczny. Jedna strona czeka na sygnał drugiej, druga zaś nie widzi powodu, aby go wysyłać.

Od kilkunastu lat trwają przeciągające się prace nad utworzeniem w miejsce Euroregionu Pomerania Europejskiego Ugrupowania Współpracy Terytorialnej. Projekt tej struktury został zaakceptowany przez polski MSZ, co w regionie przeszło niemal bez echa.

Aktualnie trwają uzgodnienia ze stroną niemiecką. Byłoby dobrze, gdyby ten nowy, wyjątkowy konstrukt prawny, ułatwiający współpracę na wielu polach, stał się realnym pasem transmisyjnym polsko-niemieckiej współpracy w obszarze metropolitalnym Szczecina.

Co jest do wygrania

Wielu obywateli, także w Polsce, jest zaskoczonych i zaniepokojonych wynikiem wyborów w Saksonii-Anhalt, ale i Meklemburgii-Pomorzu Przednim. Słusznie – głosowanie pokazuje, co dzieje się tam, gdzie mieszkańcy pogranicza i regionów peryferyjnych czują, że pozostawieni są sami sobie przez własne elity. Bierność szczecińskich decydentów nie jest więc tylko kwestią stylu rządzenia. Realnie osłabia demokratyczny, proeuropejski obóz po obu stronach granicy.

Wybory parlamentarne po polskiej stronie odbędą się już za rok. Czytając wtedy nazwiska kandydatów, warto sprawdzić, czy mają oni realne zasługi dla małej, europejskiej, transgranicznej ojczyzny. Czy nadawali ton pracom Euroregionu Pomerania, czy tworzyli konkretne projekty współpracy z sąsiadami, czy potrafią wskazać, co zrobili „RAZEM z Niemcami” w minionej kadencji.

Mężczyzna w okularach i w garniturze patrzy do obiektywu
Marcin Przybysz – adwokat i wykładowca akademicki. Szczecinianin mieszkający i pracujący w Schwerinie w obszarze zarządzania kryzysowego © Łukasz Krytkowski

Bo za rok nie powinno wystarczyć pytanie, kto jest za Europą, a kto przeciwko niej. Warto będzie zapytać o coś znacznie bardziej konkretnego: co rodzimi europejscy demokraci zrobiliście, żeby Szczecin rzeczywiście stał się centrum europejskiego, transgranicznego regionu?

Ale może być i tak, że nie tylko zachodniopomorscy decydenci nie mają ambitnej wizji, ale i sami mieszkańcy – ich wyborcy są usatysfakcjonowani tym, że mieszkają w „najlepszym mieście do życia w Polsce”. Nie oznacza to jednak, że nie powinno się im pokazywać możliwości, o których do tej pory nikt z nimi nie rozmawiał, i umożliwić im podjęcie świadomej decyzji – albo otwieramy się na Niemców i wspólnie budujemy jeden region, albo uświadamiamy sobie, że wciąż nie jesteśmy na to gotowi i żyjemy tak jak do tej pory.

Przedstawione w artykule opinie są poglądami autora i nie muszą odzwierciedlać stanowiska instytucji, z którymi jest on związany zawodowo lub z którymi współpracuje.

Gazeta leży na stole.

Tygodniowy przegląd prasy niemieckiej. 26 października

Kreml szykuje „drugą Jałtę”, Polska mierzy się z przemocą własnych nastolatków, a Berlin szykuje wywłaszczenia mieszkań. O tym pisze niemiecka prasa.
Iwona Weidmann
Oznakowanie graniczne między Polską a Niemcami

Z perspektywy Szczecina Niemcy muszą leżeć bardzo daleko

Od lat nie toczy się żadna poważna dyskusja o tym, jak wykorzystać transgraniczny potencjał Pomorza. W Szczecinie nie widać autentycznego zainteresowania współpracą z Niemcami. To poważny błąd – pisze Marcin Przybysz.
Marcin Przybysz
Czarno-białe zdjęcie przedstawia dwóch starszych, machających reką mężczyzn. Po prawej statuetka Matki Boskiej.

Nadal pojednanie czy już zwykłe sąsiedztwo?

Polsce i Niemcom nie udało się w pełni załatwić niektórych spraw historycznych, przez co łatwo jest je wykorzystać do budowania polaryzacji i wrogości – mówi historyk Robert Żurek.
Wojciech Szymański