Polityka

Niemcy wstrząśnięte po wyborach na wschodzie kraju

Ostatnie wybory regionalne wstrząsnęły niemiecką sceną polityczną. Ich rezultat to osłabiony kanclerz, niepewna siebie CDU oraz coraz silniejsza AfD. Ta sytuacja ma także wpływ na relacje polsko-niemieckie.
Flaga Niemiec na tle Reichstagu w Berlinie.
Flaga Niemiec na tle Reichstagu w Berlinie.
Po wyborach do trzech landtagów niemiecka polityka jest jeszcze mniej spokojna. © IMAGO / Ardan Fuessmann

Po wyborach do trzech landtagów na wschodzie kraju oraz w stolicy Niemiec republika berlińska sprawia wrażenie zestresowanej i skłóconej. Przede wszystkim partie rządzące, chadecja i SPD, przypominają dwóch bokserów w ósmej rundzie, którzy zadali sobie nawzajem kilka nokautujących ciosów, a mimo to wciąż walczą w klinczu. Żaden z nich nie może upaść, ale też żaden nie może dać się przyłapać własnej partii na tym, że podtrzymuje przeciwnika albo pozwala mu odnieść zwycięstwo. Tymczasem baza, czyli wyborcy, w kolejnych sondażach raz po raz wyraża tęsknotę za harmonią, za końcem sporów. Wszyscy przyznają, że gruntowne reformy są konieczne, ale nikt nie chce odczuć tych – nieuniknionych – cięć we własnym portfelu. Not in my back yard! 

Latem 2025 roku Beatrix von Storch, posłanka do Bundestagu z ramienia AfD, przedstawiła dokument strategiczny, który czyta się jak scenariusz obecnych wydarzeń. Nosił on tytuł „Deutschland politisch gestalten” (Kształtować Niemcy politycznie) i zawierał trzy postulaty. Po pierwsze: koniec tzw. zapory ogniowej – poprzez konsekwentne utrudnianie tworzenia przeciwko AfD takich większości, które nie naruszałyby zasadniczo tożsamości członków tych większości. Po drugie – i to był punkt najważniejszy: nie dopuszczać do koalicji ponad podziałami politycznych obozów. Uczynić zatem różnice między chadecją a SPD nie do przezwyciężenia, a poprzez polaryzację kulturową wspierać powstanie lewicowego obozu SPD, Zielonych i Lewicy (Die Linke), którego przeciwnikiem byłby rzekomo „mieszczańsko-konserwatywny obóz” CDU i AfD. Po trzecie, podważać kompetencje CDU w polityce gospodarczej i migracyjnej, odcinając jej w ten sposób tlen.

Zapora ogniowa się kruszy 

Ponad rok później plan AfD powiódł się w każdym punkcie. Coraz większa część SPD flirtuje z renesansem koalicji czerwono-czerwono-zielonej, co – jak słyszę – znacząco ograniczyło gotowość frakcji SPD w Bundestagu do kompromisów z koalicyjnym partnerem, CDU. Również Zieloni sygnalizują, że taki sojusz wchodzi w rachubę. A w CDU, także na zachodzie kraju, coraz głośniej słychać żądania, by znieść zaporę ogniową. Od Borisa Rheina, premiera Hesji, po Manfreda Webera, przewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej (EPL) i jej frakcji, a zarazem członka prezydium CSU.

Plakat wyborczy AfD na tle gmachu z szyldem CDU.
Plakat wyborczy AfD przed siedzibą CDU. Wewnątrz CDU jest coraz więcej krytyków „zapory ogniowej”. © IMAGO / IPON

Wydarzenia w landtagu Saksonii-Anhalt, gdzie wybór prawicowego ekstremisty na najwyższy urząd w kraju związkowym stał się możliwy najprawdopodobniej dzięki głosom z CDU, wzmocniły jeszcze tę dynamikę. W obliczu możliwych rozmów koalicyjnych między SPD i Zielonymi a Lewicą w Berlinie, polityczne centrum bierze udział w grze pt. „Twój ekstremizm, mój ekstremizm”. W chwili, gdy SPD zawrze sojusz z Lewicą, w chadecji górę wezmą zwolennicy rozmów z AfD. CDU wręcz z pewną ulgą rzuca się na kwestię antysemityzmu w Lewicy – choć ten bez wątpienia istnieje. W tej chwili wygląda to na ostatnią deskę ratunku, która chadekom została.

Wola wyborców AfD 

Obecnie polityczne centrum rozpada się w zawrotnym tempie wskutek dwóch różnych reakcji na AfD. Po lewej stronie mamy coś w rodzaju „antyfaszystowskiej polityki gospodarczej i społecznej”, jak nazywa to ekonomistka Isabella Weber, czyli próbę odebrania AfD gruntu pod nogami drogą ograniczenia wysokości czynszów, uspołecznienia zasobów mieszkaniowych czy kwestii przystępności cenowej. Po drugiej stronie, w bardziej prawicowym centrum, znajduje się coś, co politolog Jan-Werner Müller trafnie nazywa „reakcyjnym centryzmem”. Jego zasadnicze przekonanie mówi, że to ekscesy lewicy – woke, polityka tożsamości, 92 płcie itp. – ostatecznie spowodowały wzrost skrajnej prawicy. Na przykład Andreas Rödder, historyk i członek CDU, który wiele lat wykładał w USA, powiedział mi kiedyś, że atak na Kapitol 6 stycznia 2021 roku był reakcją na „gender studies” i „krytyczną teorię rasy” na amerykańskich uczelniach.

Oba stanowiska, antyfaszystowska polityka społeczna i reakcyjny centryzm, ostatecznie odmawiają wyborcom AfD „poczytalności”. Brzmi to tak, jakby głosowali oni na AfD z desperacji – czy to społecznej, czy kulturowej – choć w gruncie rzeczy chcieliby czegoś zupełnie innego. Nie przychodzi im do głowy, że wyborcy AfD to dorośli ludzie, których przyciąga dokładnie to, co AfD ma w ofercie: obalenie systemu, przyzwolenie na nieskrępowaną nienawiść, pogarda wobec „starych partii” i szczęście zamkniętej wspólnoty, która mówi jednostce: jesteś w porządku taki, jaki jesteś.

Wiec, na pierwszym planie flaga z orłem Rzeszy Niemieckiej i napisem: Moje myśli są wolne.
Zwolennicy AfD w Turyngii, 2024 r. Chcą doprowadzić do upadku systemu i swobodnie nienawidzić. To wszystko oferuje im AfD. © IMAGO / Funke Foto Services

W CDU ścierają się dwa bieguny

Niestety trzeba to powiedzieć jasno i wyraźnie: CDU zmierza ku upadkowi jako partia masowa. Jak przy podziale komórki, jej polityczne chromosomy, z myślą o czasach po Friedrichu Merzu, już teraz ustawiają się na dwóch przeciwległych biegunach: jedni próbują podtrzymać ideę założycielską chadecji – okrągłe stoły, inkluzję, pracodawców i związki zawodowe, Kościoły, koalicje czarno-zielone i czarno-czerwone. Drudzy prą ku wyrazistemu konserwatywnemu profilowi – twardej konfrontacji z woke, ku hasłu „Koniec z lewicowo-zieloną polityką”. Ta część partii pilniej niż ta pierwsza chce dziś pozbyć się Friedricha Merza, w razie potrzeby stanąć na czele rządu mniejszościowego i obrać nowy kurs w prawie azylowym, podatkowym i socjalnym.

To prawda, że dziś na całym świecie decydująca linia frontu przebiega między konserwatyzmem a autorytaryzmem. Żadna inna partia w Niemczech nie jest dla tego starcia tak ważna jak CDU – i zarazem żadna nie jest tak podatna na coraz mocniejszy skręt w prawo.

Starszy mężczyzna w okularach patrzy na swój zegarek.
Merz jest jeszcze kanclerzem tylko dlatego, że w CDU nie ma dla niego alternatywy. © IMAGO / photothek

Niedawno miał miejsce wieczór, który znakomicie unaocznił – na razie jeszcze wirtualny – rozłam w obozie konserwatywnym. W przedstawicielstwie Nadrenii Północnej-Westfalii w Berlinie szef Kancelarii Stanu tego kraju związkowego Nathanael Liminski (CDU) przedstawiał książkę szwajcarskiego autora Rogera de Wecka „Glanz und Elend des Konservatismus” (Blask i nędza konserwatyzmu), poświęconą potrzebie silnego prawego centrum. Tymczasem kilkaset metrów dalej wydawca Mathias Döpfner wręczał Nagrodę Axela Springera Peterowi Thielowi, miliarderowi z branży technologicznej i wrogowi demokracji. Premier Bawarii Markus Söder głośno bił brawo.

Friedrich Merz nie musi się długo zastanawiać, gdzie dokładnie stoi na tej międzynarodowej linii frontu – nawet jeśli w styczniu 2025 roku na chwilę mu to umknęło. Widać to wyraźnie zwłaszcza w jego geopolitycznym pozycjonowaniu. Na przykład Jens Spahn przyznałby rację monachijskiemu przemówieniu J. D. Vance’a, że migracja zagraża chrześcijańskiej cywilizacji w Europie, Merz z kolei zdecydowanie je odrzuca. Już w wieczór wyborów do Bundestagu w 2025 roku Merz powiedział wprost, że Niemcy nie będą już mogły polegać na USA pod rządami Donalda Trumpa.

Stosunki polsko-niemieckie pod presją populistów

Z objęciem przez Merza tydzień później urzędu kanclerza wiązano nadzieje, że także relacje z polskim sąsiadem wyrwą się z chłodu i na wpół jawnej pogardy ery Scholza i nabiorą nowej siły. Obronność, ochrona granic, wzrost gospodarczy, a może nawet wspólny język w kulturze pamięci – lista szans wydawała się wręcz nieskończona.

Dwaj mężczyźni ściskają dłonie i śmieją się po koleżeńsku.
Za kanclerza Merza miały się polepszyć relacje polityczne między Berlinem i Warszawą. Nadzieje te się nie spełniły. © IMAGO / NurPhoto

Niestety, już pierwszego dnia urzędowania Friedricha Merza okazało się, jak bardzo przyjazne relacje między niemieckim kanclerzem a polskim szefem rządu Donaldem Tuskiem znajdują się pod presją populistów po obu stronach Odry. Gdy bowiem Merz podczas inauguracyjnej wizyty w Warszawie wymieniał uprzejmości z polskim premierem, jego świeżo mianowany minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt zaostrzył kontrole na przejściu granicznym we Frankfurcie nad Odrą i polecił policji federalnej, by również w przyszłości bezpośrednio zawracała tam osoby ubiegające się o azyl.

Zdaniem zdecydowanej większości prawników, to rozwiązanie jednoznacznie narusza prawo europejskie. Tuskowi nie pozostało nic innego, jak skrytykować ten kurs i ze swojej strony zarządzić kontrole na granicy. W rozmowach z politykami chadecji zajmującymi się sprawami wewnętrznymi można odnieść wrażenie, że doskonale zdają sobie sprawę z prawnych słabości tego rozwiązania. Wielu z nich jest jednak przekonanych, że kontrole graniczne są pilnie potrzebne w walce z AfD. Spadek liczby imigrantów przybywających do Niemiec ma wprawdzie ewidentnie niewiele wspólnego z kontrolami granicznymi. Mimo to łatwiej pogodzić się z naruszeniem prawa UE i obciążeniem relacji polsko-niemieckich, niż pozwolić AfD na triumf. A przecież tak łatwo byłoby przejść się wzdłuż granicy przed kamerami telewizyjnymi razem z polskim partnerem!

Gdy pytam polityków w Berlinie o ogólny stan relacji z polskim sąsiadem, okazuje się, że euforia Friedricha Merza jako kandydata na kanclerza nieco wyparowała po objęciu przez niego urzędu. Początek zmiany nastrojów można wskazać z dokładnością co do dnia – był to 6 sierpnia 2025 roku. Tego dnia urząd prezydenta RP objął Karol Nawrocki, który otwartym podsycaniem antyniemieckich resentymentów mocno obciążył polsko-niemieckie relacje i miał doprowadzić do tego, że Polski częściej nie zaprasza się do konsultacji na szczeblu europejskim, choć pierwotnie Merz miał to w planach.

Policjant federalny zatrzymuje samochód na kontrolę.
Wielu polityków CDU jest przekonanych, że potrzebują kontroli na granicy polsko-niemieckiej w walce przeciwko AfD. © IMAGO / Sabine Gudath

Najlepiej wciąż układa się współpraca w ramach partnerstwa w dziedzinie bezpieczeństwa oraz w handlu. Gdy tylko rozmowa schodzi na polsko-niemiecką przeszłość, na przykład na odszkodowania dla byłych robotników przymusowych, temperatura w pomieszczeniu staje się lodowata. Co ciekawe, mimo że sondaże pokazują, że sympatia Polaków do niemieckiego sąsiada wyraźnie osłabła, to Niemcy wciąż mają wobec Polski przeważnie pozytywny stosunek.

Na celowniku autokratów

Z początku Friedrichowi Merzowi bardzo zależało na bliskiej przyjaźni z Polską także dlatego, że widzi Niemcy i Europę na celowniku autokratów od Moskwy po Pekin (i Waszyngton). Europejskie wsparcie dla Ukrainy trzyma się dzięki Friedrichowi Merzowi – i bez niego najpewniej by upadło, bo nie tylko wśród partyjnych kolegów ze wschodnich Niemiec uchodzi już za zbyt kosztowne i politycznie niebezpieczne. Merz mierzy się z bezprecedensową kampanią z prawej strony – od rosyjskiej dezinformacji po podżegujących do politycznego przewrotu w koncernie Axel Springer. Niektórzy w jego partii chętnie tę kampanię podchwytują i powielają. Zdarza się, że pada tam nawet nazwisko Alfreda Hugenberga.

Spora część krytyki wymierzonej w Merza oraz w jego słabości warsztatowe i emocjonalne jest w niejednym punkcie uzasadniona, ale to zupełnie inna sprawa. Merz jednak – być może ku własnemu zaskoczeniu – z mesjasza partyjnej prawicy stał się gwarantem centrowego kursu CDU, który odrzuca spekulacje o rządzie mniejszościowym i wszelkie inne formy zbliżenia z AfD. Paradoksalnie to właśnie liberalne skrzydło wspiera dziś Friedricha Merza – od Daniela Günthera, premiera Szlezwika-Holsztynu, przez federalną minister edukacji Karin Prien, aż po premiera Nadrenii Północnej-Westfalii Hendrika Wüsta, którego co chwila wymienia się jako kandydata na kanclerza. Jednocześnie wszyscy mają świadomość, że Merz utrzymuje się na stanowisku tylko dlatego, że z różnych powodów nie ma dziś dla niego alternatywy. Jak długo tak osłabiony kanclerz będzie jednak w stanie w ogóle odgrywać swoją geopolityczną rolę? To pytanie nieustannie pobrzmiewa w tle.

Schyłkowe nastroje w CDU

Jedno jest pewne: CDU jeszcze nigdy nie rozmawiała tyle sama ze sobą i ze swoim chwiejącym się liderem Friedrichem Merzem. Od czarnej niedzieli, dnia katastrofy w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, aż po wybory w Berlinie niemal nieustannie obradował sąd skorupkowy. Tymczasem mroczne poczucie schyłku wykracza już daleko poza nastroje wymierzone w Merza. Nagle pod znakiem zapytania stanęło fundamentalne przekonanie, z którym chadecja przez 81 lat dobrze żyła: że jest urodzoną partią władzy. „Chyba trzeba znowu głosować na CDU” – głosił jeden z plakatów wyborczych w Berlinie. Nie, najwyraźniej nie trzeba. Ostatecznie CDU znalazła się siedem punktów procentowych za Lewicą.

W gruzach legła cała seria kłamstw życiowych partii, które nagle wyszły się objawiły. Obok „Bez nas się nie da” są to także „Rynek sam to ureguluje” czy „Polityka przemysłowa to socjalizm”, co w epoce protekcjonizmu i nieustającej chińskiej ofensywy jest dość zuchwałe. Żadnych nowych długów, żadnych nowych podatków. Do tego klasyczny transatlantyzm i „otwartość technologiczna” zamiast poważnej ochrony klimatu. Nic z tego już nie działa. W nowym programie partii nie ma jednak alternatywnych pomysłów.

Kobieta w okularach, ubrana na czarno-biało, siedzi w studiu telewizyjnym i patrzy w kamerę.
Mariam Lau od 2010 r. jest korespondentką polityczną tygodnika „DIE ZEIT”. © IMAGO / teutopress

O ile klęska CDU w Saksonii-Anhalt wysunęła na pierwszy plan przede wszystkim zagrożenie z prawej strony, o tyle wraz z wyborami w Berlinie i Meklemburgii-Pomorzu Przednim na stół trafiło jeszcze inne wyzwanie: powrót kwestii społecznej. Czynsze, emerytury, ceny paliw, koszty utrzymania – według wszystkich sondaży to właśnie te tematy, na długo przed migracją, najbardziej niepokoiły wyborców.

Nikt w kierownictwie CDU nie chce rządu mniejszościowego, przy którym partia prędzej czy później uzależniłaby się od AfD. A jednak może do tego dojść – tak jak pociąg może się czasem wykoleić. Jeśli nie uda się uchwalić budżetu, jeśli upadną ważne plany reform – kto wie, ile wytrzyma niewielka, dwunastogłosowa większość koalicji. W każdym razie, we frakcji AfD tę możliwość omawia się otwarcie. W dokumencie dyskusyjnym, do którego dotarł tygodnik „Die Zeit”, poseł Sebastian Münzenmaier, zakulisowy ekspert od nawiązywania kontaktów u boku przewodniczącej partii Alice Weidel, rozważa, na jakich warunkach AfD byłaby na to gotowa. Hasła „żadnej współpracy”, którego domaga się część AfD, Münzenmaier nie uważa za skuteczne. Nie chce wystawiać się na zarzut, że „AfD wymiguje się od odpowiedzialności”.

AfD wietrzy swoją szansę

Poparcie ze strony frakcji AfD z pewnością nie będzie za darmo. Frakcja „na dłuższą metę nie będzie popierać rządu mniejszościowego, który wprawdzie w poszczególnych obszarach polityki (na przykład w migracji) wprowadza drobne zmiany, ale z powodu współpracy z SPD, Zielonymi i Lewicą w innych dziedzinach (na przykład w polityce społecznej, ‚walce z prawicą’) nie zmienia niczego w ogólnym kursie politycznym. Musi obowiązywać zasada: koniec z lewicą”. Aby wszystkim to uzmysłowić, AfD przedstawi listę możliwych inicjatyw ustawodawczych, w których CDU w głosowaniach imiennych musiałaby odkryć karty. Dotyczą one zniesienia podwójnego obywatelstwa, ustawy o samostanowieniu dotyczącym płci oraz świadczeń socjalnych dla Ukraińców. Z tonu dokumentu jasno wynika to, co do CDU dopiero zaczyna docierać. Podczas gdy rozważania o zniesieniu zapory ogniowej wciąż formułowane są z pozycji rzekomej siły, Münzenmaier już dawno nie przemawia tu jak młodszy partner. „Zmiażdżyliśmy CDU” – tak brzmiał bilans kampanii wyborczej współprzewodniczącego AfD Tino Chrupalli.

CDU dopiero powoli zaczyna rozumieć, że musi walczyć o swój status partii masowej. Czy, jak niektórzy wieszczą, jest już na to za późno, okaże się najdalej pod koniec przyszłego roku:  w 2027 roku odbędą się wybory do pięciu landtagów.

Gazeta leży na stole.

Tygodniowy przegląd prasy niemieckiej. 19 października

Zamieszki we Francji, ostatnia szansa dla polskich ofiar okupacji, a Trump pomaga Rosji. O tym pisze niemiecka prasa.
Iwona Weidmann
Flaga Niemiec na tle Reichstagu w Berlinie.

Niemcy wstrząśnięte po wyborach na wschodzie kraju

Ostatnie wybory regionalne wstrząsnęły niemiecką sceną polityczną. Ich rezultat to osłabiony kanclerz, niepewna siebie CDU oraz coraz silniejsza AfD. Ta sytuacja ma także wpływ na relacje polsko-niemieckie.
Mariam Lau
Bardzo stary mężczyzna w mundurze i o lasce wsiada do samochodu, pomaga mu żołnierz.

„Gest humanitarny” jest wykonalny. Wzmocni też odporność Europy

Odchodzą ostatnie polskie ofiary niemieckiej okupacji. Da się im pomóc. I już dawno należało to zrobić. Chodzi nie tylko o sprawiedliwość, lecz także o odporność europejskich demokracji, pisze Peter Oliver Loew.
Peter Oliver Loew