Lektura twojej książki „Vom Fällen eines Stammbaums” (O ścinaniu drzewa genealogicznego) naprawdę boli. Dla kogo ją napisałeś: dla siebie czy dla czytelników?
Skłamałbym, twierdząc, że nie napisałem jej także dla siebie. Decydującym impulsem nie byłem jednak ja, tylko historia mojej mamy, w której kryje się o wiele więcej niż tylko nasza wzajemna relacja. Jest w niej tyle spraw narodowych i międzynarodowych, tyle międzyludzkich i historycznych, a do tego całkiem konkretne aspekty społeczne, jak opieka nad chorymi, wychowanie w rodzinie migranckiej czy kwestia postmigracji.
Twoja książka składa się z różnych części – z jednej strony, twoje dzieciństwo, twoje życie z mamą chorą na alkoholizm, a z drugiej, twoje życie z mamą wymagającą stałej opieki. Które fragmenty pisało ci się szczególnie ciężko?
Pracowałem w zasadzie bardzo fragmentarycznie. Pisałem zawsze o tym, co akurat mnie interesowało – raz o atakach paranoi u mojej mamy, w trakcie których wierzyła, że chcę ją otruć, raz opisałem wspomnienie z dzieciństwa o domu starców, a kiedy indziej czas, gdy się nią opiekowałem. Bardzo długo szukałem porządku tej książki.
Wraz z tym porządkiem pojawiło się pragnienie, żeby dla poszczególnych dużych części znaleźć nieco inny język. Zastosowałem wprawdzie środki stylistyczne przewijające się przez całość od początku do końca, ale mimo to widać, jak język i styl lekko się zmieniają w zależności od czasu i relacji, w której się akurat tkwi. Poza tym, jak zawsze, dużo redagowałem: dużo skreślałem, dużo scalałem, dużo fikcjonalizowałem. Konstruowałem i budowałem. Nie jest to zatem wierny zapis tego, co się wydarzyło – zresztą i tak nie wierzę, że można po prostu spisać to, co się stało. Ostatecznie chodzi o pytanie, co stanowi o dobrym dziele.
Jak na niemiecką książkę, „Vom Fällen eines Stammbaums” zawiera zdumiewająco dużo polskiego słownictwa. Jak radzą sobie z tym niemieckie czytelniczki i czytelnicy? Czy wydawnictwo Rowohlt nie miało zastrzeżeń czy obaw?
Nigdy nie musiałem się bronić przed moimi redaktorkami. Żyjemy w XXI wieku: w każdej chwili można wziąć telefon i wszystko sobie przetłumaczyć. Poza tym element tajemniczości jest niezbędny. Jeśli kogoś taka forma nie interesuje, to może przeczytać książkę powierzchownie, a ona i tak zadziała. Jako autor muszę sobie poradzić ze wszystkimi opcjami.
Polskie pochodzenie wydaje się być dla ciebie bardzo ważne – czy ma to związek z twoją mamą?
Polska jest częścią mojego życia i mojej historii. Bez Polski by mnie nie było, ponieważ jest ona ważnym elementem mojej kultury, mojego wychowania, mojego dorastania. Bez niego to nie działa. Tak wiele w moim życiu jest tym naznaczone, że nie da się tego pominąć ani zapomnieć.

W książce piszesz o swojej pierwszej podróży do Polski. Jakie było twoje pierwsze wrażenie?
Byłem zachwycony, bo rozumiałem ludzi i mogłem wszystko przeczytać, na przykład karty dań. Dobrze się odnajdywałem, choć nigdy wcześniej w Polsce nie byłem.
Mnie zszokował fragment, w którym piszesz, że twoja mama była obrażona, kiedy pojechałeś do Polski.
Akurat w tej sprawie nie była typową Polką.
Jesteś dwujęzyczny, to supermoc. Czy kiedyś był to powód do kompleksów?
Kiedyś tak, ale dawno już je przezwyciężyłem. Element polski jest częścią mojego życia, a dwujęzyczność jest niezwykle interesująca, bo ma się inne możliwości i człowiek zauważa, jak różnie i jak podobnie może działać język. Każdy język niesie w sobie własne rozumienie świata.
Czy jako dziecko musiałeś ściszać głos, mówiąc po polsku?
Moja mama ciągle tego wymagała. Ale ja uważałem, że to super – mieć język, w którym mogę powiedzieć coś innego, taki „tajny” język. Poza tym świadczy to o pewnej intymności wewnątrz rodziny, bo można porozumiewać się prywatnie. Ale wiem od bardzo wielu Polek i Polaków, że często słyszeli od swoich rodziców: „Nie mów po polsku”.
Wielu ludzi w dzisiejszych Niemczech nie lubi, kiedy ktoś nie mówi po niemiecku. A przecież ten kraj od zawsze był wielokulturowy. Nie potrafię tego pojąć, gdy ktoś na ulicy narzeka, że powinno się mówić po niemiecku.
Nastroje w Niemczech są niestety coraz bardziej agresywne, tak samo jak w Polsce – zwłaszcza wobec Ukraińców. Panuje wroga atmosfera, która rozlewa się w wielu krajach, jest wymierzona w każdą formę inności, która przecież całkiem naturalnie należy do życia. W Polsce zawsze istniała społeczność niemieckojęzyczna, a w Niemczech zawsze były Polki i Polacy. Kiedy teraz utrzymuje się, że istnieje jakaś nadrzędność języka niemieckiego, patrzę na to krytycznie, tym bardziej że w samych Niemczech są różne dialekty, których w pozostałych landach nikt nie rozumie.
Nastroje i sytuacja polityczna są bardzo napięte. Śledzisz, co dzieje się teraz w Polsce? Czytasz polskie wiadomości?
Śledzę kilka polskich mediów informacyjnych, a na Instagramie jestem połączony z wieloma polskimi stronami. Interesuje mnie to, ale nie mam takiego rozeznania jak tutaj, w Niemczech, bo to inna forma konfrontacji: tutaj mogę rozmawiać o niemieckiej polityce z wieloma ludźmi, o polskiej z kolei nie.
Co sądzisz o stosunkach polsko-niemieckich?
Układają się problematycznie – nie dlatego, że się kłócimy, tylko dlatego, że panuje zasadniczy brak zainteresowania. Zainteresowanie Polską w Niemczech było dotąd nikłe. Coraz więcej Niemców odkrywa wprawdzie Polskę jako kraj na wakacje, ale ich zainteresowanie Polską wiąże się w sumie niemal wyłącznie z II wojną światową. I na niej często się kończy.
Albo kojarzą Polskę z tanimi zakupami: papierosy, paliwo…
To dotyczy tylko ludzi mieszkających blisko granicy. Byłem raz we Frankfurcie nad Odrą i w Słubicach – tam istnieje pewne powiązanie, ale coś takiego działa moim zdaniem tylko regionalnie, nie w skali krajowej. Czy raczej ponadregionalnie: Frankfurt nad Menem, gdzie mieszkam, i Kraków to miasta partnerskie, ale mogłyby one współpracować o wiele ściślej niż dotychczas.
Odnoszę wrażenie, że we Frankfurcie czy też w Hesji jest duża polska społeczność, ale niezbyt wiele polskich wydarzeń kulturalnych.
To prawda, przy czym nie wiem, czy byłyby one politycznie mile widziane, czy nie. Równie trudno ocenić, jak duże jest tak naprawdę zainteresowanie Polski Niemcami. Wszystko, co widzę, to żądania reparacji albo krytyka niemieckiego rządu. Próby współpracy widuje się rzadko, co jest przykre. A przecież jesteśmy sąsiadami i nimi pozostaniemy – można by więcej budować wspólnie.
Co ci się marzy?
Fajne byłyby małe festyny kulturalne albo festiwale ze stoiskami z jedzeniem i piciem. Więcej współpracy między muzeami, które wymieniałyby się eksponatami, przyczyniając się w ten sposób do poszerzania wiedzy. Można by tworzyć więcej partnerstw artystycznych, żeby niemieckie i polskie artystki oraz artyści mogli nawiązywać ze sobą głębsze relacje.

Albo zacząć jednak od mniejszych spraw i uprościć dalekobieżne połączenia. Chcąc dostać się z Frankfurtu do Krakowa, muszę lecieć samolotem. Gdybym chciał przez wzgląd na ochronę środowiska pojechać pociągiem, podróż trwałaby od dwanastu do czternastu godzin.
Ludzie muszą móc się ze sobą łączyć – regionalnie i kulturowo. To jest dla mnie najważniejsze. Dwa i pół roku temu podróżowałem z przyjaciółmi po Polsce. Moi przyjaciele byli zachwyceni i zszokowani, że tak mało wiedzieli o swoim sąsiednim kraju.
Myślałeś o wydaniu swojej książki w Polsce? Czy ona jest w ogóle przetłumaczalna?
To raczej zadanie dla tłumaczek i tłumaczy. Jako pisarz oczywiście o tym myślę, bo obchodzę się z językiem w sposób twórczy. Pytanie brzmi, czy ten tekst da się przełożyć i jaką formę należałoby dla niego znaleźć. Dla mnie niekoniecznie jest ważne tłumaczenie jeden do jednego. Ważniejsze jest zastanowienie się, jak przełożyć te same momenty, ten sam sposób mówienia, te same emocje – także za pomocą innych kodów czy słów.
W twojej książce są również wiersze i kilka fragmentów po angielsku. Ale masz rację, nawet bez tłumaczenia to działa. Pisarka Oliwia Hälterlein również użyła w swojej książce dwóch języków. Inni autorzy, jak Paul Bokowski, Przemek Zybowski czy Mariusz Hoffmann, pisali o swoim polskim pochodzeniu. Tworzycie małą grupę, która zajmuje się niszowym tematem. Znacie się, wspieracie siebie nawzajem?
Tak, na tyle, na ile się da. Z Oliwią i Paulem dyskutowałem niedawno o tym, czy Polska nie będzie może niedługo cool. Utrzymuję też kontakt z Arturem Beckerem i Matthiasem Nawratem, którzy są nieco starsi, ale w ten sposób możemy łączyć się ponad pokoleniami.

Moim marzeniem jest pokazać, że Polska jako kraj jest cool. Z mojego punktu widzenia to nie jest temat niszowy – to nisza, która dopiero się otwiera, bo przez bardzo długi czas wiele Polek i Polaków w Niemczech nie przyznawało otwarcie, że są Polkami i Polakami. Widziałem niedawno influencerkę, którą obserwuję na Instagramie, bo robi zabawny content. Po raz pierwszy nagrała video w języku polskim i powiedziała, że nigdy wcześniej tego nie robiła.
W przestrzeni publicznej jest wielu ludzi z polskimi korzeniami, choćby polsko-niemieccy komicy i influencerzy na Instagramie i TikToku, na przykład Polenpapa [StachMat, Mateusz Stach; przyp. red.]. Stawiają na humor. Kiedyś istniał raczej negatywny przykład satyry: jeśli istnieli polscy komicy, to często śmiali się z tego, że „Polacy” rzekomo bez przerwy kradną samochody – stawiali na stereotypy.
Myślę, że humor działa wtedy, gdy powstaje pewna forma dystansu po stronie osoby śmiejącej się. Dla mnie humor jest bardzo ważny, ponieważ czyni człowieka trochę bezsilnym – śmiechu nie da się kontrolować. Jesteś „skazany” na dowcip i po prostu się śmiejesz. Humor bardzo otwiera. Traktuję dowcipy bardzo poważnie. Sądzę, że Polki i Polacy właśnie zaczynają przyznawać się do swojej polskości, traktować ją poważnie i jej bronić.
Przede wszystkim jest to pokolenie ludzi takich jak ty: tutaj urodzonych i nie mających już kompleksów. Niemiecki jest w zasadzie waszym językiem ojczystym, ale dochodzi do tego ten szczególny bonus. Nie miały tego migrantki i migranci, którzy przyjeżdżali do Niemiec z Polski w celach zarobkowych.
Kiedy ludzie pytali mnie w szkole, czy jestem Niemcem, nie miałem poczucia, że mogę po prostu powiedzieć „tak”. To było dziwne. Co to w ogóle znaczy „być Niemcem”? Jestem też niemiecki – urodziłem się tutaj, dorastałem w tej kulturze. Jednocześnie w domu wychowywałem się w kulturze polskiej, z polskim językiem, z polską literaturą i muzyką. To dziwne, kiedy ludzie wymagają od ciebie tej jednoznaczności.
W Wikipedii jest napisane, że jesteś polskim pisarzem. Co o tym sądzisz?
Czuję się pisarzem polsko-niemieckim. Mogę zaakceptować tylko to połączenie. Po prostu w innej formie mnie nie ma. To nie działa, jeśli powiem, że jedno jest silniejsze od drugiego – jest jedno i drugie. A ponieważ my, ludzie, potrafimy się dostosowywać, możemy być różnymi rzeczami jednocześnie. To bardzo interesujące. Nie działa też wyjmowanie ludzi z tych kontekstów.
Czy uważasz dostosowanie się za ważne?
Była taka książka Emilii Smechowskiej „My, superimigranci”. Przypuszczam, że to nadmierne dostosowanie bywa problemem, bo idzie za daleko w stronę asymilacji. Naprawdę złe jest w tym to, że wielu ludzi mimo starań nie znajduje w społeczeństwie akceptacji. Ja jako Polak miałem jeszcze stosunkowo łatwo, bo jestem biały, co niestety trzeba w tym miejscu zaznaczyć. Ale jest dość ludzi pochodzenia tureckiego, arabskiego, syryjskiego, afgańskiego, urodzonych i wychowanych tutaj, mających tytuły doktorskie, którzy i tak nie są akceptowani.
Dostosowanie się to zawsze delikatna sprawa. Musimy dostosować się do siebie nawzajem na tyle, żeby móc razem żyć – ja z Syryjczykiem, z Niemcem, z Afgańczykiem, z Turkiem czy z Grekiem. Nie należy jednak sądzić, że pierwszym obowiązkiem człowieka jest być Niemcem. Bardzo ważna jest umiejętność porozumiewania się. Tu muszę wspomnieć, że raz po raz słyszę o ludziach, których rodzice przyjechali tu do pracy jako gastarbeiterzy. Dla nich nie było kursów niemieckiego. Niektórzy ludzie narzekają, że ci gastarbeiterzy przez 40 lat nie nauczyli się niemieckiego, a tymczasem wszystko, co ci ludzie robili, to była ciężka praca na przykład w fabrykach. Kiedy niby mieli uczyć się niemieckiego?
Moja książka ma własną osobowość. Nosi mój polski stempel: trudną relację między moją mamą a mną, posttraumy bez końca. Ma do tego ten postmigrancki komponent, w który można się wczuć, jeśli się wie, co to znaczy.
Historia gastarbeiterów jest uniwersalna i utożsamiają się z nią ludzie z różnych krajów, których rodzice byli w Niemczech migrantami zarobkowymi.
Wiąże się ona również z II wojną światową. Jedynymi ludźmi, którzy nie rozumieją, że ta wojna oddziałuje po dziś dzień, są ci, którzy twierdzą, że trzeba wreszcie postawić pod nią kreskę. II wojna światowa wpływa do dziś na cały kontynent, od Portugalii po Rosję. I nie chcę przy tym wchodzić w kwestię winy, tylko po prostu uznać, że było to wydarzenie historyczne, które ekstremalnie zmieniło nasz kontynent.
Boisz się, że to wróci?
Jasne, jestem Polakiem, zawsze boję się wojny.
Byłoby pięknie, gdyby Niemcy tym razem stanęli po stronie Polski.
Powiem szczerze: codziennie mam wrażenie, że wojna mogłaby przyjść przez Białoruś pod polską granicę. Przypuszczam, że to transgeneracyjna polska sprawa. Po prostu się tego boimy. To traumy II wojny światowej, a jeśli być szczerym, także traumy rozbiorów Polski.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Z Martinem Piekarem rozmawiała Natalia Prüfer.
Martin Piekar, urodzony w 1990 roku w Bad Soden am Taunus, jest pisarzem, poetą i nauczycielem, a swoje teksty równie chętnie przenosi na scenę, co na papier. Opublikował trzy tomy poetyckie: „Bastardecho” (2014), „Amokpervers” (2018) i „Livestream & Leichen” (2023). Podczas 47. Dni Literatury Niemieckojęzycznej w Klagenfurcie został wyróżniony Nagrodą KELAG oraz Nagrodą Publiczności BKS Bank. Za rękopis swojej debiutanckiej powieści otrzymał w 2024 roku Nagrodę im. Roberta Gernhardta, a w 2025 nominację do Nagrody im. Alfreda Döblina. Jego powieść „Vom Fällen eines Stammbaums”, która ukazała się w maju 2026 roku nakładem wydawnictwa ROWOHLT, doczekała się już drugiego wydania i dostała się do finału Nagrody Literackiej „aspekte“ telewizji ZDF w kategorii „najlepszy debiut literacki roku”. Martin Piekar mieszka we Frankfurcie nad Menem.